Było ich trzech – nie ma nikogo…

Nie ma Kaczmarskiego, Gintrowskiego, niedawno zmarł Zbigniew Łapiński, który dopełniał to wielkie trio. Na naszych oczach odchodzą bardowie, nieliczni już twórcy piosenek, z których nigdy nie wiało banałem. Oni odeszli – my zostaliśmy na pastwę popkulturowych pseudomądrości. I stoimy w przeciągu słów, które wlatują jednym uchem i wypadają drugim.

Nigdy nie miałem pretensji do kogoś, kto nie słyszał o Jacku Kaczmarskim – mówił Łapiński w rozmowie z Katarzyną Walentynowicz w wywiadzie-rzece do książki „Mimochodem. Rozmowy o Jacku Kaczmarskim”. To ignoranckie grono pewnie z biegiem lat będzie się poszerzać. Gdyby dziś przeprowadzić sondę uliczną, co mówią przeciętnemu przechodniowi nazwiska Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Łapińskiego, pewnie powiedziałyby tyle, co data wybuchu powstania warszawskiego. Niestety… Wielcy nieobecni nie mają już okazji osobiście zabiegać o miejsce w zbiorowej pamięci. Kaczmarski zmarł 10 kwietnia 2004 roku, Przemysław Gintrowski odszedł pięć i pół roku temu, a Łapiński na początku kwietnia tego roku. Co zrobimy z wiedzą, którą nam bezinteresownie zostawili? Jak bumerang wraca pytanie o pożytek z dorobku bardów. Czy na te mądrości jest jeszcze popyt?

Rafał Wojaczek, Edward Stachura, Andrzej Bursa, Stanisław Grochowiak czy Ireneusz Iredyński pisali wiersze z perspektywy kontestujących autsajderów o skomplikowanych życiorysach. Żaden nie doczekał godnej śmierci, powierzając egzystencjalne udręki destrukcyjnym nałogom zwykle ze smutnym epilogiem w sali samobójców. Propagatorzy poprawności politycznej dorobili im gębę rynsztokowych mędrców, lecz stygmat „poeta wyklęty” służący za symbol potępienia, jest dziś pośmiertnie wpiętym w klapę orderem uznania, bo też i moda na wyklętych, wypędzonych, wykolejonych, wykorzenionych et consortes jest w zgodzie z politycznym marketingiem  koncesjonowana.

Dzieła wyjęte spod prawa coraz bardziej obchodzą pokolenie twórców pozbawionych szansy dorastania w czasach kontrowersyjnych mistrzów słowa. Te braki nadrabia Fonetyka płytą „Requiem dla Wojaczka”, przypominający o „Rozpaczliwie wolnym” Stachurze zespół Leniwiec, a także Wu-Hae, które w zbiorze „Poeci Wyklęci” umieściło Wojaczka, Bursę, Iredyńskiego i Grochowiaka. Czy w długiej kolejce artystów skazanych na stopniowe oswajanie ich prawd życiowych szaremu zjadaczowi chleba Jacek Kaczmarski – frontman artystycznego trójprzymierza z Gintrowskim i Łapińskim – nie stoi na szarym końcu?

Bard z krzyża zdjęty

Obecnie w kulturze dominuje prosty komunikat, nieskomplikowany rytm i niemal zerowy przekaz słowny. W tym kontekście Kaczmarski wydaje się artystą zupełnie nie dla mas. Człowiek wychowywany na serialach czy muzyce disco polo, będzie go traktował jako dziwne wynaturzenie, którego nie jest w stanie zrozumieć – mówił mi kilka lat temu lider Strachów Na Lachy Krzysztof „Grabaż” Grabowski, który poświęcił Kaczmarskiemu płytę „Autor”. Twierdził, że w czasie artystycznej bezpłodności padł ofiarą zbawiennej obsesji Kaczmarskim. W pewnym okresie byłem nieczynny jako autor. Nie potrafiłem napisać piosenki, a Kaczmarski stał ciągle gdzieś obok, miałem świadomość jego obecności i wagi słów, które budziły we mnie podziw. Ubrałem się w te słowa i próbowałem za ich pomocą wyrazić siebie. Można powiedzieć, że spadł mi z nieba, chociaż stylistycznie go nie cierpiałem, bo ballada studencka czy piosenka śpiewana to dla mnie obce ciało – wyjaśniał frontman Strachów.

Dla pokolenia Grabaża, urodzonych w epoce schyłkowego Gomułki, Kaczmarski był oczywistym kandydatem na idola oświeconej młodzieży. Wręcz autorytetem o temperamencie herosa wojującego pod sztandarem Solidarności z moralną gangreną socjalistycznego systemu. Śpiewał zadziornie, ale nie całkiem wprost, aby można było odczytać między wierszami ukryte drugie dno przesłania. A teksty szybko zyskiwały nowe przeznaczenie. Pomyślane jako piosenka o nieufności do wszelkich inicjatyw masowych „Mury” przeszły de facto na własność wielomilionowego ruchu społecznego. Z kolei „A my nie chcemy uciekać stąd” pojmowano jako alegorię zaczadzonej komunizmem Polski, mimo że autor dosłownie miał na myśli płonący dom dla obłąkanych.

Bo wtedy myślało się politycznymi kalkami. A jaki pożytek płynie dziś z piosenek pisanych pod tamte czasy?

Kaczmarski pisał mądrze i dowcipnie. Niektóre piosenki – jak „Kara Barabasza” – mają wymowę biblijnych przypowieści. Podziwiam go za historyczną odwagę, bo zobaczyć przesiadującego w knajpie Barabasza tuż po wyłganiu się od ukrzyżowania, to jak zadrwić z powagi wymiaru sprawiedliwości . Z kolei „Ballada o ubocznych skutkach alkoholizmu” opowiadająca o facecie, który trafia do więzienia i okazuje się bohaterem walki z systemem, przypomina mi „Obywatela Piszczka” – to już głos Marcina „Bzyka” Bąka z zespołu Wu-Hae, który po płycie „Poeci Wyklęci”, pod szyldem Nohucki wziął się za bary właśnie z twórczością nieodżałowanego barda. On – facet po czterdziestce chciał młodszych od siebie uczyć Kaczmarskiego.

Pytam o zestaw piosenek godnych polecenia dla początkujących i w odpowiedzi spodziewam się przystępnych propozycji. „Obławę”, „Mury” czy „Naszą klasę” można najczęściej usłyszeć na quizach wiedzy o znanym bardzie. Nohucki rekomenduje mniej oczywisty repertuar – „Upadek Ikara”, „Syna marnotrawnego” czy „Limeryki o narodach”, w których artysta wieszczył ciąg dalszy polsko-ukraińskiego sporu o Lwów. W kontekście aktualnie napiętych relacji między naszymi krajami podszytych wołyńskim resentymentem, brzmi to trochę jak memento z zaświatów, aspirujące raczej do miana socjologicznej mądrości śpiewaka.

Braliśmy na warsztat piosenki dotyczące spraw bieżących, bo nie chcieliśmy pokazać barda przybitego do krzyża z gębą pełną polityczno-martyrologicznych frazesów. Cel był inny – odkleić Kaczmarskiego od styropianu – przekonywał mnie Bzyk.

Przekaz rozmiarów Marleya

Na styropianie sadzali go zwolennicy nowej fali w muzyce, która przywiała z Zachodu buńczuczny punk rock. Artyści undergroundowi nieufanie patrzyli na Kaczmarskiego – ich zdaniem człowieka układu, tyle że o solidarnościowym rodowodzie. Na początku lat 80. eksplodowała poza mainstreamem tendencja bycia ani „za”, ani „przeciw”, tylko „obok” polityki – i tej o obliczu opresyjnego reżimu, i tej o demokratycznych zapędach. Kaczmarski i jego opozycyjni pobratymcy uchodzili w anarchizujących kręgach za lustrzaną alternatywę dla Babilonu. Do tego moralizatorski ton śpiewaka drażnił znużone dydaktyzmem dzieci z brudnej ulicy i ich generację „no future”.

Fot. PAP/CAF Andrzej Rybczyński

Jacek sam się stawiał w roli komentatora, mędrca z tłumu, który nauczał i wypowiadał „słowo na niedzielę”. Można go było nie lubić, bo ludzie generalnie nie lubią mądrzejszych od siebie. To typowa polska ułomność. A Kaczmarski jako erudyta, człowiek zanurzony w kulturze, przerastał wszystkich o kilka pięter. Być może różnica potencjałów intelektualnych powodowała, że ludzie widzieli w nim bufona i zarozumialca. Ale postawmy się w jego sytuacji, musiał się z nami bardzo męczyć – twierdził Grabaż.

Ci, którzy intelektualnie nadążali, chcieli jak on porywać tłumy, na dobry początek te z gęsto zaludnionych korytarzy w akademikach. Brodaci epigoni Kaczmarskiego w powyciąganych swetrach, z nieprawidłowo trzymaną gitarą, brzdąkali protest songi na nylonowych strunach w co drugim pokoju. A mury niechęci między fanatykami a antagonistami rosły, rosły, rosły.

Nie zakodowałem wielu takich zachowań. Owszem, w harcerstwie starsi koledzy śpiewali piosenki Jacka, ale ja dość szybko „wkręciłem się” w muzykę alternatywną. Zacząłem słuchać punka i reggae, założyłem swój pierwszy zespół. Do Kaczmarskiego wróciłem dopiero po latach i szczerze mówiąc doznałem wielkiego szoku, orientując się jak płodnym był artystą. Zacząłem nadrabiać zaległości – wyjaśniał mi Wojciech Turbiarz z częstochowskiego zespołu Habakuk.

On też oddał cześć Kaczmarskiemu. Album „A ty siej” z piosenkami barda w reggae’owych aranżacjach ujrzał światło dzienne w 2007 roku. Odważny pomysł poparli artystycznie swoim udziałem m.in. Muniek Staszczyk, Mateusz Pospieszalski i Antoni „Ziut” Gralak.

Czy nie za daleko leży reggae od poezji śpiewanej? W świecie Kaczmarskiego nie, bo jego filozofia wartości znalazła wiele punktów stycznych z przekazem bliskim także „rastaludziom”. Wątki biblijno-religijne przeplatające się w „Arce Noego”, „Konfesjonale” czy „Modlitwie o wschodzie słońca” mają ponadczasowy walor. Habakuk chciał pójść jeszcze o krok dalej i zaśpiewać „Mury” na melodię „Get Up, Stand Up” Boba Marleya, ale wytwórnia nie zdobyła praw autorskich do pacyfistycznego szlagieru. Tak czy inaczej, Turbiarz i spółka przełożyli Kaczmarskiego na inny język muzyczny bez uszczerbku na słowie.

Od początku zdawaliśmy sobie sprawę, na co się porywamy. Dla wielu osób sam fakt traktowania twórczości Kaczmarskiego „po swojemu” był karygodną profanacją nie do przyjęcia. Ale widząc siłę w tekstach, w przekazie, jakie te pieśni niosły, stwierdziliśmy że może dzięki naszemu wykonaniu, naszym jakże dalekim od oryginału interpretacjom, zwrócimy uwagę i zainteresujemy jego postacią tych, którzy nie znali tej twórczości – opowiadał lider Habakuka.

Wyperswadować młodzieży Biebera

W obliczu kolejnej, już czternastej rocznicy śmierci poety, nie brakuje pytań o jego nauki i nasze wartości. W czasach gdy młodzi nie chcą umierać za ojczyznę (chyba że ma marszach ONR), nie można wykluczać, że żyjący Kaczmarski zostałby dzisiaj uznany poetą wyklętym za niebledniejący patriotyzm przez generację zapatrzoną w prywatny sukces. Komu w epoce galopującej popkultury mógłby posłużyć za autorytet?

Grabaż: Kaczmarski byłby dziś ignorowany. Dokonalibyśmy na nim egzekucji milczenia.

Bzyk nie chce być adwokatem diabła, ale widzi światełko w tunelu dla zdekonstruowanego systemu wartości ludzi wchodzących w dorosłość, którym moralne wskazówki Kaczmarskiego wyszłyby tylko na dobre.

To przygnębiające, że dzisiaj nie ma w kogo się zapatrywać, że młodzież piszczy na widok Justina Biebera, a wydarzeniem numer jeden, bez którego ludzie nie potrafią się obejść, jest krojenie cebuli w telewizji. Żyjemy w erze hipsterów albo emokidów w fioletowo-czarnych ciuchach. To ruchy bezideowe. Ideologie legły w gruzach, a pod gruzami leży człowiek. Dlatego trzeba zaciekawiać młodzież. Słowo jest łatwiej przyswajalne, kiedy wypowiadają je goście ze sceny, a nie belfer przy tablicy. „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.

Osieracana z poetów formatu Kaczmarskiego Polska Anno Domini 2018 przypomina znany z piosenki barda „Czerwony autobus” przemalowany dumnie na kolor integracji z Europą, z którego płatami odpada farba. On nie ma żadnych barw – ani białej, ani czarnej. Tam dominuje trudna do opisania szarość. Za kółkiem siedzi dwóch wymieniających się kierowców, jeden jest z PiS, drugi z PO, a pasażerowie tego pojazdu są pozbawieni twarzy. Nie, oni mają w tym miejscu gołe pośladki – taką diagnozę postawił rockman ze Strachów Na Lachy.

Na moje pytanie do czego najbardziej tęskni w Kaczmarskim, odpowiedział, że szczególnie ceni sobie wczesny etap jego twórczości – tę dziką drapieżność skąpaną w czerni i bieli intensywniejszych od całej palety kolorów. Kaczmarski barwnym językiem podyktował nam do sztambucha wiele cennych myśli. Czym dzisiaj ośmielilibyśmy się mu zrewanżować? Raczej bym pytał niż cokolwiek próbował samemu powiedzieć – spuentował Turbiarz.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *