Życie po życiu pod pękającym niebem

Wyobraźcie sobie muzykę, której mogliście nigdy nie usłyszeć, bo gdyby leciała w radiu, zabrakłoby czasu przewidzianego na reklamy. Muzykę ambitną, ale nie na tyle, aby – wzorem jazzu – wstydziła się przebojowej melodii. W końcu muzykę, która od kliku lat wychodzi na płytach, ale nie jest wykonywana na koncertach. Jej autorem jest znany z Riverside Mariusz Duda, który pojawił się w warszawskim studiu U22 na odsłuchu swojego najnowszego krążka.

O Riversiede wiadomo coraz więcej. Nie jest to zespół, który zapycha swoimi piosenkami ramówki radiowo-telewizyjne, ale stopniowo coraz skuteczniej przedostaje się do świadomości słuchaczy o szerokich horyzontach muzycznych. Droga to była niełatwa, wybrukowana dobrymi chęciami, których muzykom nie brakowało. Gorzej ze słuchaczami, nie zawsze przychylnymi Riverside. Ale od wydanej pięć lat temu płyty „Shrine Of New Generation Slaves” coś się zaczęło zmieniać. Numer „The Depth Of Self-Delusion” załapał się na najwyższy stopień podium Listy Przebojów Programu Trzeciego, a na You Tubie ma już prawie 1,5 mln odtworzeń. Całkiem nieźle jak na niszowy projekt zarezerwowany dla fanów rocka o wyższych ambicjach. Lider Riverside Mariusz Duda zdaje się jednak nie przejmować zasięgiem swojej muzyki. W przeciwnym razie pewnie nie inwestowałby swojego czasu, uwagi i energii w jeszcze mniej medialne przedsięwzięcie, jakim jest zespół Lunatic Soul. A przecież robi to z niezłym skutkiem od dziesięciu lat.

W studiu U22 spotkaliśmy się właśnie po to, żeby poznać nowe dźwięki Lunatic Soul, a nie deliberować o najbliższych planach Riverisde. Czyli wysłuchać fragmentów albumu „Under The Fragmented Sky”. Ledwie rok temu światło dzienne ujrzała płyta „Fractured” – też nagrana pod szyldem LS. Ktoś, kto od lat robi w marketingu pewnie złapałby się za głowę albo kazał autorowi takiego pomysłu (wydawania rok po roku płyty zespołu, który kojarzy się niemal wyłącznie koneserom) popukać się w jej czoło. Ale przecież Duda nie nagrywa muzyki dla poklasku czy splendorów. Już samo to, że nie prezentuje jej później publicznie – mowa o Lunatic Soul – uświadamia, że tu się liczą wyższe cele. Dużo wyższe od komercyjnych motywacji.

Czyli ważna jest muzyka i długo, długo nic. Świeżo po wydaniu „Shrine Of New Generation Slaves” zapytałem Mariusza, jak by zdefiniował styl Riverside i czy okraszanie jego całej twórczości epitetem „progresywny” jest w ogóle na miejscu. Mam nadzieję, że „progresywny” występuje tu w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Nigdy nie byłem fanem tej odmiany rocka w całości. Bardzo sobie cenię muzykę z lat 70., zawsze szanowałem Marillion z Fishem czy Porcupine Tree, ale nigdy nie zachwycałem się każdym zespołem z tego gatunku. Obracamy się w tym nurcie, niemniej cały czas staraliśmy się być gdzieś pomiędzy. Między rockiem a metalem, a nawet i muzyką pop. Lubimy piosenki, warunek jest jeden – ambitne – tak mi wtedy odpowiedział.

Lunatic Soul jest nie mniej ambitnym projektem. Może nawet bardziej niż Riverside? Podczas odsłuchu w studiu U22 słuchaliśmy nie tylko muzyki. Na zawieszonym nad głośnikami dużym ekranie plazmowym Duda niczym nauczyciel przy tablicy opowiadał o kolorystyce swoich płyt. Że barwy towarzyszące albumom Lunatic Soul mają nie mniejsze znaczenie niż muzyka. Zaczęło się od czarnej okładki, później była biała, szara, aż nadeszła era kolorowych – niebieskiej i dwóch ciemno czerwonych. Zmianie uległo coś jeszcze – otóż front albumów zdobił do tej pory zygzak w kształcie połączonych liter L i S. Z czasem zastąpiły go strumienie świateł latarek, które później lekko zmieniły kształt w popękane kawałki szkła. Mamy więc pewną hierarchię wartości Lunatic Soul: muzyka, grafika, a dopiero gdzieś tam w ogonie ewentualnie: promocja.

Ale frekwencja na spotkaniu dopisała. Poza kilkoma dziennikarzami, menedżerami, ludźmi z obsługi, były też osoby, dla których muzyka Lunatic Soul nie ma żadnych tajemnic, choć de facto każda z sześciu płyt, jakąś tajemnicę skrywa. Dudę od zawsze pociągała metafizyka, a gdy jedna z bliskich mu osób przeżyła śmierć kliniczną, chciał się za wszelką cenę dowiedzieć, jak to jest być „pomiędzy”. Książka Raymonda A. Moody’ego „Życie po życiu” nie zaspokoiła uporczywych dociekań, więc zdobył się na muzyczny eksperyment: skomponował ścieżkę dźwiękową i umieścił na niej wymyślonego bohatera, którego odtąd woził w lśniącym karawanie albo wlókł w pochodzie czarnej procesji. O koszmarnej tułaczce między światami odpowiadają „czarna” i „biała” płyta Lunatic Soul.

A pozostałe? Weźmy czwartą w kolejności „Walking On The Flashlight Beam”, czyli „niebieską”. Jest takim filmowym prequelem tej samej historii, w którym poznajemy bohatera, kiedy jeszcze żyje, ale mieszka w introwertycznym zamknięciu. Płyta mówi o samotności na życzenie. O osobach wyalienowanych społecznie, chowających się przed całym światem w swoich prywatnych jaskiniach. Bohaterami tej historii są m.in. ludzie żyjący w świecie fikcji, otoczeni książkami, płytami czy grami wideo. Nie zależy im na relacjach z innymi, żyją po prostu z dnia na dzień. Bardzo zainspirowała mnie biografia Zbigniewa i Tomasza Beksińskich, czyli ojca artysty oraz syna, znanego dziennikarza i tłumacza, który książkami, filmami i muzyką się otaczał i w wieku 41 lat wybrał życie w świecie fikcji na zawsze. W Japonii występuje takie zjawisko, które nazywa się „hikikomori”. Dotyczy ono ludzi młodych między 30 a 35 rokiem życia, przeważnie mężczyzn. To osoby z różnych powodów wycofane społecznie – nie biorą udziału w wyścigu szczurów, cały czas siedzą w swoim pokoju i nawet nie odsłaniają żaluzji kiedy świeci słońce. Nie cierpią na depresję ani nie są singlami, po prostu wystarcza im własne towarzystwo – tłumaczył mi Mariusz.

„Walking On A Flashlight Beam” tłumaczył dosłownie jako „spacerując po świetle latarki” albo – bardziej obrazowo – „myśląc o niebieskich migdałach”. To w odniesieniu do tych uwięzionych na życzenie w swoich pokojach. Niebieski kolor okładki miał oddawać chłód szyby, która odgradza ich od reszty świata. O tym mówił też singlowy numer „Cold”. I znowu u Mariusza wszystko się zgadzało – muzyka z tytułem płyty, a tytuł płyty z kolorem okładki.

Najnowsze dzieło Dudy – „Under The Fragmented Sky” – kolorystycznie nawiązuje do „Fractured”. Graficznie też – tam mamy popękane szkło, tu postać tajemniczą, nad głową której rozpada się jakby niebo. To bardzo wymowne, tym bardziej, że ostatnio życiem osobistym Mariusza wstrząsnęło kilka tragedii (przedwczesne odejście kolegi z zespołu Riverside Piotra Grudzińskiego oraz śmierć ojca). Trudno się więc dziwić przelaniu tych eschatologicznych tematów na papier okładkowy oraz nutowy. Chociaż muzyka z „Under The Fragmented Sky” wydaje się być pozbawiona funeralnych akcentów – jest jaśniejsza i cieplejsza od tej, którą Dudzie zdarzało się wcześniej serwować. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie słuchając na wyrywki nowego albumu.

A może to zasługa także idei, która przyświecała artyście podczas pracy nad tą płytą. Chciałem kultywować melodię – odparł krótko, pytany o tajemnice swojej kuchni metodologicznej. Melodii rzeczywiście jest tutaj pod dostatkiem. Brakuje natomiast głosu. Gdzieś na bliższym lub dalszym planie słychać w tych kompozycjach mgliste wokalizy – jakby wprawki wokalne. Dostajemy w zasadzie płytę instrumentalną, chociaż gdzieniegdzie zaplącze się muzyka z tekstem. A wtedy brzmi to prawie jak Riverside. Ale równie dobrze. Jednak głosy są podzielone. Tak szczerze, to wolę Dudę we wcieleniu Lunatic Soul niż Riverside. Ale nigdy mu tego nie powiem – zdradził mi w zaufaniu nasz wspólny znajomy, który przez kilka lat pracował w załodze odpowiedzialnej za promocję marki Riverside.

O tym, że „Under The Fragmented Sky” jest suplementem do „Fractured” świadczy też fakt, że na najnowszą płytę trafiły dwa utwory, które były gotowe podczas pracy nad poprzednią. Ale Duda nie nazywa ich odrzutami – wtedy nie pasowały mu do całości, teraz pasują. W przyrodzie nic nie ginie. Po przesłuchaniu obszernych fragmentów „Under The Fragmented Sky” miałem poczucie znalezienia się w lepszym muzycznym świecie – takim, w którym nie rządzi koniunkturalizm, riffów i refrenów nie pisze się pod słupki sondażowe, a między dźwiękami rozpościera się klimat jakiego nie powstydziłby się sam Peter Gabriel czy Dead Can Dance. W Lunatic Soul Duda proponuje muzykę intymną, wycofaną, schowaną pod kapturem. „Under The Fragmented Sky” jest chyba pierwszą próbą wyjścia z cienia i choć to głównie instrumentalne utwory, brzmią jakby tylko na moment odklejono od nich tekst, bo czasami ocierają się o radiową piosenkowość.

To czy Lunatic Soul stanie się w takim stopniu rozpoznawalną marką jak Riverside zależy tylko do Mariusza Dudy, który jeszcze nie odważył się na koncertowy debiut tego projektu. To nadal zespół wyłącznie studyjny. Właściwie zespół jednego aktora, do którego tylko od czasu do czasu doskakują kolejni muzycy (jak Maciej Szelenbaum, Wawrzyniec Dramowicz czy znany z Riverside Michał Łapaj). Kiedy doczekamy się pierwszego koncertu? Na to pytanie Duda także w studiu U22 nie potrafił udzielić wiążącej odpowiedzi.

Konrad Wojciechowski
Fot. Dariusz Kawka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *