Gitary na ołtarzu

Rock zwany umownie chrześcijańskim kojarzy się młodszym z 2Tm2.3, starszym z „Jesus Christ Superstar”, a najstarszym z Mszą Beatową „Pan przyjacielem moim”. Bo też tylko najstarsi słuchacze pamiętają z autopsji narodziny Mszy Beatowej – właśnie minęło równo pół wieku od jej premiery. A było to wydarzenie!

Wydarzenie choćby dlatego, że rzecz działa się w czasach, w których wprowadzenie rocka na ołtarze wymagało odwagi podwójnej. W końcu lat 60. rock ciągle stanowił wartość kontrkulturową, dlatego nieprzypadkowo nazywano go muzyką młodzieżową (znamienne, że owo określenie w XXI wieku wyparowało). Uważano wtedy rocka za modę (która, jak to moda, przeminie), kaprys długowłosych (niekiedy w domyśle chuliganów) i ogólnie odmawiano prawa do aspirowania do miana sztuki. Stąd musiał przełamywać nie tylko oczywistą barierę pokoleniową, ale i – co nie mniej trudne – towarzyszącą jej obyczajową. Mówiąc inaczej – przyjmował ciosy z lewa (jako muzyka imperialistyczna), i z prawa (jako podgryzająca dotychczasową estetykę). A wszak Kościół był i jest ostoją tradycji, ładu, konserwatyzmu…

Czyli źle widziano rocka nawet w filharmonii, a cóż dopiero na uświęconym ołtarzu.

Ale rock miał wtedy swój złoty czas. Jeszcze zachował świeżość nowości, a już szukał – i znajdował! – nowe źródła energii i inspiracji, wchodząc w twórcze reakcje z muzyką innych obszarów  kulturowych i wyznaniowych. No i nie szemrał, jak dzisiaj, zewsząd – od wind poczynając, poprzez sto kanałów radiowych, na reklamach kończąc. Zresztą reklam w Polsce nie było…

Chociaż Msza Beatowa w sensie stylistycznym tak naprawdę wcale nie ma rockowych, ani beatowych, ani białych korzeni. Ma czarne – gospelowe i soulowe. Bo zainspirowała ją osoba daleka od rockowej estetyki, skomponowała artystka, która sama siebie nie uważa za rockmankę, a tekst opracował ktoś zupełnie spoza tego kręgu.

„Jesus Christ Superstar” był potem

Matką – rodzoną, nie tylko chrzestną – Mszy Beatowej „Pan przyjacielem moim” jest kompozytorka Katarzyna Gärtner, zainspirowana przez Agnieszkę Osiecką. W 1967 Agnieszka wróciła z Ameryki, gdzie była na mszy baptystów, ludzi czarnych, chyba w Nowym Orleanie, i jej pełna entuzjazmu opowieść zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Agnieszka opowiadała, jak ludzie skakali po ławkach, śpiewali, byli w modlitwie niesłychanie radośni. Wszystko tętniło muzyką gospel, soulem, rhythm’n’bluesem. Wtedy pomyślałam, że można by coś takiego zrobić u nas. Ale nie na czarno, tylko mieszając rock’n’rolla z Tamla Motown. Czyli w jednym worku James Brown, Wilson Pickett, The Supremes i Stonesi. A do tego chorał gregoriański. Po prostu przekrój muzyki czarnej i białej. W tym miejscu trzeba więc wyprowadzić z błędu tych, którzy Mszę Beatową uznają za polską odpowiedź na hipisowski musical „Jesus Christ Superstar”. To niewłaściwe skojarzenie nawet nie tylko ze względów formalno-stylistycznych. „Jesus Christ Superstar” jest bowiem  m ł o d s z y   od „Pan przyjacielem moim”. Tutaj byliśmy pierwsi – na świecie.

Ksiądz Leon Kantorski. Fot. PAP/Ryszard Rzepecki

Pomysł Mszy Beatowej w głowie Gärtner był warunkiem wprawdzie koniecznym, ale niewystarczającym. Trzeba było jeszcze kogoś, kto mógłby ów pomysł zrealizować. Bez tego Mszy albo by nie było, albo objawiłaby się dużo później… Mieszkałam wtedy w podwarszawskiej Podkowie Leśnej dosłownie parę metrów od małego kościoła, gdzie proboszczem był ksiądz Leon Kantorski – mówi Gärtner. I któregoś razu, to było latem, przyszedł do mnie. „Chcę gitary na mszy, żeby młodzież przychodziła do kościoła” – taka była jego teza. Bo wtedy młodzież nie bardzo przychodziła. Ale ja mogę powiedzieć, że ksiądz spadł mi z nieba. Nie tylko chciał mszy, lecz miał miejsce i wykonawców – miejscowych chłopców z gitarami. Ci chłopcy tworzyli zespół noszący nazwę Trapiści, który grał do jeszcze nie beatowej mszy od kilku lat.

Ksiądz Kantorski to była bardzo silna osobowość i bardzo niespokojny duch. Czego Msza Beatowa jednym z dowodów (następne miały już wymiar zdecydowanie opozycyjny, jako że chodzi o udostępnienie miejsca na głodówkę KOR-owcom kilka miesięcy przed Sierpniem ‘80 oraz spotkania z opozycyjnymi artystami i publicystami po Grudniu ‘81). Kantorski miał też wpływ na warstwę literacką „Pan przyjacielem moim” – polegającą na wybraniu wersetów z psalmów i osadzeniu ich we frazie, jak to ujmuje Gartner – w postaci nawiązania współpracy z Kazimierzem Grześkowiakiem, który libretto opracował. Kompozytorka zaznacza, że Msza Beatowa jest reakcją na wprowadzanie w następstwie Soboru Watykańskiego II języka narodowego na mszy zamiast łaciny.

Kantorski zapewnił również sprzęt i miejsce na próby. No i oddał jedną mszę w tygodniu. Był początek 1968 roku. Mogli zaczynać.

Ksiądz chciał mieć młodzież – i miał (choć starszych też, którzy potraktowali rockmanów na ołtarzu jako ciekawostkę). Po dwa tysiące osób co tydzień. A „Introitus” był przebojem WKD – podmiejskiej kolejki dojazdowej zabierającej długowłosych z Warszawy i spoza Warszawy. Bo Msza okazała się wydarzeniem wykraczającym daleko poza Podkowę. I nawet poza Polskę – Trapiści jeździli w późniejszych latach do Niemiec Zachodnich.

 

Stanęło na Czerwono-Czarnych

Ale to nie żadna mutacja personalna (w sumie było ich sześć) Trapistów przeniosła Mszę na płytę, żadna też nie wykonała jej premierowo w Podkowie Leśnej w styczniu ’68. Zdaniem kompozytorki Trapiści nie prezentowali wystarczającego poziomu. A szybko stało się jasne, że Msza wymaga fonograficznego utrwalenia. Kto jednak miał ją nagrać? Gärtner najpierw pomyślała o tym największym – Czesławie Niemenie. Wyraził zainteresowanie, ale w tym czasie przebywał za granicą, chyba we Włoszech. „Może za rok…” – usłyszałam od niego. Jednak nie mogłam czekać. Poszłam do Seweryna Krajewskiego, ale okazało się, że – prawdę mówiąc – miał to w nosie. Czerwone Gitary wtedy ostro szły do góry, miały hita za hitem, też ciągle wyjeżdżały. Oczywiście pomyślałam o Niebiesko-Czarnych, którzy również nie mogli, coś tam było z Kordą. Jeszcze jedną kandydaturę, poważną, stanowili Trubadurzy – właściwie mój zespół, bo to ja ściągnęłam go z Łodzi, więc byli pod ręką, ale… zrejterowali. Miałam też pomysł, do którego długo byłam bardzo przywiązana, a polegał na zrobieniu mszy na żeński tercet Sobczyk-Frąckowiak-Rusowicz, czyli polskie The Supremes. Ale Komitet Centralny nie zgodził się na te nazwiska. Nie i koniec. Nie zgadzał się na żadne znane nazwiska, takowe miały szlaban nieformalny, za to faktyczny. Nie trzeba dedukcji by stwierdzić, że chodziło o to, że im bardziej znane nazwisko, tym mocniej przyciąga – a to było władzy nie smak. W końcu ktoś podpowiedział mi, że w Estradzie Szczecińskiej są do wykorzystania Czerwono-Czarni – kontynuuje Gärtner. Oni nie kojarzyli się z taką muzyką, jakiej potrzebowałam, ale zapytałam ich. I odpowiedzieli, że wchodzą chętnie, tyle że ostatecznie weszli bez Jacka Lecha, bo on był znany, więc nie mógł – patrz wyżej. Mikołaj Nikandrow z Estrady Szczecińskiej, z którą związani byli Czerwono-Czarni, załatwił dwumiesięczny obóz, gdzie pojechałam z moim ówczesnym mężem, gdzie ćwiczyliśmy ten materiał według moich aranżacji. W studiu i na premierze zagrali Klaudiusz Maga (instrumenty klawiszowe), Tadeusz Mróz (gitara), Henryk Zomerski (bas), Ryszard Gromek (perkusja). Wszyscy oni śpiewali. Rewelacją okazał się Maga, który był godnym następcą Niemena, naprawdę. Tragicznie potoczyły się jego losy, popełnił samobójstwo z miłości. Zomerski i Gromek wtedy śpiewali pierwszy raz. W ogóle musiałam uczyć ich śpiewać, gdyż to byli instrumentaliści – opowiada Gärtner.

Efekt płytowy pokazuje, że wybory z konieczności mogą być wyborami trafnymi. Bo płyta prezentuje się znakomicie również wyjęta z kontekstu religijnego. Znakomicie i zaskakująco, zwłaszcza dla tych, którym Czerwono-Czarnych kojarzą z  przebojami rock’n’rollowopodobnymi względnie wczesnorock’n’rollowymi (z których najgorętsze są „Malowana lala” i „Jedziemy autostopem”) – a takie skojarzenia są przecież uprawnione. I opatrzność w kontekście Mszy dała znać o sobie po raz pierwszy (nie ostatni – o czym potem). Mówiąc inaczej – dobrze się stało, iż jednak nie padło na wyżej wymienionych i wyżej notowanych Trubadurów. Msza Beatowa jest najbardziej rockowym przedsięwzięciem w całej historii Czerwono-Czarnych. Choć tak naprawdę to nie tyle rock ani nawet big beat, co gatunkowy koktajl. Ten rock faktycznie bywa bardzo przebojowy (jak w pierwszej części „Introitus” i jej repryzie), ale oparte na riffie basowym „Credo” jest już intrygującą mieszanką rocka, soulu, musicalu i nawet progresji. Do tego chorał gregoriański przechodzący w – dziś powiedzielibyśmy – world music, choć z orientalną dominantą („Kyrie”), organy grają Bachem („Communio”, „Graduale”), ale nie zapominajmy, że Msza pozostaje mszą i ma swoje prawa. Generalnie Zachód spotyka się – muzycznie – ze Wschodem. Jest uduchowienie i powaga, ale jest też energia i jest radość. „Pan przyjacielem moim” zamyka kolęda „Płonie gwiazda”, która wprowadza w dodatki – Msza trwa pół godziny, więc trzeba było czymś wypełnić pozostałe miejsce. Padło na pastorałki – już nierockowe, więc kontrast jest (za) duży, a co gorsza mdłe. Choć deser nie może zepsuć smaku podstawowego dania.

Trapiści w kościele w Podkowie Leśnej.
PAP/Ryszard Rzepecki

Czy Msza może być atrakcyjna dla młodszego słuchacza? Może nie być. Może dla niego pobrzmiewać ramotką. Choć to chyba renoma Czerwono-Czarnych, a także religijna wymowa utworu spowodowały, iż płyta jednak nie weszła do kanonu polskiego rocka.

Czerwono-Czarni już z Jackiem Lechem – i orkiestrą – wykonali Mszę Beatową w 69 roku w Filharmonii Krakowskiej, a tak w „odblokowaniu” Lecha, jak również pozyskaniu orkiestry pomógł Karol Wojtyła, który znał rodziców kompozytorki – i ta znajomość się przydała. Ale władze kościele miały do Mszy stosunek ambiwalentny. Zapalały raz zielone, raz czerwone, innym razem żółte światło – mówi Gärtner Ksiądz Kantorski był wzywany na dywanik, ale zadecydowała akceptacja prymasa Wyszyńskiego, który zaprosił całą ekipę do siebie na mszę i obiad – i pobłogosławił. Ale części hierarchów pomysł grania takiej muzyki w kościele wyraźnie się nie podobał, czego nie ukrywali. Wspomniane wykonanie Mszy przed prymasem było udziałem już Trapistów, co zdarzyło się we wrześniu ‘69 na Konferencji Episkopatu. Mówi długoletni gitarzysta Trapistów Krzysztof Domaszczyński: Prymas Wyszyński powiedział wprawdzie, że takiej muzyki nie rozumie, ale Boga można sławić na różne sposoby. Zapraszający nas proboszczowie – skoro zapraszali – byli nastawieni w najgorszym razie tolerancyjnie, ale przypominam sobie  wrogie nastawienie na przykład proboszcza pobliskiego Brwinowa. Po trzydziestu latach zapis wykonania na Konferencji Episkopatu trafił na płytę i kasetę „Pan przyjacielem moim – Bożonarodzeniowa Msza Beatowa” (uzupełniony o wypowiedzi księdza Kantorskiego).

Domaszczyński ocenia, że gorączka wokół Mszy potrwała do połowy lat 70., a w 1978 zakończono jej prezentacje coniedzielne. Kolejne składy Trapistów rozpadały się, a czasy nastały coraz mniej rockowe, bardziej polityczne – i w tym teraz realizował się ksiądz Kantorski. Msza Beatowa stała się zatem hasłem z kart historii. Ale ożywała w pięcioletnim rytmie jubileuszy. Kolejne były obchodzone przez Trapistów, a także przyciągały takie postaci z kart encyklopedii polskiego rocka (i nie tylko rocka), jak Czerwono-Czarny Henryk Zomerski, Halina Frąckowiak czy Muniek Staszczyk. Trapiści zresztą grywali nie tylko w Podkowie na jubileuszach, ale i w gościnie w bliższych i dalszych miejscowościach. No i w 1993 roku, na ćwierćwiecze dzieła, wydali je na kasecie, która dopełnia dyskografię Mszy Beatowej.

 

Gärtner wraca do Podkowy

W tym roku przypada już pięćdziesięciolecie Mszy. Upływ czasu w dojmującym stopniu uzmysławia fakt, iż z każdym następnym jubileuszem ubywa bohaterów tego wydarzenia. To przy okazji apel pamięci całego czerwono-czarnego kwartetu, Grześkowiaka, zmarłego w roku 2010 roku księdza Kantorskiego. Z głównych bohaterów na specjalne uroczystościach będzie jednak Gärtner, choć i jej ostatnimi czasy los nie oszczędzał. Jest po dwóch wylewach i pożarze domu. Pożar strawił prawie wszystko – zachowało się jedynie to, co trzymała gdzie indziej, w tym okładkę płyty „Pan przyjacielem moim” podpisaną przez… Johna Lennona i Yoko Ono (kompozytorka pod koniec lat 60. była na stypendium w mateczniku Beatlesów – wtedy już faktycznie nie istniejących – czyli studiach Abbey Road) oraz oryginalny zapis nutowy Mszy Beatowej. Palec boży!

Katarzyna Gärtner, Fot. PAP/CAF-Krzysztof Świderski

Ale Gärtner nie straciła swej charakterystycznej energii, którą w dużej części poświęca właśnie prezentacji Mszy. Wprawdzie do historii polskiej muzyki przeszła głównie dzięki formom jak najbardziej krótkim (by wymienić tylko „Małgośkę” i „Powołanie” Maryli Rodowicz), to sama wielką wagę przywiązywała do form wręcz przeciwnych – przykładami „Zagrajcie nam wszystkie srebrne dzwony”, „Na szkle malowane”, „Pozłacany warkocz” – które albo nie powstałyby, gdyby nie Msza, albo bez Mszy byłyby inne. Zresztą to do Mszy Beatowej kompozytorka dzieła wraca nie tylko w roku jubileuszowym, ale w jubileuszowym zwłaszcza. Gramy Mszę od dwunastu lat dwa czy trzy razy do roku – na przykład w kwietniu 2017 mieliśmy wielki koncert w Rzeszowie. Chociaż były i odmowy, jak ostatnio w Katowicach od burmistrza, w Warszawie, w Toruniu. Mamy taką grupę rodzinną – synowie, synowa. Jest sekcja dęta. Jest swing, jest soul. W jakimś sensie wracam do pomysłu polskiego Supremes. Ja już nie gram, bo po wylewie lewą ręka została mi niesprawna. Mamy wydać winyl z zapisem Mszy, a w grudniu planowy jest koncert w Krakowie z orkiestrą. Przez te kilka dekad czasy się zmieniły i nagranie z Mszą dotarło do papieża, a pocztą odwrotną poszło błogosławieństwo, przekazane przez Paolo Borgia – człowieka z bliskiego otoczenia Franciszka. Gärtner ceni je wysoko.

Pięćdziesięciolecie Mszy Beatowej łączy się z setną rocznicą urodzin księdza Kantorskiego, a takiego połączenia nic lepiej nie uczci niż Msza Beatowa „Pan przyjacielem moim”, co zdarzy się 14 i 15 kwietnia tam, gdzie wszystko się zaczęło.

Jan Skaradziński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *