Kolędy wyklęte

Słowiańska pieśń o złotym kielichu obrazuje w jaki sposób ludowe kolędy przepisywano na kościelne. Dziewczynę otoczoną przez kawalerów oraz parę młodą pijącą z kielicha zastąpili Pan Jezus i Matka Boska.

Zwyczaj kolędowania ma rodowód ogólnosłowiański i przez wiele wieków na polskich ziemiach śpiewanie kolęd znamionowało nadejście Wielkanocy (czyli wiosny) oraz Nowego Roku. Pieśni przybierały postać życzeń – winszowania zdrowia, szczęścia oraz dorodnych plonów – a towarzyszyły im rytuały nierzadko odprawiane w teatralnej oprawie. Jak na Lubelszczyźnie, gdzie podczas „herodów” widowiskowy obrzęd kończył się sceną „okolędowania”, czyli koronacją panny oraz tańcem. Do tego kolędnicy-przebierańcy używali charakterystycznych rekwizytów takich jak odwrócony kożuch, który zwiastował pomnażanie dóbr. Z kolei zaczepianie dziewcząt przez Żyda (albo Dziada), bodzenie przez turonia lub kozę tudzież dziobanie przez bociana, przepowiadało płodność.

– Kolędy ludowe były związane z kulturą agrarną – podkreśla Ewa Grochowska, badaczka gatunków i stylów śpiewu tradycyjnego, jako skrzypaczka związana m.in. z Kapelą Braci Dziobaków. – Sens chodzenia po kolędzie oraz praktykowanie zwyczajów zapustnych nosił natomiast charakter magiczny. Te zaklęcia miały sprawić, że ziemia będzie w przyszłym roku łaskawa i wykarmi domowników. Kolędowano tam, gdzie ludzie żyli z uprawy.

Czyli w szerokim pasie Polski południowo-wschodniej, szczególnie na Rzeszowszczyźnie, Śląsku Cieszyńskim, Małopolsce, Lubelszczyźnie, Mazowszu, Podlasiu i w Suwalskiem. Nazwy kolęd czerpano z regionalnej gwary. Na Zamojszczyźnie była to „szczodrówka”, w Przemyskiem „szczędraczka”, a w Rzeszowie i okolicach wykonywano „kolędy podokienne” albo „kolądki”. Nierzadko pieśni tytułowano od ich refrenów – jak w przypadku biłgorajskich „dunajów” czy podlaskiej „lelui” i „łałymki”.

Obrzucanie księdza owsem na pomyślne zbiory

Kolęda z łac. „calendae” oznacza dosłownie „rzeczy, które mają być ogłoszone”. Wedle dawnego obrzędu odnosiła się do pierwszych dni miesiąca, a w szczególności właśnie do początku roku. Wówczas ogłaszano, co w danym miesiącu/roku nastąpi; składano sobie życzenia i ofiarowano prezenty. Długo kolędami nazywano nie pieśni bożonarodzeniowe, tylko noworoczne, więc te podarunki miały inny wymiar – były rodzajem zapłaty za życzenia i rozweselenie domowników dobrą wróżbą. W nagrodzę ofiarowano pieczywo, pierogi, kiełbasę albo pieniądze.

Kolędowano od 26 grudnia, czyli od dnia św. Szczepana do Nowego Roku i od Nowego Roku do święta Trzech Króli. – Jeszcze za czasów gospodarki folwarcznej w dzień św. Szczepana rozliczano się za cały rok pracy w polu i odnawiano umowy na przyszłość. Panował też zwyczaj obrzucania księdza owsem po mszy. Według wersji oficjalnej – na pamiątkę męczeńskiej śmierci św. Szczepana, który został ukamienowany. Ale w świeckiej tradycji obrzucanie owsem albo ziarnem było nawiązaniem do roślin, które dają zboże, a pomyślne zbiory zapewniają jedzenie – wyjaśnia Grochowska.

Kluczowe z punktu widzenia pracy na roli było przesilenie letnie i zimowe. W połowie czerwca zaczynały się żniwa, a w grudniu trwał okres wegetacji roślin i już myślano o przyszłych zbiorach. Zanim ustalono datę Bożego Narodzenia na 25 grudnia, na ten dzień przypadało przesilenie zimowe, co znamionowało początek odradzania się Słońca, a wraz z nim wydłużał się każdy kolejny dzień.

Pieśni noworoczne były wykonywane w czasie chodzenia po domach – śpiewano zwykle pod oknami, stąd wzięła się nazwa „kolędy podokienne”. W pierwszej kolejności kierowano je do gospodarza, później do gospodyni, a na końcu do pozostałych domowników. Obowiązywała hierarchia: starsi przed młodszymi, męscy przed żeńskimi. Gospodarzom życzono urodzaju na polu, pożytku ze zwierząt i zasobności w komorze. Młodym – szczęścia w miłości i małżeństwie. Kolędy dla kawalerów i panienek  przypominały zaloty, bo dziewczynom zwłaszcza urody i ładnego stroju miało nie zabraknąć.

Śpiewy noworoczne pełniły istotną funkcję społeczną. Nawoływały do solidarności, harmonii i afirmowania życia w ramach lokalnej wspólnoty – to w wymiarze świeckiego tekstu. Sam obrządek wpisywał się z kolei w religijno-kultowe ramy, ponieważ kolędnicy przedstawiali się w roli wysłanników Boga i głosicieli słowa bożego.

Jezus orze pole złotym pługiem

Cały ludowy repertuar kolęd został włączony w obrzęd trzech świąt: Wielkanocy, Nowego Roku i – najpóźniej – Bożego Narodzenia. Najdłuższą tradycję ma kolędowanie wiosenne, bo to właśnie wiosna była pierwotnie uważana przez Słowian za Nowy Rok; o tej porze roku rozpoczynano prace na roli. Z biegiem czasu zaczął postępować proces przechodzenia od kolędowania wiosennego do zimowego i od pieśni noworocznej do bożonarodzeniowej. Napotykaną w wiosennych kolędach konopielkę – symbol świeckiej, zmysłowej miłości, której ucieleśnieniem była młoda dziewczyna oczekująca na chłopca, zastąpiła lilia – odwołująca się do miłości duchowej, a nie biologicznej. Zwyczajna panienka musiała zrobić miejsce Najświętszej Panience.

– Pieśni świeckie przerabiano na religijne, w tym miłosne na maryjne. Dziewczyna w kolędzie „Z tamtej strony dwora zielenią się zioła”, która zakłada wianek chłopcu na głowę została zastąpiona Maryją, chłopak Jezusem, a kwiaty dawane Jezusowi symbolizowały czekające go ukrzyżowanie – opowiada prof. Jerzy Bartmiński, folklorysta, slawista, autor zbioru „Polskie kolędy ludowe. Antologia”.

W ten sposób do ludowego obiegu trafiła święta rodzina – Pan Jezus w roli chłopa orzącego pole złotym pługiem („Złoty płużek”) albo jako upostaciowienie obfitości, która pomnaża inwentarz w zagrodzie („Wyjdźże, wyjdźże, panie gospodarzu”). W innej kolędzie gospodarskiej – „Złoty kielich” – zaszły równie silne procesy chrystianizacyjne. Oto dzik wykopał spod jodły bryłę złota – symbol odradzającego się po przesileniu zimowym słońca, z której złotnik ulał kielich. Pierwotnie piła z niego dziewczyna razem z kawalerami, pili państwo młodzi na weselu, a w wersji kościelnej świeckie postacie zastąpił „Sam Pan Jezus z aniołami” oraz „Matka jego z dziewicami”.

Chrystianizację kolęd zapoczątkowano w XVI wieku. Jedną z pierwszych pieśni przełożoną z łaciny na język polski był „Anioł pasterzem moim”. Nowe kościelne teksty podłożono też pod melodie ludowe, m.in. „A wczora z wieczora” czy „Przybieżeli do Betlejem”. Do utworów o tematyce sakralnej importowano krakowiaki, mazurki czy polonezy. W ten sposób kolęda „Bóg się rodzi” została ubrana w melodię poloneza koronacyjnego, a inna – „W żłobie leży” – była grana i śpiewana na nutę poloneza dworskiego. Taki zabieg określany kontrafakturą upowszechnił Jan Żabczyc – autor pierwszego zbioru polskich kolęd „Symfonie anielskie” z 1630 roku o bożonarodzeniowej tematyce.

W XVIII i XIX wieku coraz większą popularnością cieszyły się pastorałki. Pieśni kościelne, ale o lekkiej tonacji, nierzadko frywolnej tematyce, celowo zeświecczone. Przedstawiają Jezusa i Maryję w polu przy śniadaniu, a nie w scenerii betlejemskiej szopki. – To były kantyczki przeznaczone do domowego lub kolędniczego użytku. Napisane dla ludu, ale nie stworzone przez lud. Powstały w wyniku katechizacji polskiej wsi – mówi prof. Bartmiński. Sakralna tradycja bardzo szybko utrwaliła się na Podhalu czy w Beskidzie Żywieckim. Wśród górali pokutowało przekonanie, że są potomkami pasterzy, którzy przecież jako pierwsi pojawili się przy narodzinach Chrystusa.

Odpustowe „druki ulotne”

Chrystianizacja kolęd ludowych miała charakter doktrynalny. – To co było ekspresją obrzędowości ludowej, nie do końca uznawano za praktyki zgodne z przepisami prawa liturgicznego. Kościół się obawiał, że ludzie będą oddawać się praktykom zrozumiałym jedynie dla nich samych. Dlatego zostały one zakazane – tłumaczy Grochowska.

Prof. Bartmiński zwraca uwagę na działalność misjonarzy jezuickich, którzy chodzili po wsiach i na fali dokonującej się od połowy XVI wieku na ziemiach polskich kontrreformacji, objęli kościelnym patronatem praktyki kolędnicze. Duży wpływ na upowszechnienie się pieśni akceptowanych przez duchownych miało spopularyzowanie druku, bo kolędy ludowe były przekazywane w tradycji ustnej.

Prof. Jerzy Bartmiński – wybitny znawca polskich kolęd ludowych

– W latach 30., 40. czy 50. XIX wieku drukowano pierwsze śpiewniki wydawane przez kościół, na przykład „Śpiewnik Pelpliński” – uzupełnia Grochowska. – Ich dostępność wzrosła. Pojawiły się też tak zwane „druki ulotne”, czyli kilkustronicowe książeczki formatu zeszytowego lub mniejsze, a czasami w formie pojedynczej odbitki, na których był tekst kolędy. „Druki ulotne” sprzedawano podczas odpustów, m.in. w Studziennej, Gietrzwałdzie, Świętej Lipce czy na Jasnej Górze. Pojawiały się pieśni objaśniające zdobycie Wiednia przez wojska króla Sobieskiego dzięki wstawiennictwu Matki Boskiej.

W wyniku dalszych reform liturgicznych, teksty kolęd wymyślone przez autorów przykościelnych, były upraszczane i pisane bardziej współczesnym językiem. Z pieśni rugowano poetyckie detale i dorabiano nowy kontekst, osadzając w przyrodniczym krajobrazie święte postaci, których tam wcześniej nie było. W taki sposób nadwiślańskie pieśni o sugestywnej symbolice przepoczwarzały się w bożonarodzeniowe kolędy z betlejemskimi motywami.

Pradawne kolędy i współcześni didżeje

Bogdan Bracha, założyciel i lider Orkiestry Świętego Mikołaja, ludowymi kolędami interesuje się od dawna. Jego kapela wykonuje pieśni zakrapianie słowiańskim folklorem o silnych inspiracjach łemkowskich i huculskich. Już w pierwszą płytę Orkiestry – „Muzykę Gór” – wydaną na początku lat 90., wpleciona jest alternatywna historia stworzenia świata. Wedle posianej tam legendy w akcie twórczym pomagał Bogu zły duch Arydnyk, który popłynął na dno oceanu po garść gliny, z której wyrosła pobłogosławiona ziemia; a gdzie diabeł splunął, tam wrastały góry, zatrzymane dopiero siłą boskiego zaklęcia.

Słowiańskie wierzenia cały czas silnie oddziałują na twórczość Brachy. We wrześniu ubiegłego roku zaczął pracę nad współczesnymi opracowaniami przedchrześcijańskich kolęd. Dostał na ten projekt dofinansowanie od prezydenta Lublina. – Szukałem dwóch wątków – Bracha opowiada, jaki stosował klucz doboru kolęd. – Przede wszystkim archetypów słowiańskich. Interesował mnie też społeczny charakter kolędowania, czyli sam karnawałowy obrzęd.

Wybrane przez Orkiestrę Świętego Mikołaja kolędy pochodzą z wydanego w 2011 roku pod red. Jerzego Bartmińskiego sześciotomowego zbioru „Lubelskie – Polska pieśń i muzyka ludowa” (w ramach serii zwanej „Nowym Kolbergiem”). Wśród nich znalazł się słynny „Złoty kielich” czy kanoniczna biłgorajska pieśń „Na dunaj, Maryś, po wodę”. Ale też kolędy zalotne („Miała Kasiunia piękne jabłuszko czerwone”), frywolne („Przyleciały dwa gołębie”) czy wręcz nieprzyzwoite z silnym podtekstem erotyczno-prokreacyjnym („Chodziła Mania krajem-dunajem”).

Brachę zainspirowały zwyczaje huculskie. Tam zespoły kolędnicze wędrujące od wiosek do wiosek liczyły po dwanaście osób. Przywódcą był bereza, czyli przewodnik i narrator. To on prowadził główny głos – reszta powtarzała jedynie refreny. Najpierw wznoszono śpiewy przed domem gospodarza, później w jego izbie. Ceremonia trwała nawet cztery godziny, ponieważ domownicy mogli zażyczyć sobie dowolną kolędę. Bereza wznosił toasty – miał ze sobą dzwonek, do którego nalewano alkohol i puszczano w obieg między zgromadzonych. Zdaniem prof. Bartmińskiego najbliższe huculskiemu obrzędowi kolędowania są nasze biłgorajskie dunaje.

– Z polskich tradycji kolędniczych bardzo cenię sobie te kultywowane na Rzeszowszczyźnie i Sądecczyźnie. Tam z życzeniami na Nowy Rok przychodzą „draby” – starsze chłopaki i młodzi mężczyźni poprzebierani w słomiane stroje. Robią psikusy, wyczyniają różne wariactwa, a do tego wymyślają na poczekaniu opowieści i dużo improwizują. To jest starodawny freestyle – śmieje się Bracha.

Kolędniczy projekt ożywiania słowiańskich pieśni przez Orkiestrę Świętego Mikołaja nosi nazwę „Kolędy w przyszłości”. Bo – jak podkreśla pomysłodawca – przeszłość jest źródłem wiedzy o tym, dokąd zmierzamy. Muzycy z Lublina planują niebawem wydać płytę z tym materiałem, a na razie obiecują, że przez cały przyszły rok będą na koncertach grać ten odświętny repertuar. – Te kolędy nie mają okolicznościowego wydźwięku. Są uniwersalne, ale mało znane. Nazywam je wyklętymi. Będziemy śpiewać je w pradawnych wersjach, tylko melodia będzie zróżnicowana. Powplatamy różne wątki muzyczne. Jak pierwsi Słowianie i współcześni didżeje – puentuje Bracha.

Konrad Wojciechowski

 

Podczas pracy nad artykułem korzystałem z książki „Polskie kolędy ludowe. Antologia” autorstwa Jerzego Bartmińskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *