Chłopaki nie wrócą?

Ten rok nie kończy się najlepiej dla fanów polskiego rocka. Decyzję o zawieszeniu działalności ogłosiły zespoły Hey i T. Love. Grupa dowodzona przez Muńka Staszczyka ominęła przez te 35 lat na scenie wiele raf, aby w końcu zderzyć się z górą lodową. Pytanie, czy kapitan jeszcze zechce wrócić na statek i stanąć za sterami.

 

Ulubione piosenki

Konrad Wojciechowski:

1. „Warszawa”
Piękny, poetycki tekst Muńka – najlepszy, jaki kiedykolwiek popełnił. Szczery, dojrzały i bardzo osobisty. Nie ma tam poutykanych stołecznych zabytków, nie jest to też tendencyjna widokówka krajoznawcza z Łazienek albo Wilanowa, do których pielgrzymują turyści. Ale przejażdżka po Warszawie z Muńkiem dostarcza ciekawszych doznań niż wędrówka za przewodnikiem. Tylko „słoik” mógł napisać piosenkę o tym mieście, która oddaje jego niecodzienny urok, ale jest daleka od idealizowania.

2. „Polskie mięso”
3. „Mętna woda”
4. „King”
5. „Siedem”

Jan Skaradziński:

1. „Jak żądło”
Oto połączenie glamu (canto) i rocka (refren), czyli prawdziwy glamrock, czyli błysk Boney M. i moc Slade (no, prawie). Jako że jesteśmy z Muńkiem z tego samego rocznika, glam środka lat 70. stanowił naszą inicjację muzyczną, musimy więc mieć do niego sentyment, który z tej piosenki aż bije. Reszta to już moje własne wspomnienia dwadzieścia lat młodsze, kiedy „Jak żądło” chodziło ze mną wszędzie; no i rzecz jasna ten falset.

2. „Nie, nie, nie”
3. „Chłopaki nie płaczą”
4. „Ajrisz”
5. „Siedem”

Ulubione płyty

WOJ:

1.„Old Is Gold”
Taka płyta od dawna prześladowała lidera T. Love. „Old Is Gold” dowodzi, że stare ciągle jest jare i warte przypomnienia. Bob Dylan, Johnny Cash, Muddy Waters, ale i Johnny Rotten czy Andy Warhol to ważne persony w artystycznym życiorysie Muńka, o czym frontman poucza w utworze tytułowym. Sporo tu vintage’owych smaczków aranżacyjnych, zinterpretowanych charakterystyczną, chuligańsko-zawadiacką manierą wokalisty. „Mętna woda” to znakomite współczesne country, a „Syna marnotrawnego” ciekawie ubarwiają organy – rzecz dla T. Love niepojęta. Można się też doszukać glamrockowych reminiscencji inspirowanych „For A Few Dollars More” Smokie („Country Rebel”) czy ducha Doorsów i ich „Light My Fire” w „Skomplikowanym (nowym świecie)”.

2. „King!”
3. „T. Love”

JSK:

1. „Pocisk miłości”
Płyta, od której zaczęło się „prawdziwe”, zawodowe T. Love i płyta, na której T. Love jak nikt inny z Polski tak bardzo zbliżył się do The Rolling Stones (Oddział czerpał też z innych wzorów), co wystarcza za wszelkie rekomendacje i komplementy. To jest T. Love nowy głównie muzycznie, bo tekstowo grupa pozostaje osadzona tu i wtedy, choć przy okazji jednak nie tylko tu, bo jeszcze w Londynie, gdzie Muniek popracował. Efekt jest tak dobry, że nie zdołał go zepsuć angielski w części piosenek (w końcu jak Stonesi to Stonesi) i nawet ten przeklęty automat perkusyjny… „Keith” Benedek złapał życiową formę, Muniek zachował dawny wdzięk. A „Warszawa” to wartość dodana.

2. „Al Capone”
3. „Old Is Gold”

Najmniej lubiana płyta

WOJ: „Chłopaki nie płaczą”
Cały ten napędzany piosenką tytułową glamrockowy projekt nie bardzo przypadł mi do gustu. To wprawdzie żart, pastisz, satyra, ale uważam, że rockmanom nie przystoi mezalians z kiczem. W latach 70., kiedy w Wielkiej Brytanii dużą popularność osiągnęli Slade czy Sweet, glam był czymś nowym, ale ponad 20 lat później, w nadwiślańskim wydaniu kojarzył się z dziwną odmianą disco polo i taka etykietka przylgnęła do T. Love. Fakt, że album „Chłopaki nie płaczą” był jednorazowym wybrykiem, też świadczy o tym, że Muniek i spółka chcieli się z tej szufladki jak najszybciej wydostać.

JSK: „Miejscowi – live”
Pierwszy album walczył u mnie o ostatnie miejsce z drugim. Drugi to nienaturalnie bogaty aranż, pierwszy to surowa, a przy tym bolesna amatorka. Wykonanie okropne, fałsze gonią kiksy, może więc dobrze, że tak naprawdę niewiele słychać. Rozumiem luz i niefrasobliwość, ale powinny być jakieś granice… tu ich nie ma. Kto mógł przypuszczać, że taki debiut nie przekreśli kariery. I że z tej kaczki wyrośnie łabędź… Ja nie przypuszczałem.

Najważniejsze wydarzenia w historii zespołu

WOJ:

1. Reaktywacja po powrocie Muńka z Anglii, 1990.
2. Opanowanie kryzysu w zespole i mobilizacja zmagającego się z depresją frontmana T. Love aby nie rozwiązywać kapeli, co przedłużyło jej żywot o ponad dziesięć lat, 2003-2004
3. Nakręcenie teledysku do piosenki „To wychowanie”, 1991

JSK:

1. Zgadzam się z przedmówcą – bezwzględnie reaktywacja po powrocie Muńka.
2. Odbudowa po odejściu Benedeka, 1994.
3. Zamiana statusu gwiazdy nurtu nieoficjalnego na podobny z już jak najbardziej oficjalnego za sprawą „Chłopaki nie płaczą”, 1997.

Moje pierwsze spotkanie z T. Love

WOJ: Pierwszy wywiad z Muńkiem, jeszcze do „Metra”, zrobiłem jesienią 2011 roku. Spotkaliśmy się na rogu Marszałkowskiej i Hożej w gmachu TVN. Wokalista T. Love był po nagraniu telewizyjnym i może dlatego rozmowa się nie kleiła. Muniek wydał mi się jakiś mało wyluzowany, odpowiadał na pytania krótko, beznamiętnie; daleki był od gawędziarskiego nastroju, jaki wielokrotnie później mu się udzielał, kiedy bywałem u niego w domu na Żoliborzu czy we Włochach. A może to jednak ja byłem wtedy stremowany?

JSK: Płytka T. Love Alternative  z 1986 [patrz: wspomnienia osobiste].

 

Mój pamiętny koncert

WOJ: Nie potrafię wymienić jednego. Szczególnie zapadły mi w pamięć koncerty T. Love w Stodole, kiedy klub pękał w szwach nabity tłumem. A muzykom towarzyszyli goście specjalni – raz Kora i Hołdys, innym razem Edyta Bartosiewicz.

JSK: T. Love to jeden z bardzo nielicznych bandów nadających się równie dobrze i do klubu, i na festyn, i do Jarocina, i do Opola, i na wielki stadion. Na początku roku 2012 grupa uczestniczyła w gali otwarcia Stadionu Narodowego w stolicy. Prestiżowe miejsce, świetne towarzystwo (Lady Pank, Voo Voo), renomowany gość własny (Soyka), przekrojowy repertuar, przyzwoite brzmienie. Nawet zimno – a było zdecydowanie mniej niż zero – nie przeszkadzało.

Mój ulubiony projekt poza-T. Love’owy

WOJ: Album „Luksus” z piosenkami Stanisława Grzesiuka nagrany przez Muńka m.in. z Andrzejem Zeńczewskim – eksgitarzystą T. Love.

JSK: Płyta „Tata” Shamboo z Muńkiem, zdecydowanie.

Wspomnienie osobiste

WOJ: Mam ich co najmniej kilka, ale przedstawię jedno. Pewnego razu długo czekałem na Muńka w hallu głównym TVP na Woronicza. Był późny wieczór. Muniek i jego kolega Macio mieli nagranie promujące płytę Shamboo. Z gmachu wychodzili goście poniedziałkowego programu „Tomasz Lis na żywo”: Kazimierz Marcinkiewicz, Jan Krzysztof Bielecki i Ryszard Petru. W końcu pojawili się Muniek z Maciem, choć oni akurat nie gościli u Lisa. Zaczęliśmy rozmowę, którą po jakimś czasie bezpardonowo przerwał nam redaktor Lis. Usłyszał Muńka rozmawiającego na sofie w korytarzu, więc zawrócił od drzwi wyjściowych i postanowił się przywitać. Po krótkiej wymianie uprzejmości Muniek zapytał naczelnego „Newsweeka”, z jakiego miasta pochodzi. Ten odparł, że z Zielonej Góry i że zaprasza wokalistę na finał ligi żużlowej, podczas której wystąpi pretendujący do tytułu zielonogórski Falubaz: Wiesz, prezes Falubazu lubi, jak jakieś znane osoby są na trybunach – zagaił Lis. Wiesz, ale ja nie jestem taką [tu z ust Muńka padło nieparlamentarne określenie] jak…. A ja jestem? – przerwał szef „Newsweeka”. Wszyscy gromko się roześmiali, a zbity z tropu Lis pierzchnął w stronę wyjścia. Dobrze mu powiedziałeś – skwitował już po wszystkim Macio. Na co Muniek, któremu najbliżej do częstochowskiego Rakowa, odparł: Nie będę, k…, jego drużynie kibicował. Ilekroć rozmawiam z Muńkiem, zawsze rozmowa schodzi na chwilę na tematy piłkarskie i krótko omawiamy wyniki Legii albo piłkarskiej reprezentacji. Ten typ tak ma.

JSK: Tak się złożyło, że studiowaliśmy z Muńkiem – język ojczysty – na jednym wydziale UW. Na korytarzu coś tam słyszałem o jego kapeli, ale nie byłem zainteresowany. Czyli mijaliśmy się – także dosłownie. Muniek zaczął studia trochę wcześniej, ale studiował trochę wolniej, a nasze drogi przecięły się na terenie studium wojskowego. Wtedy „kolega z wojska” (Jan Himilsbach we „Wniebowziętych”: Wojsko wiąże ludzi na całe życie) podarował mi niedawno wydaną EP-kę T. Love Alternative, z której wpadli mi w ucho „Marzyciele”. Potem odrzuciły mnie na dużą odległość dwie pierwsze duże płyty. A potem był „Pocisk miłości”, który wpisał mnie na listę (nie bezkrytycznych!) fanów…

Co mi najbardziej przeszkadzało w T. Love

WOJ: Pewne niedociągnięcia warsztatowe, dykcja i klaskanie Muńka na koncertach.

JSK: To, że fajnym, zgrabnym, ujmującym piosenkom zdarzało się sąsiadować z wprawdzie mającymi wdzięk, ale tak naprawdę nieporadnymi (w sensie muzycznym i wykonawczym), takimi jak „Szara młódź”, „Jest super”, „Stokrotka”.

Jak przyjąłem wiadomość o zawieszeniu zespołu

WOJ: Jednak z pewnym niedowierzaniem. Zdarzały się T. Love przerwy i tak zwane cisze medialne, ale traktowałem je jako kaprys zespołu, przemyślaną sztuczkę PR-ową. Teraz ta decyzja brzmi śmiertelnie poważnie.

JSK: Ze zrozumieniem, uznaniem, przede wszystkim z nostalgią. Parę razy już się na to zanosiło, więc w końcu musiało się stać.

T. Love wróci?

WOJ: Tak, myślę że Muniek odpocznie, zregeneruje siły i wróci w dobrym stylu pod starym szyldem. I jak znam Muńka, nastąpi to spontanicznie, pod wpływem impulsu. Nic na to nie będzie wskazywać.

JSK: Może – w sensie powrotu pełnoprawnego, nie koncertu benefisowego – nie wrócić.


oceniali i wspominali Jan Skaradziński i Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *