Czemu, Heyu, odjeżdżasz…?

Ta wiadomość zelektryzowała fanów polskiej muzyki. Zespół Hey ogłosił, że zawiesza działalność do odwołania. Czy to definitywny koniec słynnej kapeli? Może tak, może nie… W każdym razie postanowiliśmy z tej okazji redakcyjnie podsumować 25 lat z Heyem. To nasz subiektywny ranking dokonań zespołu Katarzyny Nosowskiej.

 

Ulubione piosenki

Konrad Wojciechowski:

1.„Zazdrość”
Lubię rockowy Hey i rockowe przeboje. A „Zazdrość” spełnia wszelkie kryteria rockowego przeboju – jest zdecydowany riff, nośna melodia, lapidarny przekaz. To piosenkowa krótka piłka, rzecz nieprzegadana i choć dosadna, nie tak mroczna i brutalna jak ciut późniejsze teksty Agnieszki Chylińskiej. Nosowska pisała jednak na wyższym poziomie poetyckości i niczym z rękawa sypała pięknymi metaforami. Gdybym wówczas chodził do jednej klasy z Kasią, chętnie bym się przekonał na ochotnika, czy jej piosenki były wyłącznie fikcją literacką, czy…

2.„Umieraj stąd”
3„One Of Them”
4.„Prędko, prędzej”
5.„Misie”


Jan Skaradziński
:

1.„Prędko, prędzej”
Pierwszy raz usłyszałem ten utwór w radiu bez zapowiedzi i nie rozpoznałem w nim Heya. Po zapowiedzi wstecznej zdziwiłem się zdziwieniem radosnym. Beat gdzieś między Jacksonem (nomen omen z „Beat It”) a Rammsteinem, solo gitary à la Van Halen, perkusja zeppelinowata – i, co fantastyczne, nic tu się nie gryzie. Z tej strony Heya dotąd nie znaliśmy. Bo ani to prosty powrót do rocka, ani dalszy ciąg eksperymentów – najbliżej stąd do współczesnego modernizmu. Choć energia (o solówce nie wspominając) jest rockowa, a połączenie takich – niekiedy odległych elementów – jednak ma coś w sobie z eksperymentu.

2.„Dreams”
3.„List”
4.„Eksperyment”
5.„Ho”

Ulubione płyty

WOJ:

1.„W filharmonii – Szczecin unplugged”
Mamy tu do czynienia z piękną plątaniną barw, subtelności i drobiazgów muzycznych, które składają się na sumę wszystkiego, co smaczne w piosence, kiedy zmyje się z niej ostry rockowy makijaż. Hey nie epatuje orkiestrą, zręcznie ją chowa i trzyma w zanadrzu, by pozwolić eksplodować w najmniej spodziewanym momencie („A ty?”). Zdarza się, że Nosowska śpiewa tylko do wtóru samych instrumentów perkusyjnych, podbarwianych tu i tam przez miękką waltornię albo harfę i mandolinę („Kto tam? Kto jest w środku”). Aranżacje zostały pomyślane tak, by jeden utwór niepodobny był do drugiego i wymusił na Nosowskiej poszukanie w krtani innej niż zwykle barwy wokalnej.

2.„Fire”
3.„Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!”


JSK
:

1.„Fire”
Przekonałem się wprawdzie nie od razu, ale na dobre. To może jedyny dowód, że grunge po polsku nie musi być wtórny, pusty, mechaniczny. A swoje wady zespół potrafi przekuć w zalety. Surowość warsztatu i samej materii nie tylko nie przeszkadza, ale ma jakiś unikalny, bezpretensjonalny wdzięk. Hey nawiązuje tu do mody, a na pewno nie wstrzeliwuje się w nią. Co słychać i czuć. To zresztą coś więcej niż pol-grunge, to więcej niż grunge. Reszta jest już historią lat 90. i historią polskiego rocka.

2.„MTV Unplugged”
3.„Ho!”

 

Najmniej lubiana płyta

WOJ:

„Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan”
Wysilona płyta. Bez piosenek, które zapadłyby na dłużej w pamięć. Nie wiadomo, co jest przebojem, a co eksperymentem. Mam wrażenie, że Hey przestał być zespołem i przeistoczył się w grupę akompaniującą Nosowskiej, która wydała kolejny album solowy, tyle że pod szyldem Heya. W końcu jest tu sporo prywaty. „Lilia, kula i cyrkiel” powstała z myślą o synu Mikołaju, a „Wilk vs Kot” – o partnerze życiowym i zarazem szefie muzycznym zespołu, Pawle Krawczyku. No i absolutnie subiektywnie – te rzewne piosenki nie trafiają w mój nastrój.

JSK:

 „Music Music”
Nikomu nie odmawiam prawa do eksperymentów, do poszukiwań, do zmian. Z tym, że wolę ewolucje niż rewolucje. I że wedle mnie Heyowi było bardziej do twarzy w rockowych, gitarowych  szatkach. „Music Music” to dużo elektroniki (w tym takiej triphopowej), mało melodii i parę utworów zupełnie niepotrzebnych („Mehehe”, „Manto”). Przyznaję, że swą długowieczność zespół zawdzięcza właśnie zmianom, które zaczęły się na „Music Music”. Ale do tej płyty wracam wyłącznie z obowiązku.

 

Najważniejsze wydarzenia w historii zespołu

WOJ:

1.Debiut w Jarocinie, 1992.
Gdyby tam nie pojechali – nieważne, że w eksperymentalnym składzie z łapanki – Hey pewnie nigdy by nie zaistniał na taką skalę. A może fachowcy od muzyki w ogóle przegapiliby to zjawisko?

2.Zastąpienie Piotra Banacha przez Pawła Krawczyka, 1999.
3.„Moja i twoja nadzieja ‘97”, 1997.
4.Piosenka „Muka”, 2003.
5.Zerwanie współpracy z menedżerką Katarzyną Kanclerz, 1996.

JSK:

1 Heymania 1993-95 (może ze szczególnym uwzględnieniem trasy promocyjnej „Ho!” ‘94), bo w tamtym czasie Hey okazał się tym, czym Czerwone Gitary w latach 60., Budka Suflera w 70., a Lady Pank w 80.

2. Zastąpienie Banacha przez Krawczyka, 1999.
3.Debiut w Jarocinie, 1992.
4.Ogólnopolska „Moja i twoja nadzieja ‘97”, 1997.
5.MTV Unplugged, 2007.

 

Moje pierwsze spotkanie z Heyem
WOJ: To było jesienią 2012 roku. Przygotowywałem wywiad dla „Metra” i szykowałem się do rozmowy z Nosowską. A tymczasem przyjechał, w dodatku spóźniony, Paweł Krawczyk i w przepraszającym tonie tłumaczył, że Katarzyna utknęła w korku czy coś w tym rodzaju. Cały plan rozmowy wziął w łeb, ale Paweł dzielnie usiłował zrekompensować mi nieobecność Katarzyny, a ja improwizowałem najlepiej jak potrafiłem. Spotkanie przed rokiem – w domu obojga muzyków – wspominam natomiast bardzo dobrze. I bardzo żałuję, że musiałem wyjść przed czasem…

JSK. Spotkanie o charakterze służbowym nastąpiło na początku 1993 bodaj w warszawskich Hybrydach, kiedy Banach i Nosowska sami (sic!) zasugerowali, że są zainteresowani wywiadem dla „Życia Warszawy”. Pamiętam, że byli wręcz speszeni całą sytuacją (zespołu, nie wywiadu). Niedługo potem, podczas koncertu nowej polskiej czołówki Brum Top ‘92 w Sali Kongresowej, wreszcie mogłem posłuchać Heya, bo do tej pory znałem bardziej nazwę niż jej muzyczną zawartość („Fire” dopiero wychodziło). Gwiazdą imprezy były Wilki i IRA, Hey miał status co najwyżej gwiazdeczki. Trema u Kasi i jej kolegów dała się dostrzec nawet z daleka. Rok później oglądałem ich już na wypełnionym po brzegi Torwarze…

 

Mój pamiętny ich koncert
WOJ
: Podczas zamkniętej imprezy dla pracowników Agory w maju 2103 roku. Była energia, był szał, były przeboje. I tylko ta fałszywa skromność wokalistki, która dziękowała publiczności po każdym zagranym numerze, jakby przepraszała, że żyje, pisze piosenki, śpiewa, lekko mną wstrząsnęła. To było coś nienaturalnego, wystudiowanego, co w ustach Nosowskiej, która podobno niczego nie udaje, zabrzmiało wyjątkowo infantylnie jak na tak serwowaną dojrzałą sztukę.

JSK: Pamiętny, bo natknąłem się na niego przypadkiem. Pamiętny, bo w bardzo nietypowym miejscu i bardzo nietypowym okolicznościach. Otóż w czerwcu 2006 przechodziłem koło dworca Śródmieście w Warszawie i niespodziewanie usłyszałem znajome dźwięki. Oto na dachu tego budynku Hey grał dla bardziej i mniej przypadkowej publiczności. Wtedy Antyradio poszło śladem Beatlesów i organizowało w Warszawie i na Śląsku  takie koncerty dachowe. Trzeba było zadzierać głowę do góry… To nie był najlepszy koncert Heya, w jakim uczestniczyłem, ale najbardziej pamiętny chyba na pewno.

 

Mój ulubiony kower
WOJ: Nie mam. Nie interesuje mnie Hey poza Heyem.

JSK: Jednak Kultowa „Arahja”, włączona do programu w 2017 roku m.in. na Męskim Graniu. Bez deformacji oryginału, ale zarazem na tyle odeń daleko, że rodzi się nowa wartość. Nosowska tłumi dramatyzm, który rozgrywa się wewnątrz niej.

Wspomnienie osobiste
WOJ: Pamiętam koncert Hey sprzed paru lat w łódzkiej Manufakturze, a właściwie przed galerią handlową (tego samego dnia grał również Perfect). Część ludzi stała pod sceną, część siedziała pod restauracyjnymi parasolami zajęta rozmową, część była na zakupach. Wtedy doszło do mnie, że – wbrew temu co usiłuje się forsować w mediach – Hey i twórczość Nosowskiej może jednak zobojętniać tłumy.

JSK: Nie muzyczne, ale psychologiczno-gastronomiczne. W 1994 byłem w którymś – którym teraz nie pomnę – z warszawskich klubów na bankiecie promocyjnym płyty „Ho!”. To, co najsilniej utkwiło mi w pamięci, to obawy muzyków o przyjecie drugiej płyty graniczące chyba z przerażeniem. Drżenie rąk, wymuszone uśmiechy, pobladłe twarze. No ale właśnie miało się zadecydować, czy będą gwiazdami sezonu, czy nową siłą w rocku… A że nasz show-biznes właśnie zaczynał być show-biznesem z prawdziwego zdarzenia, kulinarnie też było bogato i smacznie. A w pamięci szczególnie utkwił mi megatort z logo zespołu chyba z ciasta.

 

Co mi najbardziej przeszkadzało u Heya
WOJ: Paradoksalnie to trzymanie się razem za wszelką cenę, co zalatywało trochę sekciarstwem, bo ono uodparniało zespół na ciekawe zmiany i przyoblekło go w szaty muzycznych mędrców.

JSK: Zatarcie podziału na rockowy Hey i eksperymentalną Nosowską-solo. Kiedyś podział był czytelny, aż do wkroczenia przez zespół w nowym na eksperymentalną ścieżkę. Sztuka nie musi być uporządkowana, ale dobrze, jeśli ma jakąś logikę. Liczę, że Nosowska nie nagra teraz płyty rockowej, chociaż…

 

Jak przyjąłem wiadomość o zawieszeniu zespołu
WOJ: Ze zrozumieniem i podziwem, bo taka decyzja wymaga odwagi. Ale życie jest zbyt krótkie (artystyczne – również), żeby tkwić w zgranych układach. Nawet dobrze płatna robota w korporacji, obfitująca w premie i awanse, niekoniecznie daje satysfakcję zawodową. Bo pieniądze to nie wszystko, na szczęście.

JSK: Ze zdziwieniem, a przede wszystkim z nostalgią. To takie niespodziewane, a więc tym bardziej bolesne uświadomienie upływu czasu. Byłem przy wejściu tego nieśmiałego smoka, to był zespół nowy, potem młody, ale nigdy stary. Tymczasem teraz wykonał ruch, który wykonują raczej weterani. A zdziwieniu i nostalgii towarzyszy szacunek.

 

Hey wróci?
WOJ: Trudno wróżyć z fusów, ale jeśli trzeba, to… nie, jednak nie. Nie wróci. Kiedy już Nosowska zazna artystycznego luzu bez uciążliwych zobowiązań, nie będzie chciała powrotu do tego, co było. To zespół jej potrzebuje, a nie odwrotnie. Ona jest osobnym bytem – może nagrywać kolejne płyty pod własnym nazwiskiem, pisać felietony, wiersze i – jeśli tylko tego zapragnie – mieć na skinienie najlepszych muzyków w tym kraju. Próbę odpięcia krępującej przez 25 lat liny bezpieczeństwa postrzegam jako przemyślany skok na głęboką wodę. I obejdzie się bez kół ratunkowych. Hey to piękna historia i niech tak zostanie.

JSK: A ja myślę, że wróci, za czas nieokreślony. Ale jak zwykle na własnych warunkach.

oceniali i wspominali Jan Skaradziński i Konrad Wojciechowski
Fot. Zuza Krajewska/Kayax

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *