Czy to koniec prawdziwego TSA?

TSA bez Marka Piekarczyka? Do tej pory to się nie udawało. Nie wiemy, czy teraz się uda (zespół próbuje z nowym wokalistą), nie tracimy nadziei, wiemy za to na pewno, że odejście Piekarczyka – który wiosną zaśpiewał z kolegami po raz ostatni – zamyka niesłychanie ważny rozdział w ich wspólnej historii. Rozdział, który chcemy teraz podsumować. A obu stronom życzymy jak najlepiej na nowej drodze artystycznego życia. Do usłyszenia!

Ulubione piosenki

Konrad Wojciechowski:

1.„Maratończyk”

Trudny wybór, ale ostatecznie stawiam na „Maratończyka”. W czasach licealnych byłem zapalonym biegaczem i choć biegałem rekreacyjnie i raczej na krótkich dystansach, to jednak regularnie, bo codziennie. Przy tej piosence TSA można było śrubować kolejne rekordy życiowe, bo słuchając jej „w trasie” po prostu nie sposób stać w miejscu. Po parotaktowym otwierającym riffie wchodzi druga, cięższa gitara, Piekarczyk zaczyna odliczanie i jedziemy! Gitary pędzą jak szalone i wcale nie chcą się zatrzymać – jak zaprogramowane przelatają w szybkim tempie przez kolejne zwrotki. A kiedy wokalista zawiesza glos, przychodzi czas na solo, które na ostatniej prostej chce przed wszystkimi dobiec do mety. Ale to jest najdłuższa ostatnia prosta! Na koniec totalne zaskoczenie – gitary nagle gasną, wiosłując przez chwilę akustycznie, a Piekarczyk wydaje z siebie onomatopeiczny głos podobny do „pobekiwania bydła”. Tak, tak, TSA traktowało swoją muzykę z przymrużeniem oka.

2.„Trzy zapałki”

3.„51”

4.„Chodzą ludzie”

5.„Biała śmierć”

Jan Skaradziński:

1.„Mass media”

Nie upieram się, że to najlepszy ani największy ani najważniejszy utwór TSA. Ale to mój ulubiony. „Sercem” – od niego sam zacząłem słuchanie tego zespołu, najpierw via przegranie z radia, zaraz potem z singla (z „Wpadką” jako rewersem), singla zgranego do okropnych trzasków. Ten sentyment zadecydował o moim wyborze, choć – to już „na rozum” – riff  jest z gatunku tych, które pokazują obrazowo, jak można unieść cały utwór. I ten okrzyk na początku! Tak, nie zmieniam zdania.

2.„Kocica”

3.„Spółka”

4.„Proceder”

5.„Chodzą ludzie”

honorowe miejsce dla „TSA pod Tatrami”

Ulubione płyty

WOJ:

1.„Live”

Nie będę oryginalny – stawiam na najsłynniejszą koncertówkę TSA. Kiedy po raz pierwszy ten krążek trafił na ruszt mojego odtwarza, byłem zszokowany, że ktoś tak może grać! Prawie każdy kawałek w tym zestawie to rockowy pocisk, który skrzy się kanonadą riffów, a Piekarczyk zdziera gardło, jakby w garderobie miał zapasowy zestaw strun głosowy na kolejny koncert. Czy ktokolwiek przed nim w Polsce w ten sposób śpiewał – tak zaczepnie, tak wysoko, tak czadowo? No właśnie! „Live” to kawał ciężkiego, acz lekko przyswajalnego rock and rolla. Riffy nie wadzą melodiom („Spółka”), i choć tempo niektórych kawałków przekracza wszelkie normy i wskaźniki („Manekin disco”), to walec TSA wie, kiedy dodać gazu, a kiedy na chwilę przyhamować, wpuszczając trochę powietrza, aby nie stęchnąć w zaduchu („Wpadka”). Największym atutem płyty jest… akurat refleksyjne „51” z fenomenalną linią basu Niekrasza. Można mieć zastrzeżenia do prostych (czasami nawet prostackich tekstów), ale muzyka rekompensuje wszelkie niedociągnięcia literackie („Chodzą ludzie”). Fakt, Piekarczyk mógłby czasem wyraźniej śpiewać (dokładne rozszyfrowanie refrenu „Wyprzedaży” w czasach przedinternetowych, o co chodziło z tą prostytucją, trochę czasu mi zajęło), ale przecież musiał nadążać za tą gitarową galopadą!

2.„Proceder”

3.tzw. „Czerwona”

JSK:

1.„Heavy Metal World” /wersja polska/

To już nie tylko czad i spontan jak na „Live”. To także dojrzałość, przebojowość i różnorodność odniesień muzycznych (od dwunastotaktowego bluesa w „Maratończyku” przez Hendrixa w tytułowym po balladowy „Alien”), co owocuje oczywistym urozmaiceniem materiału. Przy czym „Alien” jest po „51” kolejnym dowodem, że TSA potrafi uniknąć pułapki typowej, tej infantylnej metalowej ballady. Zwraca uwagę, że w „Kocicy” sprytnie udało się odwrócić schemat macho – tu jest nim nie on, lecz ona. W ogóle pojawił się humor – w tekstach („Piosełka”), w wykonawstwie (w „Kocicy” wokalista chichotem komentuje techniczny błąd gitarzysty) i „tak w ogóle” („TSA pod Tatrami”). Nie tylko na boisku są takie chwile, że drużynie wychodzi wszystko, w studiu też. I pomyśleć, że atmosfera była nie tyle napięta – bo to dla TSA norma – lecz więcej, bo dwie piąte składu już złożyło wymówienie…

2„Live”

3.tzw. „Czerwona”

Najmniej lubiana płyta

WOJ: Cały fonograficzny dorobek zespołu zarejestrowany w dwudziestoleciu (1984-2004) między albumami „Heavy Metal World” a „Procederem”, czyli w czasie, kiedy nie działał klasyczny kwintet Piekarczyk-Nowak-Niekrasz-Machel-Kapłon, traktuję jak muzyczne zawody TSA na poziomie drugoligowym. Nie potrafię wyróżnić jednej złej płyty.

JSK: „52 dla przyjaciół”

Nie twierdzę, że tu nie ma dobrych utworów (bo jest „To boli”), twierdzę, że jako całość płyta się nie broni, zrażając zbyt licznymi banalnymi – i zastanawiająco pozbawionymi siły – utworami. Płyta zrobiona, właściwie sklecona na szybko, tak jak sklecony został skład – to ewidentnie Piekarczyk z Nowakiem & towarzyszący muzycy, a nie band z prawdziwego zdarzenia. Rozumiem, czemu TSA nie bardzo się do „52 dla przyjaciół” przyznaje.

Najlepsza solówka

WOJ: Absolutnie magiczna partia na bezprogowym basie we wstępie i zakończeniu do „51” autorstwa Janusza Niekrasza. Przytłumiona, lekko chropawa, jakby spowita mgłą. Tak jak mglista bywa pamięć człowieka o drugim człowieku, którego już nie ma. „51”, opowiadające o przejmującej śmierci kogoś bliskiego, stawia najbardziej znany pomnik nieśmiertelności w piosence. No i jeszcze genialne solo Nowaka w „Trzech zapałkach” – nie tak efektowne, ale nastrojowe, prosto z serca. Jakbym słuchał Gary’ego Moore’a czy Petera Greena.

JSK: Andrzeja Nowaka w „Kocicy”, czyli coś więcej niż czad. Zaczyna się od ciszy, potem jest zwięzły motyw, dopiero potem gitarowy atak. Najciekawsze są fazy pierwsza i zwłaszcza druga, szczególnie że pierwszej towarzyszy słyszalny uśmieszek wokalisty, bo jemu „przyjacielowi” gitarzyście omsknął się palec. Więcej takich omsknięć!

 

Najważniejsze wydarzenia w historii zespołu

WOJ:

1.Dojście Marka Piekarczyka, 1981

2.Odejście Piekarczyka, 2018

3.Jarocin 1981

4.Album „Proceder”, 2004

5.Rockowisko 1983

JSK:

1.Dojście Piekarczyka, 1981

2.Jarocin 1981

3.Reunion „pod przymusem”, choć długotrwały, od 2001

$. Odejście Piekarczyka, 2018

5.Różne próby powrotu pod koniec lat 90.

Moje pierwsze spotkanie z TSA

WOJ: Fonograficzne – z płytą „Live”. Później (mowa o końcówce lat 90.) liczyłem na spotkania z zespołem w eterze, ale – to taka moja prywatna obserwacja – TSA chyba z całej czołówki polskiego rocka lat 80. do tej pory jest najmniej chętnie puszczane na antenie. Perfect, Lady Pank, OZ czy Maanam chodzą w radiu na okrągło. A Piekarczyk i spółka? Chyba rzeczywiście nie pasują do uładzonego kanonu Złotych Przebojów…

JSK: Najpierw, w 1981 roku, słyszało się nie TSA, lecz o TSA. Że w Jarocinie objawił się zespół, który NAPRAWDĘ POTRAFI GRAĆ HEAVY METAL – gatunek w Polsce dotąd nie uprawiany. Że na czele stoi blondwłosy gitarzysta. Że już znaleźli wokalistę… A potem w radiu pojawiły się „Mass media”, które pasowały do wyobrażeń.

 

Mój pamiętny koncert

WOJ: Już w XXI wieku – dokładnie nie pamiętam kiedy, ale doskonale pamiętam gdzie. To było w warszawskim Parku. Na scenie TSA w klasycznym składzie, a pod sceną (nie tak znowu dużą) tłum długowłosych ludzi w skórach. Było ciasno, a młodzi (przyszło jednak sporo nastolatków) fani TSA tak „zamiatali” piórami, że trzeba było wyławiać cudze włosy z mocno trzymanych przy sobie plastikowych kubków z piwem. A muzycy? Oczywiście w wysokiej formie. I zagrali dawno nie słyszaną na koncertach „Spółkę”.

JSK: Po namyśle wybieram ten z warszawskiego Rockin’ Jamboree, uwieczniony na połówce albumu „1981”. Byłem, widziałem, słyszałem. Płyta nie kłamie – TSA tryskało energią, gitarzyści zamiatali scenę włosami. TSA wchodziło na salony razem z drzwiami. Było symbolem nowego porządku (w przeciwieństwie do występującego po sąsiedzku Józefa Skrzeka, który reprezentował stary). Tak rodziło się „polskie AC/DC”!

Mój ulubiony projekt poza-TSA

WOJ: „I Ching”. Choć ostatecznie zabrakło tam Piekarczyka, pozostali koledzy – Nowak i Niekrasz – godnie reprezentowali TSA na płycie, przy której solidnie napracowała się prawie cała ówczesna rockowa branża pierwszej połowy lat 80., co dobrze słychać w utworze tytułowym (ach ten fretless Niekrasza) czy „Człowieku mafii” (energetyczne solo Nowaka).

JSK: Na pewno nie Złe Psy. Wybieram płytę „Xes” grupy Ball’s Power Piekarczyka – a zwłaszcza utwór „Xes!”, który gdzieś utonął pozbawiony jakiejkolwiek promocji, choć mógł być wielkim przebojem, jako że łączył styl i moc TSA/AC/DC z melodyką tak popularnego wówczas, bo to był przełom lat 80. i 90., pop metalu na modłę Bon Jovi. Warto dotrzeć do tego nagrania.

Wspomnienie osobiste

WOJ: Trudno dodzwonić się do Marka Piekarczyka i umówić na rozmowę. Ale kiedy się już uda, były frontman TSA nie patrzy na zegarek. Gdzieś w 2008 roku wykonałem telefon, żeby pogadać o polskim roku lat 80. Wtedy Marek opowiedział mi poruszającą historię z koncertu w hali Stoczni Gdańskiej, którą pozwolę sobie przytoczyć. To był nasz pierwszy koncert po przerwie spowodowanej stanem wojennym. W trakcie, gdy śpiewałem „51”, otworzyły się drzwi i weszli do środka stoczniowcy z kaskami. Powiedziałem wtedy: Uczcijmy minutą ciszy tych, którzy musieli odejść zbyt wcześnie”. I rzeczywiście zapanowała straszliwa cisza. Cała hala milczała, a upływające sekundy sprawiały wrażenie, jakby minęło pół godziny. Po tej podniosłej chwili pod scenę podeszli stoczniowcy i położyli na niej żółty kask. Ale w życiorysie TSA zdarzały się przecież dużo weselsze historie, bo to w końcu zespół rockandrollowych jajcarzy. Pamiętacie sesję fotograficzną do okładki płyty „Heavy Metal World” na dachu wieżowca? Piekarczyk: Pamiętam, jak weszły nowe banknoty dziesięciozłotowe z podobizną gen. Bema. Dorysowywaliśmy mu długopisem ciemne okulary i puszczaliśmy je z dachu Hotelu Forum jako ptaki. I tak fruwały nad Warszawą całe chmury dziesięciozłotówek z okularami [śmiech]. Młodszym czytelnikom podpowiadamy, że nosicielem najsłynniejszych przyciemnianych szyb był wówczas inny generał, który mniej chwalebnie zapisał w się w historii, czyli Jaruzelski.

JSK: Formalnie to już było spotkanie z eks-członkiem TSA, bo rzecz działa się w kwietniu 2018. Wtedy dostałem – i oczywiście przyjąłem – zaproszenie na wino od Piekarczyka, który akurat przebywał na delegacji w mojej rodzinnej Podkowie Leśnej. Poznałem z pierwszych ust prawdę o TSA, całą prawdę – przynajmniej z jednego punktu widzenia. Jest zarazem tragiczna i wesoła. Nadaje się na książkę sensacyjną, na film kryminalno-psychologiczny. Niestety, Marek zastrzegł, że opowiada off the record, a ja mam staroświecki zwyczaj dotrzymywać słowa, więc nic zdradzić nie mogę. Marku, może jednak kiedyś?

Co mi najbardziej przeszkadza(ło) w TSA

WOJ: Infantylne teksty Rzehaka, gwiazdorstwo Nowaka i cała pokręcona polityka personalna praktykowana w tym zespole za czasów, kiedy TSA nie chciało grać w legendarnym, klasycznym składzie. A jak znowu po latach zaczęło, to przestało nagrywać płyty – poza jednym jedynym „Procederem”. To niespotykany proceder.

JSK: Nie mówię o swarach wewnętrznych, bo w TSA były na tyle normalne, że się przyzwyczaiłem, no i mnie nie dotyczyły nawet pośrednio. Mówię o tym, że to one sprawiły, iż w ciągu kilkunastu lat swego istnienia w XXI wieku zespół nagrał jedną płytę, a od 2004 roku – żadnej, nic, zero, nul. Niebywałe. Zresztą w ciągu tylu lat działalności TSA doczekało się raptem sześciu albumów z materiałem premierowym (odliczając koncertówki, choć wliczając debiutanckie „Live”). To się nazywa oszczędne gospodarowanie silami twórczymi. Staszewski czy Waglewski robią więcej w dekadę.

 Jak przyjmuję odejście Piekarczyka

WOJ: Że oto nadchodzi powolny koniec TSA. Fakt, grupa zaczynała jako instrumentalny kwartet, ale bez wokalnej charyzmy Piekarczyka nie byłoby tych wszystkich sukcesów – płyt, przebojów, Jarocinów. Życzę wszystkiego dobrego, ale niczego wielkiego nie wróżę. Szkoda, że gorszy pieniądz wyparł lepszy.

JSK: Najpierw z nadzieją, że to fake news i Marek pogroził, ale zmieni zdanie. A skoro nie – z obawą, że to koniec „prawdziwego” TSA. Choć przecież nie można wykluczyć, że zespół znajdzie nowego śpiewaka i będzie funkcjonował.

oceniali i wspominali Jan Skaradziński i Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *