Każdy kogoś ma, każdy z kimś tam gra… a ja wciąż solo

Rock jak żaden inny rodzaj muzyki jest dziedziną zespołową. Wśród dowodów na tę tezę główny jest taki, że największe dzieła rzadko są owocem natchnienia i pracy jednostki, częściej zbiorowości.

Wśród dowodów posiłkowych znajduje się ten, iż solowe dzieła najważniejszych muzyków najważniejszych zespołów tak rzadko dorównują najważniejszym dziełom tych zespołów, że określenie „płyta solowa” stało się wręcz synonimem czegoś niepotrzebnego, zbędnego, czegoś, bez czego naprawdę da się żyć. Weźmy Beatlesów – z utworów wyjętych ze wszystkich kilkudziesięciu płyt Wielkiej Czwórki nagranych osobno dałoby się złożyć jedną, góra dwie płyty dorównujące największym dziełom Wielkiej Czwórki nagranym razem. Taka jest różnica, taka jest proporcja.

Po co w ogóle znanym muzykom znanych zespołów nagrania solowe? Ano z kilku przyczyn, które da się pogrupować w zbiór ambicjonalny (żeby wreszcie zobaczyć na okładce swoje nazwisko, nie skryte za nazwą), zbiór stylistyczny (żeby popróbować tego, czego z kolegami się nie dało), a także chęć zbadania gruntu, czy ewentualnie da się radę muzycznie egzystować samemu, bez kolegów.

Klenczon i Nalepa nie, Skrzek i Cugowski

Oczywiście jest jeszcze jedna przyczyna, nazwijmy ją roboczo „konieczną”, którą zresztą przykład z Beatlesami ilustruje idealnie – to nagrywanie pod nazwiskiem dlatego, że dni zespołu są policzone lub dobiegły końca. Ale ta kwestia w niniejszym szkicu interesować nas będzie w ostatniej kolejności. W naszych rozważaniach płytę solową z prawdziwego zdarzenia definiujemy raczej jako rzecz równoległą do zespołu, ewentualnie w przerwie jego działalności – a tak naprawdę nie po nim. Dlatego głównie z historycznej konieczności tylko sygnalizujemy debiut Krzysztofa Klenczona, zwłaszcza że po odejściu z Czerwonych Gitar nagrywał z Trzema Koronami, a więc formalnie nie solo. Podobnie odpuszczamy Tadeusza Nalepę, który zresztą sam zaznaczał, że w jego wypadku kwestia szyldu jest kwestią raczej formalną, umowną. Odpuszczamy też Lecha Janerkę, bo okazało się, iż płyty pod jego nazwiskiem to reguła, a płyta pod szyldem Klaus Mitffoch ledwie wyjątek.

Za to już nie da się odpuścić Józefa Skrzeka, który zaczął nagrywać jeszcze za życia SBB, i to tego klasycznego. Skrzeka w interesującym nas kontekście nie da się odpuścić również dlatego, że podpisał w sumie ponad trzydzieści solowych albumów – z zastrzeżeniem, że „większa polowa” to powtórkowy materiał live. Ale ilość nieczęsto przechodzi w jakość – tu nie przeszła i żadna z późniejszych płyt (choć są wśród nich udane, jak „Józefina”) nie przewyższyła „Pamiętnika Karoliny” z muzyką programową, który pozostaje pierwszy nie tylko chronologicznie, tak naprawdę otwierając listę solowych płyt ważnych polskich muzyków z ważnych polskich zespołów. Trzeba zauważyć, iż Skrzek-solista umiał poszerzyć margines swobody w stosunku do tego, co robił z SBB (pop, blues, folk, elektronika, piosenki bożonarodzeniowe etc). A za Skrzekiem podąża Krzysztof Cugowski, który wprawdzie zaczął nagrywać bez Budki bo z niej odszedł, jednak nie przestał nagrywać, kiedy już do niej wrócił. Ciekawe jednak, że wokaliście właściwie nie udało się wykorzystać braku towarzystwa „białego” zespołu do nagrania „czarnej” płyty w swoim ulubionym soulująco-rhythm’n’bluesowym stylu (najbliżej był na „Integralnie”, ale to zestaw coverowy). Pierwsza płyta pierwszego głosu polskiego rocka lat 70. („Wokół cisza trwa”) irytowała, druga („Podwójna twarz”) intrygowała wyłącznie publiczność nastawioną tradycyjnie, ale obie przynajmniej nie pozostawiały obojętnym, w przeciwieństwie do tych współczesnych, post-Budkowych, osładzających artyście emeryturę.

 Albumów solowych nie było u nas w latach 60., mało było w 70. i 80., co wynika ze specyfiki socjalistycznego przemysłu fonograficznego, który opierał się na wątłych mocach przerobowych. Bo skoro brakowało surowca – granulatu, papieru, farb – na płyty zespołów, to czemu miałoby go starczyć na płyty poszczególnych muzyków?

Sukcesy i porażki

Pierwsza połowa lat 80. zdecydowanie była czasem grup, więc nie zawracano sobie głowy nagraniami solistów. Dopiero w drugiej połowie tamtej muzycznie złotej dekady z jednego z wiodących zespołów wyłonił się – w pewnym sensie przypadkiem, ale teraz to mniej ważne – solista. Więc tak naprawdę pierwsze ważne płyty solowe ważnego polskiego rockmana – nie mniej ważne niż nagrane przez niego z Republiką – to „Obywatel G.C.” i „Tak, tak!” Obywatela G.C. Lider Republiki styl tego zespołu potraktował twórczo jako punkt wyjścia. A sukces artystyczny idealnie połączył z sukcesem komercyjnym. Działo się to co prawda wtedy, kiedy Republiki akurat nie było na świecie, ale niedługo wróciła i zdarzył się moment na samym początku lat 90., że solista funkcjonował równolegle z zespołem. Kilka lat później Obywatela zmienił Grzegorz z Ciechowa, już jednak na prawie eksperymentu – czyli przeciwieństwa odcinania kuponów.

Podobnie jak Ciechowski nie powielał tego, co robił z Republiką, tak nie powielała Kora tego, co robiła z Maanamem. Więcej – bez Maanamu odważnie (co nie znaczy udanie) eksperymentowała, brała słuchacza pod włos, zaskakiwała. To łączy płyty „Ja pana w podróż zabiorę” i „Ola Ola!”. Wyraźny podział na Maanam i nie-Maaanam zatarł się wówczas – mowa o „Ping pongu” – kiedy już nie było Maanamu, czemu nie można odmówić logiki. Podobnie jak podziałowi wystąpień pod własnym imieniem Kazika i pod własnym nazwiskiem Nosowskiej. To znaczy w pierwszej fazie działalności obojga, bo później już nie bardzo. W przypadku jego chodzi o rap; w przypadku jej o występujący w XX wieku jasny podział na rockowy Hey i eksperymentalne solo, dopiero w XXI oba nurty zlały się. Dodajmy, że kontynuatorami podobnego myślenia wydają się Piotr Rogucki i Mariusz Duda pod kryptonimem Lunatic Soul, starający się nie dublować tego, co robią z Comą i Riverside. To wprawdzie nie rozwinięcie, ale też nie powielanie. Raczej uzupełnienie.

Grzegorz Ciechowski

Owszem, Ciechowski, Kazik, Nosowska są aż tak ważnymi postaciami również dzięki działalności bez macierzystych zespołów. Tak ze względu na stylistyczną odwagę ocierającą się w naszych warunkach o prekursorstwo (odpowiednio: syntetyka brzmienia, hip hop, trip hop), jak i nagranie piosenek nie ustępujących hitom Republiki („Nie pytaj o Polskę”), Kultu („12 groszy”), Heya („Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć”). Wszystko niezależnie od tego, czy wymienieni mieszczą się w wyżej zarysowanych nurtach „ambicjonalnym” czy „stylistycznym”. Ale niektórzy zbiorczo owe dwie nieoficjalne kategorie nazywają „potrzebą upuszczenia powietrza”. W tym przedziale mamy swoich klasyków, a najbardziej z nich klasyczni to Jan Borysewicz i Janusz Panasewicz. Pierwszy poza Lady Pank gra aby sobie pograć ciężkiego rocka (bo lubi), drugi śpiewa bez pierwszego z przyczyn ambicjonalnych – a obaj działają pod własnym nazwiskiem (gitarzysta skróconym) żeby odpocząć od Lady Pank. I pewnie w niemałej części ich wystąpieniom poza-Ladypankowym zawdzięczamy istnienie Lady Pank, a nawet utrzymującą się aktywność nagraniową tego zespołu. Wydaje się zresztą, że nawet gdyby panowie odnieśli sukcesy indywidualne, nie opuściliby ich wspólnej Lady.

Najmniej znajdziemy przykładów trzeciej wyodrębnionej kategorii działań solowych, czyli badania gruntu pod rozważane odejście z zespołu. Wyrazisty nazywa się Ania Wyszkoni, której w rok po sukcesie „Pana i pani” w Łzach już nie było. Małgorzata Ostrowska odeszłaby z Lombardu niezależnie od rynkowych losów swojej „Alchemii”, bo tu decydowały palące się stosunki wewnątrzzespołowe. A Paweł Kukiz i tak rozstał się z Piersiami, mimo że autentyczny sukces pod własnym nazwiskiem (zaopatrzonym datą) odniósł nie na estradzie, lecz dopiero na mównicy. Ten model potwierdza – ale na zasadzie odwrotności – Artur Gadowski, który solowe płyty zaczął nagrywać, gdy padła IRA, a skończył (i wrócił do IRY), bo nie zdobyły one popularności. Prawdziwie wielki sukces odniósł Robert Chojnacki, którego potem zabrakło w De Mono, to już jednak było bezpośrednie następstwo personalnego trzęsienia ziemi w tej grupie, a nie podbicia najszerszej publiczności przez „Sax & Sex”. De Mono generalnie miało taki zachodni sznyt, który potwierdziła w połowie lat 90. cała seria płyt wydanych przez wszystkich muzyków zespołu (nie przymierzając niczym Yes dwie dekady wcześniej). De Mono to zresztą jeden z nielicznych naszych bandów z pierwszej ligi, którego członkowie nagrywali na własną rękę tak licznie. Inne to Budka Suflera końca lat 90. oraz T. Love na szerszej przestrzeni dziejów. Z Budki sukcesu nie odniósł nikt, a z T. Love tylko ten, który najdalej odszedł od stylu macierzystej kapeli, czyli hiphopujący Sidney Polak. Wymowne.

Wymowne też, że w Budkowej mniejszości bez płyty z własnym nazwiskiem na okładce znajduje się Romuald Lipko – fakt, że jest tak spełniony jako kompozytor piosenek dla piosenkarek, wyjaśnia sporo, ale tu decyduje świadomość własnych ograniczeń wykonawczych, skutecznie poskramiająca ambicje. Zresztą u nas instrumentaliści rzadko wyrażają solowo to, co im pod palcami gra. Warto sobie uzmysłowić, że wśród tych, którzy teoretycznie dawno powinni mieć samodzielny album, ale praktyka teorii nie potwierdziła, są Dariusz Kozakiewicz, Waldemar Tkaczyk czy Jerzy Styczyński. Styczyński – jak sam mówi – całkowicie spełnia się w Dżemie, Tkaczykowi wystarcza towarzyszenie pod różnymi szyldami Grzegorzowi Skawińskiemu. A ten nagrywał również solo. Pierwszą płytę nagrał jeszcze za czasów Kombi („Skawiński”), następną już za Kombii („Me & Me Guitar”). Nic nie nagrywał (nie licząc muzyki filmowej) za czasów O.N.A., które mocną muzykę oparło na brzmieniu gitary – w przeciwieństwie do zespołów na K, co gitarzysta – nie zapominajmy, że Skawiński w pierwszym rzędzie jest gitarzystą – sobie rekompensował. Udanie.

Rzeczy dziwne

Nie dziwi, że Wojciech Waglewski, który choć nagrywa ze wszystkimi dokoła, akurat pod własnym nazwiskiem przestał to czynić, mając w dyskografii jeden premierowy tytuł solo – „Gra-żonie” – uzasadniony osobistym charakterem tekstów. No a ostatnimi czasy kilka bardzo osobistych fraz popełnił dla Voo Voo, które przecież w żadnym aspekcie artysty nie ogranicza. Ale są też w kontekście kwestii płyt solowych ważnych polskich muzyków rzeczy dziwne. Tak jak ta, że solowego albumu nie dorobił się Skald Jacek Zieliński, który nie tylko gra i śpiewa, ale też komponuje, a że jego piosenki Skaldowie nagrywają sporadycznie, powstanie takowej płyty byłoby logiczne, a nawet oczywiste, a do tego przez wielu oczekiwane. Robert Gawliński najpierw opatrzył nazwą zespołu nagrania de facto niezespołowe (słynne „Wilki”), a niedługo potem wręcz manifestował tytułem płyty „Solo” fakt nagrywania bez zespołu, mimo że z muzykami z kręgu swojej grupy. Maciej Balcar, w Dżemie od początku XXI wieku, więcej płyt nagrał bez Dżemu niż z nim. Mimo paroletniej nieobecności w Perfekcie, a także ogromnej aktywności jako gość na różnych sesjach, akurat solowa działalność Grzegorza Markowskiego jest skromna – czy to uraz po zimnym przyjęciu „Kolorowego telewizora”? Podobnie Marek Piekarczyk, który pod nagraniową nieobecność TSA nie zaczął nagrywać samemu. Może więc teraz, kiedy Marek skończył z TSA? Ciśnie się nawet określenie „teraz albo nigdy”…

No właśnie – niedawna fala zawieszeń działalności i odejść teoretycznie powinna skutkować pojawieniem się stosiku płyt solowych, ale… Tendencja fonograficzna jest oczywiście taka, że muzycy wydają nagrania coraz rzadziej. Może motywy ambicjonalne jeszcze wezmą górę nad materialnymi? Ale tak czy siak sytuacja jakby powróciła do punktu wyjścia, znowu mamy chudy stan sprzed dekad. Czyli mimo że płytę może mieć każdy (w razie potrzeby mogą taką sobie wydać samemu), ci najważniejsi – kilkoro jeszcze ostało się w stanie aktywności artystycznej – nagrywają niechętnie, sporadycznie. Tym gorzej, iż nie tylko pod własnym nazwiskiem, bo także w barwach klubowych.

Jan Skaradziński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *