Supergrupy nie są takie super

Trasa Męskie Granie to już stały element letniego krajobrazu muzycznego. A od 2014 rdzeniem Męskiego Grania jest Męskie Granie Orkiestra, która piosenki z dawnej epoki odświeża wykonaniami artystów jak najbardziej współczesnych.

Wśród grających w MGO są Andrzej Smolik i Hubert Gasiul (Wilki, zespół Ani Rusowicz), wśród śpiewających m.in. Tomasz Organek, Dawid Podsiadło, Monika Brodka. Czyli (prawie) all stars używając terminu sportowego, a supergrupa używając terminu muzycznego.

Pojawienie się MGO przypomina zatem o pojęciu supergrupy, które nie jest w Polsce w powszechnym użyciu, jako że nie było ku temu wielu okazji.

Co to jest supergupa? Z grubsza wiadomo, że chodzi o spotkanie pod jednym szyldem muzyków o uznanych nazwiskach, ale z różnych zespołów; przy czym dla porządku można przyjąć, że w ilości minimum trzech, ponieważ znane pary podpadają pod inny paragraf, mając nawet własne nazewnictwo; zresztą duetów było i jest wiele (Nalepa & Trojanowska, Lipnicka & Porter, Maleńczuk & Waglewski, Borysewicz & Kukiz, Nergal & Porter; a zaczęło się od Ady & Kordy z dawnych Niebiesko-Czarnych). Może więc dla jasności reguł lepiej na początek określić na przykładach, co supergrupą nie jest. Wprawdzie mianem supergrupy intuicyjnie określa się SBB, które jednak nie spełnia powyższych kryteriów, jako że tylko Józef Skrzek, w przeciwieństwie do jego partnerów, zdobył renomę nim zdobyło ją całe SBB. Kryteriów nie spełnia też Brygada Kryzys, bo dwóm gwiazdom undergroundu  Brylewskiemu i Lipińskiemu towarzyszyli muzycy znacznie niżej notowani. I jeszcze kwestia organizacyjna – prawdziwa supergrupa przynajmniej w założeniach (a w praktyce zwłaszcza w nich) jest bytem powołanym do realizacji więcej niż jednego projektu artystycznego, toteż w naszych rozważaniach nie bierzemy pod uwagę personalnie bardzo mocno obsadzonych sesji płytowych w hołdzie Ericowi Claptonowi czy Tadeuszowi Nalepie, legendarnemu „I Ching”, a tym bardziej wykluczamy nagrania okazjonalnego hymnu charytatywnego, rodzimego „We Are The World”, czyli „Stanie się cud” albo utworu „Choćby nie wiem co” z zarządzanego przez Jana Borysewicza albumu „Być wolnym”. Wykluczamy też niby modelową supergrupę Tadeusza Nalepy z połowy lat 80. (z Andrzejem Nowakiem, Bodkiem Kowalewskim, Jarosławem Szlagowskim), bo nierównomierny układ sił powodował, że była ona właśnie niby (a wymienieni po prostu towarzyszyli panu Tadeuszowi). Podobnie nie liczą się choćby nie wiadomo jak silne składy formowane na ledwie jeden występ przez Ireneusza Dudka, mimo że były one naprawdę silne – na Rock Opolu 1983 to prawdziwe Silesian All Stars (Błędowski-Anthimos-Ryszka-Riedel), na Rawie Blues 1997 pozornie prawdziwa supergrupa, która zresztą podobnie się nazywała – Superband tworzyli Hołdys, Skrzek, Piotrowski i Waglewski. Rawa Blues zna zresztą z autopsji piękne składy, bo w 1990 Tadeuszowi Nalepie towarzyszyła „większa połowa” Voo Voo w osobach Waglewskiego i Mateusza Pospieszalskiego oraz król basu Andrzej Pluszcz. Ale, powtórzmy, Superband to jednak nie supergrupa. To już bliżej było prowadzonemu na boku Krzaka przez Leszka Windera z Ryszardem Skibińskim Super Session (Martyna, Nowak, Riedel, Piotrowski, Krzysztof Ścierański i paru innych nieanonimów, w tym znowu Dudek), które dało w 1983 roku „aż” cztery koncerty, chociaż uczestnicy supersesji mieszali się ze sobą jednak dość opornie. Supersesja to też nie supergrupa.

Biorąc pod uwagę powyższe zastrzeżenia, za pierwszą polską – i to nawet taką z prawdziwego zdarzenia – supergrupę wypada uznać Polan, których tworzyli muzycy Niebiesko- i Czerwono-Czarnych, a więc naszych potęg lat 60. To była coś dużo więcej niż tylko ciekawostka, a Polanie nagrali ważną płytę wypełnioną po połowie własnymi piosenkami i przeróbkami klasyki (już wówczas) rhythm’n’bluesowej, przeszczepiając ten gatunek na rodzimy grunt. Działali przez cztery lata, a takiego wieku supergrupy dożywały rzadko.

Na następną prawdziwą, taką wręcz definicyjną supergrupę, zresztą status mającą wypisaną w nazwie, trzeba było czekać do następnego rockowego boomu, czyli początku lat 80. Boom ten zwieńczyła wspomniana sesja „I Ching”, z założenia jednorazowa, ale z niej zrodziła się formacja spełniająca wszystkie warunki ujęte w definicji zjawiska. Czyli Morawski Waglewski Nowicki Hołdys. Właśnie już samo uformowanie nazwy z nazwisk orientowało, że to naprawdę supergrupa, zresztą z większym naciskiem na pierwszy człon niż drugi (tak przy okazji – z pewnością wówczas najmniej znaną ćwiartką kwartetu był Wojciech Waglewski, którego przetransponowanie do świata rocka było może największym sukcesem MWNH). Hołdys, Waglewski i reszta mieli działać długo, ale skończyło się na jednej płycie i paru koncertach. Co jest ilustracją zjawiska, iż silne indywidualności nie bardzo mogą ze sobą wytrzymać. W przypadku ostatniej z ujętych w nazwie person MWNH była to indywidualność BARDZO silna, źle znosząca jakiekolwiek podporządkowanie się. Rock to sztuka, a sztuce szkodzą kompromisy – w przypadku zgromadzenia pod jednym dachem konieczne. Ale rock to również praca, gdzie ktoś powinien kierować…

Tak, formuła supergrupy zakłada demokrację i wyklucza dyktaturę, dlatego trudno dziwić się motylemu życiu kolejnej, już ostatniej supergrupy Hołdysa – Plugawemu Anonimowi, tworzonemu jeszcze przez Dariusza Kozakiewicza, Mechanika Jureckiego czy Piotra Szkudelskiego. Plugawy  zostawił po sobie dwie piosenki i bardzo niespełnione nadzieje.

Tak naprawdę supergrupowe pokrycie nadziei z rezultatami – może jedyne w historii polskiego rocka – nastąpiło w przypadku zespołu, który supergrupą stał się nie z założenia, lecz drogą  ewolucji. To Armia, początkowo pomyślana jako artystyczne przymierze dwóch panów B., do których stopniowo dołączali muzycy (Banan, Stopa, Maleo) rozpoznawalni daleko poza kręgiem swoich fanów, muzycy znani ze znanych zespołów (Izrael, Moskwa, Kult, Voo Voo). Było świetnie (tytuł płyty „Legenda” oddawał istotę rzeczy nie tylko personalną), choć nie było długo. O wiele krócej, niż w przypadku powiązanej z Armią personalnie i geograficznie 2Tm2,3. Ale czy ta supergrupa spełnia kryteria supergrup? Może tak (znane nazwiska choćby tylko trzech „tenorów”-założycieli), może nie – stała się tak pojemna personalnie, iż zupełnie nie pasuje do niej pojęcie all stars, no i przede wszystkim spoiwem tak naprawdę nie jest tu sztuka, lecz wiara.

W latach 80., okresie erupcji polskiego rocka, powstawały też inne supergrupy – będące już mniej super, a może będące super wyłącznie z założenia, formalnie, teoretycznie. Non Iron (m.in. Wojciech Hoffmann, Grzegorz Kupczyk, Leszek Szpigiel) można nazwać wręcz supergrupą „lokalną”, jako że zrzeszała muzyków z Poznania. Z kolei The Nos to supergrupa „środowiskowa”, bo w jej skład weszli muzycy niosący sztandar Krajowej Sceny Młodzieżowej (Bogdan Łyszkiewicz, dwóch ludzi ze Sztywnego Pala, a na domiar znanego Tomasz Lipiński). Nie zostało po tych formacjach wiele, w przypadku The Nos nie została nawet płyta, jedynie dwa nagrania radiowe. Czyli nie została nawet specjalna pamięć.

By mówić o innej supergrupie „środowiskowej”, należy przenieść się z lat 80. o dekadę z kawałkiem do przodu oraz z Poznania do, zasadniczo, Mysłowic. Połączenie części Myslovitz z Mietallem Walusiem (Negatyw) i częścią Ścianki dało Lenny Valentino. Są w odniesieniu do Non Iron podobieństwa, ale przeważają różnice. Lenny Valentino działało krócej, bo Rojek miał inne plany, ale zostawiło po sobie cenioną płytę „Uwaga! Jedzie tramwaj”, a może nawet pewną legendę.

Lata 90. to jeszcze dwie supergrupy, jednak bardziej na prawach ciekawostki niż bytu z prawdziwego zdarzenia. Obie jednak na takie prawo były skazane. Albert Rosenfield ze względu na charakter, jako że zrzeszał prawie samych gitarzystów basowych (Jacek Chrzanowski, Titus, Wojciech „Puzon” Kuzyk); a The Users ze względu na ogromny potencjał personalny (prawdziwe all stars undergroundu – Brylewski, Tymon, Świetlicki, Trzaska, Kurtis, Olter), który w związku z tym nie miał szans przełożyć się na artystyczny. Potencjał The Users był nawet większy niż to sygnalizuje powyższy spis nazwisk, jako że skład grupy bywał nie tylko mniejszy, ale i większy – kiedy dołączał na przykład Włodzimierz Kiniorski. Albert i Users zostawili płyty (Users oczywiście koncertową), ale z pewnością nie głębsze ślady w polskim rocku. Pamiętają o nich głównie historycy i statystycy.

Ile więc polskich supergrup było naprawdę – czyli nie tylko personalnie – super? Niewiele. Zresztą nawet wkład Orkiestry Męskiego Grania nie jest jednoznaczny. Piosenki-wizytówki kolejnych edycji tras nie budzą wątpliwości, ale już w kowerowym programie koncertowym zdaje się dominować walor edukacyjny i zabawowy nad chęcią, a może częściowo umiejętnością ich „twórczego odczytania”.

Nie mamy więc specjalnie czym się chwalić, ale nie mamy też powodu popadania w tradycyjne kompleksy, bo rozczarowujące supergrupy to wcale nie tylko nasza polska przypadłość. Tam też sporadycznie udawało się wykorzystać potencjał zgromadzony w jednym studiu, na jednej scenie. Jasne – Cream, ELP, UK, Black Country Communion… ale czy jest wiele więcej jednoznacznie pozytywnych przykładów? A negatywne cisną się wianuszkiem – Asia, The Firm, Chickenfood, Beck Bogart Appice, BBM…

Morał jest prosty – supergrupy i tam, i tu bardzo rzadko bywają super.

Jan Skaradziński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *