Muzycy ponad wszelkimi podziałami

Może wszystko już było, ale na pewno wszystko już jest. Choćby to, że wszystko ze wszystkim się miesza tudzież wszyscy grają ze wszystkimi. Również w poprzek podziałów wiekowych. Tymczasem kiedyś to był podział podstawowy. W końcu rock wziął się ze sprzeciwu wobec tradycyjnej muzyki rozrywkowej stanowiącej własność starszego pokolenia, na początku rzeczywiście będąc muzyką młodzieżową i w sensie słuchaczy, i wykonawców. A kiedyś przynależność do generacji wiązała się z określoną estetyką. Kiedyś…

Bo w nowym stuleciu – przyjmijmy taką, nie tylko umowną, granicę – zmieniło się i to. Do takiego stopnia, że rozpuszczenie się wiekowych granic już nie dziwi (dzisiaj w ogóle mało co dziwi), a nawet spowszedniało. Choć mimo spowszednienia – a może właśnie dlatego – warto prześledzić, jak to się zmieniało i jak to kiedyś było.

Borysewicz nie przyznawał się do Krawczyka

Kiedyś podziały pokoleniowe, a co za nimi idzie stylistyczne, były wyraźne i głębokie. Do czasów big beatu nawet nie ma co wracać. Może tylko należy szepnąć, że w tamtych latach zamierzchłych owe podziały łamali niemal wyłącznie twórcy (szczególnie tekstów), nie wykonawcy. Zajmijmy się lepiej historią tak od połowy lat 70., jako że właśnie wtedy zaczęło coś drgać. Ale powoli, nie od razu, nie bez oporów nie tyle materii, ile ducha. Za symbol i wręcz motto sytuacji może posłużyć wyrażony ostrymi słowami protest Jana Borysewicza, wówczas Suflera, który na płycie Krzysztofa Krawczyka „Good Ol’ Rock’n’Roll” zgodził się zagrać wyłącznie pod warunkiem zapewnienia mu anonimowości. Bo spotkania ludzi z różnych światów były spotkaniami wprawdzie w poprzek stylistyk (choć też bez przesady), ale wzdłuż pokoleń, co zacierało różnice i ułatwiało porozumienie. Stąd najważniejsze kolaboracje późnych lat 70. wtedy może wzbudzały w ortodoksyjnych rockmanach zdziwienie, ale z późniejszej perspektywy stały się jak najbardziej zrozumiałe. A chodzi o Halinę Frąckowiak z SBB na płycie „Geira” (Frąckowiak, wówczas już piosenkarka pop, miała przeszłość bigbeatową, zaś SBB było otwarte na różne stylistyki, z popową włącznie) oraz Annę Jantar z Romualdem Lipko w superhicie „Nic nie może wiecznie trwać” (lider Budki nie jest rockmanem z krwi i kości – to stwierdzenie, nie przygana).

Przywołajmy ponownie nazwisko Krawczyka, i to nie po raz ostatni, bo jest w niniejszym szkicu kluczowe. Otóż w latach 70. piosenkarz ten stał się uosobieniem estetyki tradycyjnej, a wedle niektórych obciachowej. Tymczasem właśnie za jego sprawą na początku nowego wieku dokonał się przełom. Za taki można uznać płytę Krawczyka „…bo marzę i śnię”, już bez rock’n’rolla i Borysewicza, za to z producentem Andrzejem Smolikiem i dźwiękowo-słownym materiałem złożonym przez Przemysława Myszora (Myslovitz), Muńka Staszczyka (wiadomo), Roberta Gawlińskiego (też wiadomo), Maćka Maleńczuka, Jacka Lachowicza (Ścianka) – czyli muzyków nie tylko młodszego pokolenia, ale zarazem pochodzenia zdecydowanie niemainstreamowego. Krawiec jest spoko koleś – komentował potem Muniek. Bo rzeczywiście „…bo i marzę i śnię” okazało się połączeniem światów, estetyk i pokoleń nie tylko prawdziwym, ale rzec można idealnym, jako że „Krawiec” prócz głosu wniósł swoje gorzkawe doświadczenie życiowe, a młodzi – weźmy Myszora, twórcę piosenki „Bo jesteś ty” – świeżość i rockową estetykę. To było właśnie połączenie, a nie zderzenie, nie zamierzone dziwo. A o czymś takim możemy mówić w przypadku gościnnego występu Violetty Villas na płycie Kultu „Tata 2” czy pamiętnego duetu Maleńczuka ze Zbigniewem Kurtyczem na festiwalu w Opolu 2005. I na tej płycie, i na tamtej scenie dwa światy pozostały tak naprawdę odrębne, niescalone. Dlatego z perspektywy czasu jawią się (zwłaszcza w przypadku drugiej pary) już tylko jako ciekawostka.

Warto dodać, że dwa lata po „…bo marze i śnię” Krawczyk poprawił duetem „Trudno tak (razem być nam z sobą)” z Edytą Bartosiewicz. No i że sam Borysewicz przestał w międzyczasie być taki zasadniczy, w późniejszych latach grywając i nagrywając z Top One, Ewą Bem, Rafałem Brzozowskim, Video, Rozbójnikiem Alibabą – by wymienić ludzi jedynie spoza jego pokolenia i spoza jego rockowego środowiska.

Borysewicz z większością wymienionych współpracował już w nowym wieku. Czyli po tym, kiedy na przełomie stuleci pojawił się – nie na długo – program telewizyjny o znaczącym dla omawianego zagadnienia szyldzie „Muzyka łączy pokolenia” Cezarego Ciszewskiego, którego zasadą było spotkanie seniora z juniorem w repertuarze wzajemnym. Może rzadko były to spotkania na prawdziwym szczycie artystycznym, jako że brakowało czasu na rearanże, zatem rzadko one owocowały pamiętnymi wykonaniami (ale czasami, jak w przypadku TSA z Agnieszką Chylińską czy Małgorzaty Ostrowskiej z Warszafskim Deszczem, jednak tak). Niemniej program oswoił publiczność z ideą międzypokoleniowego pomostu i przygotował grunt pod to, co dzieje się współcześnie. A dzieje się, dzieje… ciągle.

Wodecki urodził się na nowo

Czy można wskazać „ojca chrzestnego” zamazywania muzycznego podziału na pokolenia? Można spróbować. Najbliżej tego miana Johnowi Porterowi, który nowy wiek zaczął od duetu z młodszą od siebie o ćwierć wieku – nie wymawiamy, raczej zazdrościmy, ale w tym kontekście różnica musi być wyrażona – Anitą Lipnicką (zaznaczamy jednak przy okazji, że to był związek najpierw tylko muzyczny, dopiero potem nie tylko). A całkiem niedawno polski Walijczyk związał się – już wyłącznie artystycznie węzłem nazwanym Me And That Man – z jeszcze trochę młodszym od Anity Nergalem. W każdym razie na tych przykładach widać, że w XXI wieku bariery wiekowe ustąpiły.

Nergal i John Porter – jeden z przykładów na to, że muzyka łączy pokolenia i nie znosi podziałów gatunkowych

Owo ustępowanie ma nawet nadal wymiar płytowy, mimo że płyty – jak utrzymują niektórzy – przeminęły. Tak czy inaczej obok „…bo marzę i śnię” drugi album-symbol ponadpokoleniowego połączenia to „1976: A Space Odyssey”, czyli remake debiutanckiego longplaya Zbigniewa Wodeckiego nagrany przez niego i Mitch & Mitch, czyli nowa (choć nie nowoczesna) wersja starej płyty. Remake ów nie tylko został zauważony, ale – zwłaszcza przez fanów nowszych brzmień – bardzo wysoko oceniony, zaznajamiając młodych z twórczością tego sympatycznego pana z Krakowa o dziwnej fryzurze. Choć grubą przesadą byłoby powiedzieć, że takie połączenie dało temu panu – tak jak kilka lat wcześniej jego koledze Krawczykowi – nowe życie (Wodecki i bez Mitchów miał się nieźle, a z nimi „tylko” zaczął mieć się jeszcze lepiej). Jeszcze jeden związek o cechach podobnych to  Andrzej Piaseczny wspierany przez Seweryna Krajewskiego (zaczęło się w 2009 od „Spisu rzeczy ulubionych”). Choć w tym wypadku z całą pewnością bardziej zyskał „młody”, nie „stary”.

Przykładów, iż młodsi nagrywają po swojemu piosenki starszych, jest zbyt wiele, by je wymieniać, zwłaszcza że nie da się wyciągać z tego żadnych wniosków, gdyż tak się dzieje zawsze i wszędzie po prostu prawem natury (ograniczmy się zatem do piosenki-przykładu „Zegarmistrz światła” zaanektowanej przez Kult i Closterkeller oraz płyty-przykładu „Profil pokoleń”, na której raper Vienio sięgnął po piosenki Republiki, Dezertera, Klausa M.). Rzadsza, ale z tego względu ciekawsza i bardziej pouczająca jest sytuacja odwrotna. Można powiedzieć, że w tym aspekcie zaczęło się w 2003 od „Krakowa” Myslovitz odnowionego przez Marka Grechutę. A podobny proces rozwinął się dzięki projektowi „Albo inaczej”, gdzie weterani w osobach Krystyny Prońko, Wojciecha Gąssowskiego czy Felicjana Andrzejczaka chwycili się za utwory hiphopowe, zalewając je jazzowatym sosem. Była płyta (w 2015), były akcenty na Męskim Graniu (w dwóch ostatnich latach). Na tym samym Męskim Graniu, z którego formacją-wizytówką Męskie Granie Orkiestra – wszak nie złożoną z weteranów – śpiewała na przykład Ostrowska (oczywiście nie weteranka, ale też przecież nie debiutantka).

Moda na familie muzyczne

Tak, dzisiaj wszystkiego (oprócz prawdziwych przebojów) jest bardzo dużo. W tym duetów mocno międzypokoleniowych – wspomnijmy te wszystkie talent showy, gdzie zaśpiewanie przez debiutanta z jurorem jest wpisane w DNA i kontrakt, o czym z autopsji wiedzą Marek Piekarczyk i Edyta Górniak (żeby wymienić tylko najważniejszych jurorów nie najmłodszego pokolenia). Tymczasem śpiewanie ze starszymi staje się wręcz jednym z istotnych nurtów działalności takich wykonawców, jak Ania Rusowicz, Doda, Piotr Cugowski. Oczywiście specyfika każdego z ich trojga jest inna. Biologicznie i mentalnie bigbeatowa Rusowicz jest właśnie już z tego względu zainteresowana duetami nie tylko z rówieśnikami rodziców (Skaldowie), którzy muszą być coraz mniej aktywni, ale i z wokalistami młodszymi o przynajmniej pół pokolenia (Wanda Kwietniewska, Grzegorz Kupczyk). Doda tak naprawdę nie ma nie tylko własnego repertuaru atrakcyjnego, ale i głowy do niego, więc nie tylko bierze do śpiewania co się rusza, ale i robi to z kim się da (duet z Marylą Rodowicz to już właściwie stały fragment gry, a ostatnio doszedł nawet Bohdan Łazuka). Cugowski junior już naprawdę śpiewa wszystko ze wszystkimi, chyba – a przeboje to na pewno –  najrzadziej z Braćmi.

Tymczasem doszło jeszcze jedno międzypokoleniowe zjawisko, kiedyś z przyczyn oczywistych nie występujące, dziś za to jak najbardziej, zresztą najpewniej będzie się rozrastać. Chodzi o występy rodzinne. Cugowscy, Waglewscy, Markowscy, Pospieszalscy… Ale nie tylko oni, bo dzieci pojawiają się w zespołach utalentowanych rodziców jako instrumentaliści. Zaczęło się – pomijając Ryszarda Klenczona w składzie Trzech Koron, bo to dalszy stopień pokrewieństwa – od Piotra Nalepy w grupie taty, a potem – kiedy najmłodsze pokolenie wyszło z wieku nastoletniego – to już poszło. Spójrzmy: Kombi, Kombii, Closterkeller, Wilki, Anti-Tank Nun. A do tego uprawianie repertuaru, który dostało się w spadku i genach – na przykład Młynarski junior grający Młynarskiego seniora oraz Riedel junior śpiewający (nierzadko z kolegami ojca) Riedla seniora. Zobaczymy, czy to miejsce odbicia do własnej kariery, początek jakiejś dynastii czy raczej przechowalnia. Z tym zjawiskiem sąsiadowało  pojawianie się w zespołach muzyków urodzonych później niż te zespoły, jak w dwudziestopierwszowiecznych wydaniach Czerwonych Gitar i Budki Suflera. Jest w takim połączeniu rutyny z młodością coś nienormalnego, prawda? Bo cud, jakim w tym względzie było O.N.A., drugi raz się nie zdarzył.

A jeszcze jednym przykładem muzycznego łączenia się przedstawicieli różnych pokoleń – na pewno nie najważniejszym, ale przecież godnym tu odnotowania – jest autorska spółka założycieli i piór portalu Tak Grają Polacy.

Jan Skaradziński

Dołącz do dyskusji

  1. Szymon

    Wyśmienity tekst. Dużo się dowiedziałem, wiele sobie przypomniałem, dziękuję, panie Janie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *