Kiedy rockmanem dyryguje orkiestra

Łatwo zauważyć, że wielobój, w którym próbują sił także polscy muzycy, powiększył się. Najpierw trzeba było wykazać się za pomocą nagrań studyjnych i występów na żywo zwykle elektrycznych. W latach 80. na masową skalę doszły teledyski. W następnej dekadzie formuła ściśle akustyczna, przeważnie koncertowa. No a w nowym wieku mamy jeszcze pracę z orkiestrą symfoniczną.

Oczywiście ta ostatnia dyscyplina nie dotyczy wszystkich, lecz głównie czołówki. Oczywiście są tacy, którzy grę z orkiestrą odrzucają ideowo ze wstrętem. Oraz tacy, którzy niby nagrali płytę z orkiestrą – chodzi o Hey – i to nawet w filharmonii, ale tak naprawdę co to za orkiestra, skoro bez smyków. Jest też taki, Kult się nazywa, który ma własne dęte na stałe, zatem orkiestra go nie interesuje, tak jak on tu nas. Oczywiście swoje apogeum zjawisko rockowo-orkiestrowe wydaje się mieć za sobą głównie poprzez koszty nie artystyczne, lecz jak najbardziej dosłowne. Bo tu naprawdę jest na co wydawać. Koncert z orkiestrą bowiem wymaga minimum (czyli przy ograniczaniu liczebności orkiestry) dwa i pół raza większej inwestycji od koncertu zwykłego, a w normalnych warunkach koszt zwykłego trzeba mnożyć razy trzy. Warto też uzmysłowić sobie, że koszty wcale nie zaczynają się od osobowych, bo rosną też wymagania techniczne (rozmnożenie mikrofonów musi skutkować choćby większą ilością wlotów do konsolety), a już tak na sam początek trzeba zapłacić za przygotowanie partytur. I nawet jeśli orkiestra nie jest miejscowa, lecz dojeżdżająca – co musi się zdarzać – przyjęło się, że przyjeżdża rano na miejsce w dniu koncertu, potem ma próbę z zespołem, a wyjeżdża zaraz po występie, bo koszt noclegu już na pewno nie zmieściłby się w cenie biletów. Które i tak nie mogą być tanie.

Ale nawet wobec takich wyzwań chętnych do organizacji spotkań na jednej scenie rockowców z filharmonikami nie brakuje, jako że nie brakuje chętnych do słuchania. Nawet, jeśli przyciąga ich tak naprawdę snobizm. Nawet, jeśli owo „spotkanie rocka i powagi” interesuje wyłącznie tę pierwszą stronę (w każdym razie brak danych co do zainteresowania drugiej). Nawet, jeśli ludzie w istocie nie chcą delektować się klasycznymi brzmieniami, lecz posłuchać po raz kolejny, tyle że trochę innych niż zwykle ich ulubionych „Kryzysowych narzeczonych”, „Czerwonych jak cegła”, „Ewek”, „Statków na niebie”, „Historii jednej znajomości”. Nawet, jeśli w wyniku mariaży rockmanów z orkiestrami nowa jakość powstaje – musimy to przyznać – bardzo rzadko.

Mimo tego zjawisko zauważyć należy. A podsumować warto.

Dżem przetarł szlaki

Gdyby w Polsce szukać odpowiednika Deep Purple w sensie prekursorskiego występu bandu rockowego z orkiestrą symfoniczną – bo właśnie słynne „Concerto For Group And Orchestra” tej grupy i The Royal Philharmonic Orchestra otworzyło w 1969 roku nowy (pod)rozdział w historii muzyki – byłby nim Dżem. Owszem, w 1980 Czesław Niemen wykonał swoje przeboje z orkiestrą Zbigniewa Górnego, ale nie zostało to utrwalone na płycie; owszem, Budka Suflera uwielbiała brzmienie sekcji smyczkowej, ale jednak nie były to orkiestry pełne. Dodajmy tu jeszcze, że w maju 1994 odbył się w Bydgoszczy koncert o wymownym tytule Dwa Światy, na którym ówczesne gwiazdy w rodzaju Kobranocki czy IRY wykonywały swoje piosenki z – tak – orkiestrą symfoniczną. Ale Dwa Światy nie wywołały ani rozgłosu, ani artystycznego rezonansu. Zresztą nawet Dżem to nie pierwszy przedstawiciel szeroko rozumianego kręgu bluesowego, który zadał się z klasyką, bo już w 1993 Irek Dudek wyszedł na scenę Rawy Blues na czele formacji o wymownej nazwie Symphonic Blues i potem występował z nią na europejskich festiwalach, a nawet wydał tak zatytułowany album.

Tymczasem Dżem… W przypadku symfonicznych poczynań Dżemu i Deep Purple różnica dotyczy nie tylko epoki, ale i rodzaju repertuaru. Purple bowiem przedstawili kompozycję napisaną specjalnie na skład rockowy i skład symfoniczny, mającą połączyć dwa nawet nie odrębne, nawet nie odległe, lecz początkowo wręcz wrogie światy muzyczne; Dżem zaś trzy dekady później chciał połączyć rockowo-bluesową treść własną z symfonicznym brzmieniem orkiestry. Czyli podać stare w nowej formie. Przedsięwzięcie to musiało wzbudzić zainteresowanie już z racji swego w polskich warunkach prekursorstwa, a także „odległości” brzmieniowej z natury wystawnej muzyki poważnej z „bazową” Dżemu. Ale zagorzali fani grupy odebrali ten ruch bez euforii. Bo też trzeba przyznać, że aranżer – w rękach którego zwykle spoczywa klucz do artystycznego sukcesu – nie wniósł orkiestrą nowej jakości, bo ona po prostu była przyklejona do zespołu, który grał tak, jak czyni to na co dzień. Obeszło się bez zaskoczeń, eksperymentów, zmian tempa i czasem faktury, a nawet partii solowych muzyków z orkiestry. Za to pierwsza z dwóch płyt „Dżem w Operze” stała się bestsellerem, zaś kaseta z zapisem koncertu w Bytomiu w ogóle otworzyła wideografię Dżemu. No i zarazem listę kapel, które też tak chciały.

Na ile rockmani w wariancie z orkiestrą to przedsięwzięcie skomplikowane niezależnie czy koncertowe, czy studyjne, przekonuje los projektu następnego przedstawiciela naszej ekstraklasy, który ruszył orkiestrowym śladem. Mowa o Perfekcie. On zaczął przygotowania już rok po Dżemie, ale płytę przedstawił dopiero dalsze trzy lata później. Przy czym było to nagranie studyjne (rozpisane przez wielu aranżerów), co dawało czas na tak istotne szlif szczegółów. Ale poza tym projekt Perfectu miał mnóstwo wspólnego z projektem Dżemu. Płyta „Symfonicznie” sprzedawała się dobrze, a fani  dobrze się o niej nie wyrażali. Zwłaszcza o kształcie dawnych, klasycznych, Hołdysowskich utworów – bo kilka nowej daty, w pierwszym rzędzie orientalizujące „Grawitować”, zapewniło artystyczne alibi całemu przedsięwzięciu. Ale tak zwanej szerokiej publiczności Perfect w wersji smyczkowo-dętej przypasował, co skutkowało licznymi koncertami poczynając od 2005 roku, w tym jednym na drugiej orkiestrowej płycie tudzież na DVD.

W 2002 roku, kiedy Perfect wydał „Symfonicznie”, a na Przystanku Woodstock Orkiestra Filharmonii Wrocławskiej wsparła Raz Dwa Trzy i Ewelinę Flintę – kwestia współpracy naszych rockmanów z symfonikami stała się czymś oswojonym. Istotne tu, iż w nowych czasach pojawiali się sponsorzy dostrzegający, że brzmienie orkiestry łechce ego publiczności – powtórzmy, że na ogół tej szerszej, nie ortodoksom danego zespołu. Ale chyba nie dlatego do nagrań z orkiestrą przystąpiło w 2006 idące zwykle pod prąd Voo Voo. Orkiestra w każdej sytuacji pozostawała wyzwaniem nie tylko organizacyjnym – i to skusiło ekipę Waglewskiego. Voo Voo także na „wzbogaconej aranżacyjnie” płycie „21” udało się uniknąć sztampy, czyli mdławego tła i generalnie przewidywalności. „Łobi jabi” stało się pieśnią dostojną, szlachetniejszą niż w którymś z pierwotnych wydań folkowych, zaś „F-1” i „Nim stanie się tak” zmieniły swoje oblicze na pogodniejsze, radośniejsze. A jakby symfoniczności było mało, doszła operowość – w osobie gościa Małgorzaty Walewskiej.

Oryginalne Lady Pank, za poważna Coma

O ile Voo Voo i Perfect zaczęli od orkiestrowych płyt studyjnych, i dopiero potem nastąpiły koncerty, tak Lady Pank – bo w 2008 na nich przyszła symfoniczna pora – pracowali z „powagą” jedynie w tych drugich warunkach (po czterech latach przypieczętowując rzecz płytą „Symfonicznie”). Jeszcze wyraźniejszy wyróżnikiem, a mówiąc inaczej wkładem Lady własnym, było wprowadzanie kolejnych utworów koncertu poprzez samych symfoników. Bardzo dobry pomysł, choć nie wykorzystany, a w pewnym sensie zaprzepaszczony. Symfonicy grali bowiem luźno związane z zapowiadanymi tym sposobem piosenkami Borysewicza motywy nie ladypankowe, lecz klasyczne, często wielkoklasyczne Ravela, Verdiego czy Gershiwna. W istocie ów projekt powielał więc grzechy projektów Dżemowego i Perfectowego. Mimo że całość aranżował stojący na czele Symfoników Gdańskich Andrzej Szczypiorski, później przysposabiający orkiestrę do gry Czerwonych Gitar i z Czerwonymi Gitarami, a także z Anną Wyszkoni. Czyli trochę „polski Michael Kamen” – aranżer smyczków od Watersa po (nie)sławne „S&M” Metalliki – bo jeśli kogoś takiego szukamy, Szczypiorski jest najbliżej.

Wydawało się, że spośród grup ze ścisłej czołówki może w ostatniej kolejności z orkiestrą powinna złączyć się Coma. A to ze względu na charakter jej muzyki – już z urodzenia podniosłej i zostawiającej niewiele miejsca na brzmieniowe dopełnienie. No i orkiestra rzeczywiście dociążyła utwory łodzian. Może tylko w „Systemie” było to przekonujące, ale generalnie nowa jakość na płycie „Symfonicznie” (2010) nie zagościła (tak przy okazji – czy nie przydałoby się nieco więcej polotu nie tylko na aranżacje, ale w tytułowaniu płyt z orkiestrą?). W sensie muzycznym w ogólności, a aranżacyjnym już szczególnie Coma to niemal przeciwieństwo Czerwonych Gitar. Bo w piosenkach Czerwonych Gitar miejsca na orkiestrę było do woli, zatem szansa na powstanie nowej jakości rysowała się większa, choć z drugiej strony ryzyko „ogólnego wrażenia artystycznego” było w tym wypadku duże, znacznie większe niż w przypadku Comy. Ale płyta Gitar… „Symfonicznie”, niezależnie od aktualnego poziomu tej grupy, pokazuje, iż szansa została wykorzystana, a czasem – weźmy zwłaszcza „Rok z kapryśną dziewczyną” – nowa jakość akurat zawitała w 2013 do Sali Kongresowej.

Powściągliwość aranżacyjna to coś, co łączy większość projektów rockowo-orkiestrowych.  Pod ów paragraf podpada również Dżem XXI wieku, bo w 2009 zespół ten wznowił grę z orkiestrą, co zaowocowało kolejną płytą o tytule… „Symfonicznie” (bodaj najciekawszy z nowego rozdania jest „Strach”, tak jak ze starego „Wszystko wzięło w łeb” – a w obu smyczki po prostu wzmocniły riff; aż tyle i tylko tyle). Nawet lepszy – znaczy się gorszy –  przykład pasywnej aranżacji, czyli orkiestry ograniczającej się głównie do położenia bezpiecznego, a nawet słabo słyszalnego tła, stanowi studyjny „Blues w filharmonii” (2009) Sławka Wierzcholskiego. Ale z usług filharmoników korzystali muzycy reprezentujący oczywiście różne style. Wśród nich jest zarówno przywiązujący ogromną wagę do brzmieniowego bogactwa Varius Manx (album „Tyle siły mam” z 2006), jak i dbające w pierwszym rzędzie o treść piosenek Raz Dwa Trzy („20 lat” z 2010 roku z orkiestrą kameralną, ale to też orkiestra). No i oczywiście De Mono (dla ścisłości – odłam Krzywego). Oczywiście, gdyż spośród płyt naszych sławnych zespołów wzbogaconych filharmonicznie, korzystnie wyróżnia się właśnie ta, zatytułowana – a jakże – „Symfonicznie” (2015). Potwierdza ona regułę na zasadzie chlubnego wyjątku, bo wreszcie w aranżacji pojawiła się śmiałość, a zespół zagrał inaczej niż jak co dzień. A w ubiegłym roku stosik albumów z orkiestrą (Narodową Symfoniczną Polskiego Radia) powiększył „Koncert w NOSPR” Artura Rojka.

Każdy chce być symfoniczny

Lady Pank, Dżem, Czerwone Gitary nie odfajkowały tematu po wydaniu swoich „Symfonicznie”, nadal po parę razy w roku zapraszając publiczność na spotkanie w tej formule. Ale tych, którzy popróbowali gry z orkiestrą, choć nie zaznaczyli tego nagraniami, jest sporo. Albo by uczcić swoje jubileusze – jak Cree, albo ot tak – jak Wyszkoni, albo żeby doświadczyć muzycznie wszystkiego – jak SBB. Zdarzają się nawet cykle koncertów z orkiestrą, takie jak mniej głośny w centralnej Polsce projekt Piotra Nalepy Breakout Tour, który przez rok zaowocował kilkunastoma imprezami (zwłaszcza na południu) z większymi lub mniejszymi składami orkiestrowymi, wykonującymi pamiętne utwory pamiętnego zespołu ojca lidera (w ciekawej aranżacji Michała Jurkiewicza). Mniej znana jest też, na razie tylko dlatego, że dopiero zaczyna karierę, Marzena Ugorna, która proponuje cykl pt. Blues Symphony, obejmujący zresztą nie tylko utwory bluesowe (i nie tylko polskie).

Jeszcze trzy uzupełnienia. Pierwsze – w tym roku lista rockowych współpracowników orkiestr ulegnie poszerzeniu, bo do gry wchodzi Kombi. Drugie – repertuarowo zdarza się i w drugą stronę, czyli rockmani ze smyczkowo-dętymi biorą się za repertuar „poważny” – jak w przypadku projektu Night Rider Symphony (2009). Trzecie – nasi rockmani współpracowali nie tylko z orkiestrami symfonicznymi. Także górniczą (Józef Skrzek, Dudek, Dżem, Myslovitz – to w końcu Ślązacy); także wojskową (Lady Pank na festiwalu orkiestr wojskowych w Gdyni 2013); także dętą stylizowaną na strażacką (Perfect w „Strażaku” z płyty „DaDaDam”). A nawet operetkową – bo na Koncercie Jubileuszowym Przystanku Woodstock 2009 utwory z Woodstocków amerykańskich z kwiatem nie tylko naszego rockmaństwa wykonywała orkiestra stołecznej Operetki.

Twórcze odczytanie rockowej klasyki na Przystanku przed dziewięcioma laty pozostaje jednym z wyjątków potwierdzających regułę. Ale mamy pocieszenie – przecież nie tylko naszym tak naprawdę nie idzie z orkiestrami. Zagranicznym też nie bardzo. Po prostu i oni wykorzystują orkiestrę dekoracyjnie. I u nich bywa ona raczej kwiatkiem do kożucha. Bo muzyka rockowa naprawdę fortunnie łączy się z muzyką klasyczną bardziej w sensie formy niż treści. Przykładem wczesne dzieła rocka progresywnego, ale te bez orkiestry. Sama orkiestra rzadko naprawdę skutecznie wniknęła w tkankę utworów rockowych i dała coś nowego, coś wspaniałego – w „A Day In The Life” Beatlesów, w „Atom Heart Mother” Floydów, w „Kashmir” Zeppelinów, w „Stargazer” Rainbow. Bo przecież nawet nie w „Concerto For Group And Orchestra”.

Jan Skaradziński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *