Stawiam na Tolka muzykanta

Grali z nim giganci polskiego rocka – i Dariusz Kozakiewicz, i Wojciech Waglewski. I wielu innych polskich muzyków z pierwszych stron gazet. Bo w zespole Anatola Wojdyny można było nieźle zarobić na chałturze w dobrej knajpie. A pan Tolek nie przygrywał do pierwszego lepszego kotleta.

Puszczam płytę, wyciągam się leniwie na fotelu i po chwili odpływam. Z głośnika sączy się muzyka lekka, łatwa i przyjemna. Tu i tam delikatnie bulgoczą organy Hammonda, słychać słonecznie szeleszczące dźwięki tamburyny oraz melodyjne pasaże wygrywane na skrzypcach. Jesteśmy na „Dnie przestrzeni” – bo taki tytuł nosi zbiór piosenek wyciągniętych z archiwów Polskiego Radia. Zostały zarejestrowane w połowie lat 70. jako muzyka ilustracyjna na zamówienie Polskiej Kroniki Filmowej; teraz ujrzała światło dzienne nakładem GAD Records. W sesji udział wzięli okazjonalnie współpracujący z Breakoutem perkusista (i skrzypek!) Jan Mazurek, znany z gry na instrumentach klawiszowych w kultowym Klanie Maciej Głuszkiewicz, gościnnie Aleksander Bem (filar Bemibek) oraz głównodowodzący Show Bandu – bo pod takim szyldem nagrywano te ścieżki dźwiękowe – czyli basista Anatol Wojdyna. Człowiek, który zjeździł całą Skandynawię grając do tańca w ekskluzywnych restauracjach. A razem z nim jeździł na chałtury kwiat polskiej muzyki rozrywkowej.

Kiedy przed czterema laty ukazała się pierwsza płytowa składanka Show Bandu – „Punkt styku” – spotkałem się na panem Tolkiem, łasy opowieści na temat jego zagranicznych wojaży muzycznych. A one zaczęły się jeszcze zanim Wojdyna postanowił założyć w miarę stały zespół. Bo Show Band powstał w 1972 roku, a dziewięć lat wcześniej pan Tolek podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt i na pięć miesięcy wyjechał do Norwegii przygrywać do kotleta.

W knajpie dla braw grano… klasykę

Wszystko zaczęło się w stołecznej kawiarni Kaprys naprzeciwko Muzeum Narodowego. Trwał karnawał, a kwintet Wojdyny zabawiał przybyłą na dancing publiczność. W Polsce gastronomiczne stawki nie rzucały na kolana, więc wszystkim, którzy chcieli żyć z muzyki (a nie tylko muzyką) marzył się wyjazd w zagraniczną trasę, aby pograć za „garść dolarów więcej”.

Pan Tolek dużo się nasłuchał opowieści Bohdana Kezika z Kwartetu Warszawskiego, który jako jeden z pierwszych odbył dobrze płatną skandynawską podróż. Nasz bohater też postanowił skompletować skład i w maju 1963 zameldował się po drugiej stronie Bałtyku.

Zakontraktowana kapela chrzest bojowy miała w Oslo, w knajpie o nazwie Dronningen (królowa). Powitanie nie było iście królewskie, ponieważ Wojdyna i spółka opóźnili początek występu o minutę, co gorączkowo zakomunikował nieświadomym wpadki przybyszom z Polski kierownik sali, który stukając palcem w tarczę zegarka pędził w stronę sceny i miotał przekleństwami. Na szczęście udało się załagodzić sytuację, a ekipa pana Tolka spodobała się na tyle, że dostała bardzo dobre referencje. Po norweskich hotelach rozeszła się fama, że warto wynająć muzykantów znad Wisły. Po Oslo było Bergen, Stavanger i Sandefjord. Wszyscy chcieli bawić się przy muzyce Wojdyny.

Kapela z Polski miała dobrze opanowany repertuar, który wtedy był na czasie. Czego słuchali wytworni hotelowi goście wynurzając się z apartamentów, entuzjaści dolce vita pod parasolem na statku pasażerskim, tudzież knajpiani smakosze o aksamitnych podniebieniach, którym przeciętna muzyka stawała kością w gardle? Wtedy na topie była ABBA, James Brown, Aretha Frankiln, Tom Jones i Wilson Pickett. I tak od poniedziałku do soboty przez sześć godzin dziennie – grało się zwykle po południu albo wieczorami. Niedziela była dniem wyjątkowym, bo wtedy do knajp przychodziły całe rodziny, więc repertuar nie mógł być skrojony pod córki dancingu. Robiła się familijna akademia ku czci klasyków, a muzycy wyciągali zeszyt nutowy, skrzypce, siadali do fortepianu i przez godzinę sala słuchała nabożnie Schumana albo Schuberta. Znajomość klasyki się przydawała, bo później łatwiej było o kolejny kontrakt. Rodzinne spędy muzyczne na mieście przy obiedzie serwowanym z muzyką na żywo dla wysublimowanych słuchaczy nazywały się „semi klasiki”. Były też tak zwane „sista dansen”, czyli ostatni taniec dla singli, którzy w pojedynkę przychodzili do klubu na potańcówkę, a wychodzili w parze.

Praca była ciężka, ale dobrze płatna. Skandynawowie hojnie płacili. Miesięcznie w renomowanym lokalu można było zarobić 2,5 tys. koron na rękę, co w przeliczeniu dawało 400 dolarów. W Polsce w latach 70. za jedną dwudziestą tej kwoty można było godnie pożyć od pierwszego do pierwszego – wspominał pan Tolek.

Waglewski nie chciał przygrywać do kotleta

Wojdyna zdobywał nie tylko kontrakt za kontraktem, ale też uznanie. I renomę. To nic, że – w naszej nomenklaturze – był klezmerem. Skandynawowie mieli do niego duży szacunek. Kiedy piosenkarka Ingrid Johansen złożyła protest do norweskiego związku zawodowego muzyków, że jakiś Polak blokuje jej miejsce pracy, nikt się nie przejął szlochem zawistnej szansonistki. Na pewno nie przejął się słynny na fińskim rynku muzycznym impresario Tom Hertel, który wynajął Wojdynę na rejs z Helsinek do Sztokholmu. Bywało, że pan Tolek z muzykami bawili na statku pół roku. A kiedy raz zawinęli do Leningradu (obecnie Petersburga), stali się dla miejscowych atrakcją turystyczną. Nie, akurat nie z powodu muzyki – z powodu panującej tam biedy. Ludzie dopadali cudzoziemców ubranych w markowe dżinsy i modne indyjskie koszule, nie odstępowali przybyszów na krok, natarczywie targując się o ich ciuchy. W mieście stały dwa uliczne ogony – jedni ludzie w kolejce po jeszcze zielone kubańskie pomarańcze, drudzy po kwas chlebowy – opowiadał mi Wojdyna. Ale wspominał też, że Polacy na tle Skandynawów niecierpiących żadnych deficytów, wyglądali jak przybysze z innej planety. Robiono nam zdjęcia jak ciekawostce przyrodniczej i nie dowierzano, że nie chodzimy na czworaka. Szwedom wydawało się nieprawdopodobne, że w biednym kraju trawionym przez socjalizm, można grać muzykę stylizowaną na zachodnią.

Wojdyna nie przywiązywał wagi do szyldu. Zmieniał nazwę zespołu w zależności od frekwencji – raz muzycy wychodzili na scenę jako Wojdyna Trio, innym razem jako Wojdyna Five, a kiedy indzie jako Thunderbolt. Przez skład tej ostatniej formacji przewinął się młodziutki Wojciech Waglewski. Był z Wojdyną na kontrakcie w Burgos, ale ostatecznie porzucił granie w knajpie. I dobrze, bo w przeciwnym razie być może nie powstałoby Voo Voo… Z panem Tolkiem występowali też Wojciech Karolak, Jerzy Bartz czy Krystyna Prońko i prawie… Józef Skrzek. Prawie, bo przed jednym wyjazdem ktoś podsłuchał Skrzeka jak po wypiciu w jakimś lokalu kilku głębszych za głośno zwierzał się, co sądzi o ludowej ojczyźnie i czujne ucho partii doniosło o tym komu trzeba. A doniosło wysoko, bo sprawa otarła się o Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, które w rewanżu nie wydało muzykowi paszportu.

Po upadku socjalizmu, kiedy wyjazdy za granicę stopniowo przestawały być czymś nadzwyczajnym, Wojdyna na dobre zaniechał podróży. Mógł sobie ułożyć życie w Skandynawii, ale awersja miejscowych do przybyszy z innych rejonów Europy, powstrzymała go przed tą decyzją. Dziś córka pana Tolka mieszka w Malmoe, a on obstawia stołeczne imprezy. Jeszcze w latach 90. był stałym muzycznym rezydentem luksusowych warszawskich hoteli. Jego grupę Jet Set Band współtworzyły takie sławy polskiego jazzu i rocka jak Tomasz Szukalski i Dariusz Kozakiewicz. Do tej pory – mimo 83 lat – wychodzi na scenę!

Istniejący w latach 70. Show Band nie miał fonograficznych ambicji. Kompozycje zebrane na płytach „Punkt styku” i „Dno muzyki” to nienachalne impresje na temat tego, co wówczas było modne w muzyce rozrywkowe. A na parkietach królował wtedy funk, swing czy bossa nova. No i pan Tolek, który rozpromieniał słonecznymi dźwiękami ponure oblicza hojnych Skandynawów.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *