Filharmonia zakupowa

Jedni siadają bliżej, rezerwują najlepszy stolik. Drudzy skarżą się, że nie smakuje im jedzenie. Krzyczą, wołają ochronę. Muzyka, która ma nie przeszkadzać, raz się podoba, innym razem doprowadza do szału.

Piątek. W jednej z warszawskich galerii handlowych mimo popołudniowej pory umiarkowany ruch. Kupujący leniwie człapią od butiku do butiku, przeglądając się w witrynach sklepowych. Słychać dogasający szmer rozmów, szelest reklamówek z markowymi ciuchami i pikanie kasy fiskalnej. Z głębi pasażu dobiega muzyka. Trwa dziwny koncert fortepianowy. Pianista skupiony nad klawiaturą, publiczność zajęta sobą. On gra, oni dopijają kawę nad gazetą, z nosem w smartfonie. Wstają, siadają, jeżdżą schodami ruchomymi nad jego głową. Wybija dziewiętnasta. Mężczyzna wstaje od fortepianu, porywa marynarkę i biegnie się przebrać. Po chwili wraca, zostawia torbę w pakamerze, uśmiecha się do recepcjonisty i wybiega z galerii. Ledwo doganiam go na parkingu. Ja tu tylko pracuję – usiłuje mnie zbyć, dziwiąc się, że w tym, co robi widzę coś nietypowego i chcę o tym napisać. Moda na granie w galeriach panuje u nas od niedawna. Coraz więcej się tego słyszy, widzi – dodaje w pośpiechu na odchodne. Macha kluczykami od samochodu, bo musi już jechać. Zaraz zaczyna zajęcia w szkole muzycznej. Daję mu wizytówkę, obiecuje zadzwonić, ale nie oddzwania.

Poniedziałek. Ta sama galeria, ten sam fortepian, ale jego nie ma. Jest za to ona – elegancka blondynka w okularach. Nie odrywa oczu od zeszytu z nutami. Leci „Strangers In The Night” Franka Sinatry. Mała dziewczynka tańczy przy fortepianie. Obok na ławce siedzą dwie kobiety – jedna słucha z uwagą, druga rysuje palcem po telefonie. Dochodzi dziewiętnasta. Pianistka kończy, wstaje, zbiega z podestu i, narzucając kurtkę, pośpiesznym krokiem kieruje się w stronę garaży. Zrównuję się z nią i rozmawiamy idąc. Śpieszy się. Sama nie wiem, czy zależy mi na takiej popularności – dyplomatycznie daje do zrozumienia, żebym na wiele nie liczył. W końcu dyktuje swój numer telefonu. Proszę próbować jutro albo pojutrze do południa, inne dni mam zajęte – rzuca i odjeżdża.

Trzeba ściemniać, żeby ludzi nie zanudzać

O takich jak oni mówi się taperzy, czyli muzycy, którzy grają tło. Siadają przy fortepianie w restauracji hotelowej albo kawiarni i robią wszystko, żeby było nastrojowo. Można ich też spotkać w galerii handlowej, na lotnisku, nawet w pociągu – wszędzie tam, gdzie przewija się tłum ludzi. Ludziom podczas zakupów czy w drodze na samolot muzyka ma umilić czas. Nikt nie ma obowiązku jej słuchać. Staram się wyczuć ludzi – mówi Jacek Gajewski, taper przygrywający w jednej z bydgoskich kawiarni. Nie zagłuszać pań, które odbywają po latach spotkanie klasowe. Ludzie czasami nucą pod nosem. Najlepiej jak jest po polsku. Wtedy wstają od stolika, podchodzą i zamawiają utwory. Jedna pani przyszła z telefonem, puściła muzykę z filmu „Zapach kobiety” z Alem Pacino i poprosiła, żebym to dla niej zagrał. Jakoś musiałem się znaleźć.

Gajewski część kawałków wykonuje z pamięci, część z nut. Siada za fortepianem i rozgląda się po lokalu. Szuka osoby i odgaduje, co może dla niej zagrać. Dla pań 50 plus – „Kawiarenki” Ireny Jarockiej i wiązanka piosenek Anny Jantar. Na dzień kobiet pasuje „Dla Elizy”. Poza tym stawia na stonowane numery, typu „Kind Of Blue” Milesa Daviesa, aby nie burzyć kawiarnianego nastroju. Ale próbował też Metallikę. Tylko disco polo nie wchodzi w rachubę, nie z racji uprzedzeń – po prostu na fortepianie trudno zagrać dance’owo; chociaż przemycił fragment „Ona tańczy dla mnie” jako krótki żart muzyczny.

Patrycja – nie chce ujawniać swojego nazwiska ani nazwy galerii handlowej, w której pracuje – ma bardziej rozproszoną publiczność. Fortepian stoi w centralnej części pasażu. Dookoła krzątają się klienci z zakupami, którzy co chwila ją mijają i giną w drzwiach obrotowych. Za chwilę wchodzą nowi, więc ta widownia nieustannie faluje. Repertuar Patrycji w przeważającej większości stanowią standardy jazzowe, reszta to muzyka filmowa i coś z przedwojennej polskiej klasyki – piosenki Eugeniusza Bodo, Hanki Ordonówny czy Marty Mirskiej, a z nowszych Krzysztofa Komedy.

Nie trzeba znać wszystkiego na pamięć. Gajewski zapisuje wcześniej na kartce, jakie utwory chce zagrać danego wieczora i tego się trzyma. Ma w zanadrzu kilkadziesiąt numerów. To wystarcza. Patrycja jest zbyt leniwa na naukę. Z pamięci zagra trzy piosenki na krzyż, dlatego musi posiłkować się „kwitami”, jak potocznie określa się zeszyt nutowy. Pianista ma dowolność, kierownik kawiarni czy centrum handlowego nie narzuca ramówki koncertowej. Gram co chcę, kombinuję, zmieniam kolejność fragmentów w utworze. Żeby nie było zbyt monotonnie, trzeba trochę ściemniać  – trzy razy powtórzyć ten sam refren. Zaczynam piosenkę od rozpoznawalnego momentu, a później rozwijam temat lub przeskakuje na inny utwór. Tak się robi – zdradza Gajewski.

Partycja chętnie bierze na warsztat  tematy z amerykańskich musicalów, na przykład George’a Gershwina – szybkie, swingujące, idealne do zapętlania refrenów. Można więc do woli improwizować, nakładając własną harmonię na cudzą. Gra się wariacje tych samych tematów. Nie mam czasu ćwiczyć nowych piosenek, więc rozciągam te, które znam, żeby ich zbyt często nie powtarzać – przyznaje taperka. Raz poszerzyła formułę. Dzięki uczennicy, która bierze u niej lekcje i przynosi propozycje na zajęcia, przyswoiła sobie „The Power Of Love” Jennifer Rush. Ale zmiany nikt w galerii nie zauważył. Bo Partycja gra dla własnej przyjemności. Ma wolną rękę, byle klientom nie przeszkadzało.

Granie usługowe zaczęło być modne na przełomie XIX i XX wieku. Ale wtedy taperzy nie grali przed sklepowymi witrynami, tylko pod ekranem kinowym, na którym wyświetlano nieme filmy. Taper poza zastępowaniem muzyką dialogów filmowych, miał za zadanie zagłuszać grą terkot projektora. Ale też wypełnić przerwę, w czasie której operator zdejmował ze szpuli jedną taśmę filmową i zakładał drugą. Tak jak współcześni taperzy, spełniał funkcję użytkową, wycofany na drugi plan, niczym stojący w chórku śpiewak u popularnego piosenkarza – wyjaśnia dr Aleksandra Drzał-Sierocka, kulturoznawca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

Fortepian nie musi grać, wystarczy że wisi

Fortepiany na dobre opuściły sale kinowe, a dziś coraz śmielej wyjeżdżają z sal koncertowych. Coraz częściej stoją w ekskluzywnych centrach handlowych. Budynek galerii, w której gra Patrycja, został zaprojektowany tak, żeby kształtem przypominał statek pasażerski. Na statkach zawsze jest ktoś, kto przygrywa turystom, więc dyrekcja wynajęła taperów, aby byli jak zawodowa orkiestra. Różnica polega jedynie na tym, że w parku sklepowym nie gra się do tańca, tylko dla relaksu klientów, aby jak najdłużej chcieli robić tu zakupy.

Właściciele sieci handlowych wstawiają fortepian, żeby podnieść prestiż miejsca. Kupują instrument lub go wypożyczają. Wypożyczamy fortepiany do rożnych galerii handlowych, zwykle w dużych miastach – na dzień, na kilka dni, na miesiąc bądź na czas trwania konkretnego wydarzenia. Do zagrania koncertu albo jako element dekoracji. Wnosimy, ustawiamy, stroimy i zabieramy z powrotem. Koszt wypożyczenia na dzień waha się w graniach 2-3 tys. złotych, a na miesiąc minimum 5 tys. Im większy instrument, tym droższy – mówi Łukasz Świerczek ze sklepu Pianina Fortepiany Service Musiał.

Sprzęt może grać, ale to nie jest konieczne. Ma przede wszystkim dobrze wyglądać – budzić zachwyt lub zdumienie, jak atrapa fortepianu powieszona pod sufitem poznańskiego lotniska Ławica. Dobrze jest wyeksponować instrument na otwarcie sklepu – Perfumeria Sephora z Galerii Krakowskiej z tej okazji wynajęła fortepian w białym kolorze, a i pierwszych gości salonu odzieżowego Peek & Cloppenburg w Galerii Katowickiej witał szlachetny mebel z klawiszami.

W galerii czy kawiarni elegancja to podstawa, dlatego pianista nie może odstawać od fortepianu. Zawsze zakładam garnitur, nie zaszkodzi być eleganckim – mówi taper z bydgoskiej kawiarni. Kto lekceważy dress code, ten nie ma czego szukać w tym fachu. Mój poprzednik przyszedł w dżinsach zamiast w garniturze i następnego dnia już tu nie pracował. Zwolniło się miejsce, które ja zajęłam. To galeria z ekskluzywnymi sklepami, w których kupują ekskluzywni klienci – zaznacza Patrycja. Dlatego taperzy przeszli modowy dryl. Dawniej musieli zabawiać gapiów grą, dziś muszą jeszcze reprezentacyjnie wyglądać. Pianista w niemym kinie też się wyróżniał jako showman, który podskakuje przy instrumencie albo gestykuluje w kierunku widzów. To pomagało kreować emocje. Dziś chodzi raczej o podbijanie poczucia snobizmu. Po to ten frak, biała koszula – ocenia Drzał-Sierocka.

Ubiór ma kolosalne znaczenie tak samo jak rodzaj instrumentu. Głównie zamawiane są fortepiany, nie pianina. Różnica jest zasadnicza. Fortepian ma ładniejszy i potężniejszy dźwięk i na scenie wygląda bardziej okazale. Pianino to tak naprawdę wariacja fortepianu z pionowo ustawioną płytą rezonansową oraz strunami. Zajmuje mniej miejsca i lepiej się sprawdza do grania w domu – precyzuje Świerczek.

Patrycja gra na prowizorycznym fortepianie z wbudowanym pod spód keyboardem. Ale sprzęt jest bardzo dobry, ma głośniki pod klapą. Na oko kosztował ze 20 tysięcy. Poza tym to elektryczny model, nie trzeba go stroić. A to ma znaczenie. W galerii instrument okala fosa z kolorowymi fontannami, a zbyt duża wilgoć powietrza powoduje rozstrajanie. Za sucho też jest niedobrze, bo w klimatyzowanej przestrzeni drewno się rozsycha, co może prowadzić po popękania płyty rezonansowej, a nawet uszkodzenia klawiatury.

Chopin w pociągu do Berlina i spadające krzesło

Czasami pękają bębenki w uszach. Bo centrum handlowe to nie amfiteatr – na zakupy nie przychodzą wyłącznie melomani. Patrycja nie ma łatwego życia. Niektórzy twierdzą, że jest do niczego, że jej zmiennik gra dużo fajniej. Inni zrywają się od stolika z pobliskiej kawiarni, wrzeszcząc, że z powodu jej koszmarnej gry nic im przez gardło nie przechodzi. Najgorsi są ludzie koło siedemdziesiątki. Tacy ze podkówką na twarzy. Im w ogóle wszystko przeszkadza, więc chodzą do administracji i pomstują na grający fortepian. Czuję na sobie wrogie spojrzenia ludzi. Wiem, komu moja gra przeszkadza, co o mnie myślą. Słyszę to po sposobie ich chodu po galerii albo picia kawy. Regularnie przychodzi jedno starsze małżeństwo. Oboje wściekli, warczą na siebie. Gdyby mogli, toby mnie opluli – opowiada Patrycja.

Pewnego razu jakaś kobieta weszła na scenę i nie chciała zejść. Repertuar jej nie przypasował i postanowiła to wyartykułować. Trzeba było wołać ochronę. Ale goście galerii nawet jak chcą wygarnąć pianiście, rzadko przerywają koncert. Choć nie ma tu ewidentnego podziału na scenę i widownię, obie strony zachowują dystans. Fortepian stoi na lekkim podwyższeniu. Jest więc bariera architektoniczna. Ludzie nie mają śmiałości wejść i o coś prosić. Jak schodzę na przerwę, to wtedy podchodzą – potwierdza pianistka. Są i gesty aprobaty. Kiedyś kilkuletni chłopczyk zostawił przy fortepianie kartkę: „Dziękuję za piękną grę”. Zostawił i poszedł. Innym razem zagadał będący na zakupach były premier: „Niech się pani nie wydaje, że nikt pani nie słucha”. Patrycja lubi duży ruch w galerii, bo nie czuje tremy. Lepiej jak ludzie chodzą niż mieliby stać i się gapić. Niby patrzy w nuty, a widzi wszystko, co się dzieje dookoła. Kątem oka dostrzega wychodzących ze sklepu na pierwszym piętrze. Jeśli ma groszy dzień, na nikogo się nie ogląda, tylko wbija wzrok w klawiaturę.

W kawiarni, do której wieczorami przychodzi grać Gajewski, jest podest, na nim scena, a wokół oświetlenie. Instrument z kolei jest tak ustawiony, że pianista nie siedzi frontem do gości. To trochę pomaga. Nic mnie nie rozprasza. Mogę się odciąć i grać swoje – przyznaje.

Witold Wilczek, laureat licznych konkursów fortepianowych, koncertuje po świecie z klasycznym repertuarem. Dla niego recital w centrum handlowym to inspirujący wybryk. Zagrał dla sklepowych przechodniów koncert chopinowski. Na ludzi to podziałało. Wyrwali się z zakupowego amoku – oblepili schody, balkony, korytarze, przystawali, słuchali do końca, jakby zapominając, że przyszli tu w innym celu. Występy taperów nie wzbudzają podobnych emocji. Idea była taka, aby wyjść z muzyką fortepianową poza próg sali koncertowej i zagrać ją w przestrzeni publicznej dla ludzi, którzy nie spodziewali się jej tam zastać – mówi Witczak. I ma wytłumaczenie, skąd imponująca frekwencja. Muzyka Chopina jest uniwersalnie piękna, potrafi przemówić do słuchacza i poruszyć go w każdej przestrzeni.

Gajewski rozgrzesza taperów. My nie gramy koncertów, lecz muzykę na żywo, która ma nie wychodzić na pierwszy plan.

Za to muzyk przyzwyczajony do grania w salach koncertowych, w galerii na stałe raczej by się nie odnalazł. Akustyka takich miejsc pozostawia wiele do życzenia. Posadzki i szklane witryny sklepowe odbijały dźwięk w losowych kierunkach. Trzeba było oszczędniej używać pedałów, delikatniej traktować basy – zgadza się Wilczek, który lubi grać w nietypowych przestrzeniach. Kiedy indziej uraczył Chopinem pasażerów pociągu do Berlina. Niezły cyrk – wspomina. Pianino było przymocowane do wagonu. Krzesło nie. Czułem się jak na materacu wodnym, bo sporą część energii poświęciłem na to, żeby nie spaść z krzesła. Poza tym metronomiczny stukot kół nie ułatwiał sprawy. Ledwo-ledwo poradziłem sobie z „Etiudą Rewolucyjną”.

Obcym pianistom wstęp wzbroniony

Gajewski nie narzeka na swoją pracę. Ale granie w kawiarni to dla niego dorywcze zajęcie. Udziela się jeszcze w kilku zespołach, gdy trzeba zagra jako prezent urodzinowy. Jest do wynajęcia. W kawiarni występuję z doskoku, jak przypadają Walentynki, dzień kobiet albo inne święta, lub jeśli mam lukę w kalendarzu. Trzymam dobry kontakt z ludźmi w kawiarni i właścicielem. Pianino jest zawsze nastrojone – chwali personel. Mógłby grać tam częściej – dwa, trzy razy w tygodniu, ale wtedy musiałby rzucić inne chałtury, a tego robić nie chce, bo każdy grosz się liczy. W Bydgoszczy chętnych do grania jest więcej niż wolnych fortepianów. Za wieczór w kawiarni Gajewski inkasuje od 300 do 700 zł. Stawkę ustala z góry. Zaczyna zwykle o godzinie 18, kiedy goście zapełniają lokal, a kończy w okolicach 21, kiedy się przerzedza. Muszę poczuć, że ludzie akceptują moją obecność. Dopiero wtedy pozwalam sobie na przerwę i wypijam kawę.

Patrycja trzyma się grafiku. Pracuje na zmianę z drugim pianistą – jednego dnia przychodzi on, drugiego ona. Trzeba się dogadać. Jeśli jej pasuje, musi i jemu odpowiadać, a kiedy zamiana dyżurów przy fortepianie jest niemożliwa, trzeba na własną rękę poszukać zastępstwa. Do grania w galerii nie przyjdzie nikt z zewnątrz. Administracja nie ma rozeznania w środowisku muzycznym, dlatego przyjmuje ludzi tylko z polecenia – opowiada pianistka. W tygodniu grają popołudniami od 17 do 19, mając dwie dziesięciominutowe przerwy, w weekendy dłużej – od 14 do 17 z trzema przerwami. Bo wtedy jest najwięcej kupujących. Przerwa się przydaje, ponieważ daje odpocząć obolałym rękom i plecom, jest czas na kawę i toaletę. Można przerwać, kiedy się chce, byle nie przekraczać ram czasowych. Praca w galerii trwa przez cały rok. Jeśli tylko centrum handlowe jest otwarte, pianista musi przyjść – mówi Patrycja. Za poprzedniej dyrektorki bardziej narzekała, bo nawet w wigilię nie dostała wolnego.

W kalendarzu Patrycji roi się od innych zajęć zarobkowych, więc popołudniowa fucha jest jej na rękę – robi to, co umie, lubi, a szef nie stoi nad głową i nie pokrzykuje. Ale styl życia popularnego artysty, który nie ma poczucia czasu, jej akurat nie dotyczy. Od rana do wieczora pracuje w kieracie godzinowym – wstaje o 7, a od 10 daje już prywatne lekcje gry na fortepianie. Uczy i dzieci, i dorosłych. Do tego dwa razy w tygodniu dochodzi rytmika w przedszkolu plus popołudnia w centrum handlowym. Nie gra koncertów, bo nie ma kiedy. Czasami ktoś ze znajomych poprosi o akompaniament, wtedy zagra, ale nic ponadto.

Jej głównym źródłem dochodu jest galeria. To stały dochód. A na rynku o zlecenia niełatwo – przyznaje, dodając że roszady personalne za fortepianem to tutaj w ogóle rzadkość. Nikt sam z siebie z tej pracy nie zrezygnował. W dodatku ofert w sektorze handlowo-gastronomicznym stopniowo ubywa. Nawet w stolicy. Kiedyś zatrudniali taperów w Mariotcie, ale to też przeszłość. Wszyscy tną koszty.

Wynagrodzenie nie powala na kolana. Za poprzedniego właściciela żyło się lepiej, bo galerią zarządzał kapitał zagraniczny, więc i stawki były europejskie. Polska administracja płaci bardzo przeciętnie. Zarabiam miesięcznie coś między płacą minimalną a średnią krajową, ale bliżej płacy minimalnej. Mam umowę o dzieło, żeby nie generować dużych kosztów. Co miesiąc podpisuję nową. I tak już od 10 lat – słyszę. Kiedyś trochę odkładała, teraz nie ma z czego. A może to jej wymagania wzrosły. Tak woli sobie tłumaczyć. Ostatnią podwyżkę wywalczyła siedem lat temu, całe 200 zł.

Taperzy, w opinii kolegów z innych branż, z którymi pracują w restauracjach i hotelach, i tak uchodzą za przeszacowanych. W jednej restauracji szef barmanów zdziwił się, że pianista dostaje za godzinę gry dwadzieścia razy większą stawkę niż barman. Padła więc propozycja zamiany – jedni przez miesiąc będą uczyć się robienia drinków, drudzy gry na fortepianie. Zgłosili się tylko pianiści – podsumowuje Patrycja.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *