Nieokiełznany lot fruwającej ryby

Wychodzą na scenę i nie mają pojęcia, co się zaraz stanie. Mówią, że sami są muzyką, którą wspólnie wykonują. A ludziom na widowni wtedy się podoba, kiedy im podoba się na scenie. We wtorek Osjan wystąpi w sali kameralnej Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia.

Ostatni raz na koncercie Osjana byłem 13 lat temu. Zupełnie przypadkiem. Pocztą pantoflową dowiedziałem się, że ten legendarny zespół ma zagrać w dziś już nieistniejącym Traffic Clubie na Brackiej. Miejskie billboardy dziwnie milczały na ten temat. Osjan – choć działa od przeszło 40 lat – koncertuje nieregularnie, ale jeśli już gdzieś gra, na widowni są komplety. Taki paradoks. A raczej – fenomen.

Grupa funkcjonuje trochę na zasadzie pospolitego ruszenia. Pada hasło: „zbiórka”, a następnie: „kolejno odlicz”. I ekipa jest gotowa do grania. Wszyscy czterej: Jacek Ostaszewski, Milo Kurtis, Wojciech Waglewski i Radosław Nowakowski. Efemeryczne spotkania artystyczne prowokuje Milo – nie tylko muzyk grupy, ale jej menedżer i organizator koncertów.

Chiński śpiewak i greckie melizmaty

Osjan powstał jesienią 1971 roku. Najpierw jako trio z Ostaszewskim, Markiem Jackowskim i Tomaszem Hołujem. Jeszcze bez Mila. Występowałem równolegle w Grupie w Składzie i z Wojtkiem Waglewskim miałem zespół Ya’-sou: Wojtek grał na tabli, jego żona Grażynka na tamburze, ja na buzuki i na sitar, a moja siostra Electra na skrzypcach. Pojawialiśmy się w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Indyjskiej. Tam spotykaliśmy Osjan. Jacek raz nie mógł zagrać, więc Hołuj z Jackowskim zaprosili mnie i wystąpiłem z nimi. Wydobyłem z siebie greckie melizmaty. Ewa Dymarczyk usłyszała to i zapytała: „Co to za chiński śpiewak z wami gra?” – wspomina Milo.

Początkowo Osjan przesiadywał w Piwnicy pod Baranami. Tam zbierała się okoliczna śmietanka towarzyska i cały kwiat artystyczny Krakowa. bohema. Talent Ostaszewskiego i Jackowskiego rozkwitał w Anawie pod egidą Marka Grechuty, co słychać szczególnie na płycie „Korowód”, a już zwłaszcza w tytułowej kompozycji, która zapisała się złotymi zgłoskami w annałach polskiej piosenki. To właśnie w drugiej wersji rozszerzonej „Korowodu” słychać znakomite improwizacje Jacka na flecie i natchnioną grę na gitarze Marka. Później powiedzą, że to już była nie tyle Anawa z Grechutą, tylko Grechuta z Osjanem. Grechuta zdobył Grand Prix w Opolu, a Osjan, choć anonimowo, możliwość zaprezentowania tego brzmienia przed szeroką publicznością. Sukces „Korowodu” przyśpieszył naszą decyzję o usamodzielnieniu się. Peregrynacja, choć filharmoników dotyczy to w mniejszym stopniu, jest cechą zawodu muzyka – wyjaśnia Ostaszewski.

Koncert Osjana w Trafficu był zjawiskowy. Mała, kameralna scena, czarna oprawa, niewielka widownia usadzona na krzesełkach. Gdzieś obok przycupnął Hołdys posłuchać starych dobrych znajomych. Muzycy usiedli w ogniskowym kręgu. Taka obrzędowa atmosfera im odpowiada. Siedzący pośrodku jest drzewem, a pozostali czują się jak krzewy rosnące dookoła, które kołyszą się zasłuchane w melodię szeleszczącego wiatru. Trudno dookreślić tę muzykę. To już nie jazz, to ostry odjazd w kierunku orientalnej muzyki Dalekiego Wschodu.

Po latach przychodzę posłuchać Osjana na żywo, ale przed koncertem w Bemowskim Centrum Kultury. Trwa próba dźwięku. Inżynier za konsoletą trochę męczy się z nagłośnieniem fletu, na którym gra Ostaszewski, bo to instrument o delikatnej barwie – dużo cichszy od bębnów Kurtisa i Nowakowskiego oraz gitary Waglewskiego. Muzycy siedzą za daleko od siebie, więc pada pomysł, aby się ścieśnić. Usiedli bliżej, a na scenie zrobiło się dużo miejsca. Teraz to by się tu zmieścił chórek żeński – żartuje Waglewski. To jednak wykluczone, ponieważ Osjan gra muzykę instrumentalną i nie nadużywa słów. Owszem, zdarzyło się, że na płycie „Księga chmur” udzielali się śpiewacy z Teatru Wielkiego i wokaliści z klubu studenckiego Boom, ale był to wyjątek potwierdzający regułę, która mówi, że w tym zespole odzywają się przede wszystkim instrumenty. A każdy ma przypisaną rolę.

Największa odpowiedzialność spoczywa na gitarze, która łączy funkcje instrumentu melodycznego, harmonicznego i rytmicznego. To ona zazwyczaj inicjuje poszczególne fragmenty koncertu, ponieważ jej przekaz jest najbardziej czytelny. Flet jest niezastąpiony w partiach lirycznych, a w dynamicznych koledzy namawiają mnie żebym się jeszcze wydzierał, co skutkuje tym, że po koncercie tracę głos… Bębny „dają czadu”, są odpowiedzialne za dynamikę koncertu i kochane przez publiczność – opowiada Ostaszewski.

Na garnkach z Olkusza nie grali bluesa

Piekielnie trudno zdefiniować ich styl, przylepić stałą etykietkę i zamknąć w jednej szufladzie. Chociaż wymyślano różne nazwy, aby nad tym muzycznym jarmarkiem rozmaitości, w którym „można wszystko kupić i wszystko stracić” zawisł jakiś komunikatywny szyld. I tak w trzech słowach streszczono filozofię Osjana. Hasło „muzyka fruwającej ryby” miało na ten targ dźwięków przyciągać kupujących o wyszukanych gustach.

Bo przez Osjan przewinęli się ludzie z różnych światów muzycznych. Jacek Ostaszewski grał początkowo jazz z takimi tuzami jak Tomasz Stańko i Krzysztof Komeda. Marek Jackowski założył później rockowy Maanam. Zygmunt Kaczmarski gustował w muzyce barokowej. Milo Kurtis ma w portfolio ślady reggae, muzyki eksperymentalnej i etnicznej. No a Waglewski – zanim wymyślił orkiestrę świata Voo Voo – miał przygodne związki i z rockiem, i z jazzem, i z soulem. I naturalnie z bluesem. Ale po dołączeniu do Osjana usłyszał: „Nie gramy bluesa”.

Siedzę już dobrą godzinę na pustej widowni i słucham próby. Waglewski szydełkuje na gitarze różne melodie. Za którymś razem wyczarowuje parę bluesowych dźwięków. Ostaszewski się ożywia i zaczyna mruczeć na głos murzyńską barwą. Wszyscy wybuchają śmiechem. Znów spontaniczność zagadała rutynę. Ale w tym zespole to normalne.

Czuć synergię. Jesteśmy wszyscy razem. Z próby mogłaby wyjść płyta – obwieszcza mi Kurtis, który dba o to, aby muzyka Osjana nie była przewidywalna. Moje instrumentarium rozszerza barwę Osjana. Dodaję trochę brudu. Nie znoszę dokładności. Błędy są bardzo ważne w muzyce improwizowanej, bo z błędów dopiero wychodzą fajne rzeczy. Popełniasz błąd i lecisz za błędem. I nagle powstaje zupełnie nowa jakość.

Milo Kurtis w akcji

Muzyka kwartetu ewidentnie odróżnia się od tego, co gra większość kapel jazzowych. Tu główny temat ma bardzo prosty przebieg, za to rytm bywa skomplikowany. Ale dzięki temu muzycy wchodzą w trans, który udziela się słuchaczom. Taki efekt udaje się osiągnąć łatwo dostępnymi środkami. Osjan zbudował swój teatr naturalnego dźwięku przy pomocy zwykłej gitary 12-strunowej, beczki po kleju imitującej bęben, garnków z Olkusza czy plastikowego fletu używanego przez dzieci w podstawówce.

Nie obchodzą nas aktualne trendy, nie przymilamy się do młodej publiczności, nie liczymy z sentymentami starej. Przy tej muzyce tańczą tylko najbardziej zdeterminowani albo napaleńcy – konkluduje Ostaszewski.

Dla więźniów w Szwecji i nad grobem Julii od Romea

Dziś mówi się, że Osjan wypromował w Polsce styl world music. Czyli – upraszczając – krzyżował ze sobą różne kultury muzyczne na długo zanim stało się to modne. Ostaszewski zgadza się ze stwierdzeniem, że jego zespół był i jest otwarty na tradycję nieeuropejską, ale nie chce uchodzić za pioniera. Już w 1911 roku Karol Szymanowski napisał „Miłosne pieśni Hafiza” op.26, a 7 lat później „Pieśni Muezina Szalonego” op.42 inspirowane kulturą orientalną. My z tamtej muzyki czerpaliśmy te elementy, które są uniwersalne – podkreśla lider Osjana.

To zdumiewające, ale w czasach, kiedy w Polsce trudno było dostać paszport i wyjechać za granicę, Osjan dużo podróżował i wyrabiał sobie markę na dla wielu niedostępnym Zachodzie. Ezzio Caserta, dyrektor Teatro Laboratorio w Weronie, załatwił Ostaszewskiemu i spółce koncert w kościele Saint Francesco al Corso – dwie minuty piechotą od grobu szekspirowskiej Julii. Innym razem muzycy zagrali w szwedzkim zakładzie karnym. Był też osławiony koncert w niemieckim Düren. Graliśmy w sali i nagle poczułem padający deszcz. Ale skąd deszcz w sali? A to Wojtek Waglewski, który walił pałą od gongu w olbrzymią blachę, tak mocno uderzał, że złamał tę pałę i zaczął walić pięścią. Tak niefortunnie trafił w kant, że skaleczył rękę i krew zaczęła tryskać. Ludziom się podobało. Po zakończeniu koncertu publika wołała o bis – wspomina ze śmiechem Milo Kurtis.

Z zagranicznej kariery Osjana nic jednak nie wyszło. Ale nie udało się także wielkiemu Czesławowi Niemenowi, a i słynne SBB mogło ugrać więcej. Milo trochę narzeka, że kiedy zespół występował w Szwajcarii, to multiinstrumentalista Andreas Vollenweider zrobił później światową karierę, a nie Osjan, który wcale nie był wówczas gorszy. Ale z drugiej strony to właśnie z Osjanem na jednej scenie występował słynny Don Cherry – ikona amerykańskiego jazzu, czego wielu artystów z całego globu może Polakom pozazdrościć.

Kontakty Osjana z jazzmanami były epizodyczne – zastrzega Ostaszewski. Zazwyczaj umiejętności muzyków jazzowych pozwalają im się wtopić w zróżnicowany materiał muzyczny, choć zazwyczaj „jazzowość” mają w tyle głowy. Don był nietypowym jazzmanem, otwartym na etniczną muzykę Afryki, Indii itp. Jego fascynacja Osjanem była bardzo dla nas wspierająca. Tomek Stańko – który też z nami grywał – to mój przyjaciel jeszcze z liceum; zajmuje szczególne miejsce w moim życiorysie, nieodmiennie, od lat go podziwiam. Zresztą wszyscy muzycy Osjana są fanami jazzu –choć nie każdego.

We wtorek w sali kameralnej NOSPR znów będziemy światkami niesamowitego misterium. Być może Waglewski odstawi gitarę i – tak jak ostatnio podczas koncertu na Festiwalu Muzyka Wiary/Muzyka Pokoju w Warszawie – tęgą pałą będzie okładał ogromny gong. Nowakowski zdrapie z bębenków membranę, Ostaszewski zatraci się we freejazzowych improwizacjach na flecie, a Milo wyciągnie z podręcznej walizki jakiś egzotyczny, nikomu nieznany, instrument.

Z pewnością usłyszymy muzyczne motywy doskonale znane wszystkim sympatykom Osjana: szum z „Księgi wiatru”, grzmoty z „Księgi Chmur” czy szelest z „Księgi Liści”. Wprowadzanie tytułów pozwala na próbach szybciej się komunikować, w nagraniach odnajdywać utwory, a ZAiKS-owi ściągać tantiemy. Trudno komuś robić zarzut, że ma imię i nazwisko. Naturalnie żywym jest pytanie, na ile jesteśmy do tego przywiązani i tym faktem ograniczeni. Kiedy gramy nie myślimy o tytułach, natomiast to co robimy związane jest z porządkiem rytmicznym i bazą harmoniczną – tłumaczy Ostaszewski.

Kończy się próba. Waglewski gra dla żartu kilka taktów „Międzynarodówki”, w których powinni paść słowa: „Bój to będzie ostatni”. Ale Osjan obiecuje jeszcze nie schodzić ze sceny. Nie może tylko zagwarantować, co się na niej będzie działo.

Ludziom się podoba wtedy, kiedy nam się podoba. Wychodzimy na scenę nie na koncerty, tylko na wspólne spotkanie, wspólne odbycie podróży muzycznej. Jesteśmy nie tylko muzykami na scenie. Jesteśmy muzyką, którą gramy – tak to ujmuje Milo.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *