Senne wędrówki legendy polskiego rocka

Niektórzy słyszeli w jego głosie Niemena. Inni uważali za prekursora, który zrewolucjonizował polskiego rocka, porzucając big bitu dla dużo ambitniejszej muzyki. Marek Ałaszewski – lider legendarnej grupy Klan – dziś próbuje wrócić do zdrowia po ciężkim udarze mózgu.

Marka poznałem osobiście kilka lat temu. Okazało się, że jesteśmy sąsiadami z warszawskiego Ursynowa. Ja mieszkałem bliżej Kabat, on nieopodal Pasażu Ursynowskiego, przy którym sympatyczny Serb prowadził kawiarnię i snuł mrożące krew w żyłach opowieści o podstępnym Bregoviciu, frymarczącym pieśniami bałkańskimi za garść srebrników. Tam przy małej czarnej Ałaszewski wspominał dawne czasy: pierwszą gitarę, wieczorki studenckie w Medyku, wreszcie lata świetności Klanu i swoje późniejsze projekty – także te, które były ciągle na etapie planowania i do dziś nie doczekały się realizacji.

Po jednej z kawiarnianych nasiadówek Marek zaprosił mnie do samochodu i puścił singla z nowej płyty. Tam usłyszałem „Laufra” w wersji roboczej – jeszcze przed miksami. Nie mogłem się nadziwić, że facetowi z siedemdziesiątką na karku chce się grać i śpiewać mocnego rocka, podczas gdy jego estradowi rówieśnicy, już dawno podryfowali z popowym prądem, wyrzucając po drodze za burtę ciążące im nadto rockowe ideały. A później usłyszałem odświeżony Klan Ałaszewskiego na koncertach. Który zespół wykonuje dzisiaj muzykę na żywo, mając w składzie aż trzech gitarzystów? – zastanawiałem się na głos.

Album „Laufer” to chyba najbardziej rockowa pozycja w dyskografii Ałaszewskiego i Klanu. Gitary pracują w pocie czoła wypluwając siarczyste riffy („Świat jest głupi”), wokalista przeplata warczący śpiew mrocznymi inkantacjami („Moje piekło”), ale dla przeciwwagi jest na płycie dużo powietrza, a hardrockowego „Wędrowca” poprzedza ponad dwuminutowa narracja utkana z wokaliz, murmurand i mgieł syntezatorowych. Odświeżony zespół brzmi jak dobrze naoliwiona maszyna, która nie pędzi na oślep w jednym kierunku – na przykład w „Salamandrze” jazzowe pomysły harmoniczne sąsiadują obok ognistych rockowych solówek.

Woleli przeżywać miłość niż o niej śpiewać

Ałaszewski zaczynał przygodę z muzyką w bigbitowych zespołach Pesymiści i Bardowie jeszcze w drugiej połowie lat 60. Można powiedzieć, że był to okres błędów i wypaczeń, bo śpiewanie piosenki o zielonym spychaczu dwusuwowym kiepsko pasuje do wizerunku artysty, który brzydzi się banałem w sztuce. Ale każdy od czegoś zaczynał. A później był Klan, kultowa EP-ka z czterema piosenkami i przełomowy album „Mrowisko”, który ukazywał zespół Ałaszewskiego jako wschodzącą gwiazdę i nadzieję polskiego rocka progresywnego. Jeszcze zanim objawiło się w pełnej krasie słynne dziś SBB! Ale co bardziej świadomi słuchacze już wiedzieli czym taka muzyka pachnie – byli świeżo po przestudiowaniu epokowego dzieła Czesława Niemena „Enigmatic”.

Graliśmy jak na tamte bigbitowe czasy muzykę postępową. Dla nas liczyła się głównie radość z grania, nie zależało nam na poklasku publiczności. Żadne względy komercyjne nami nie kierowały. Robiliśmy to, co uważaliśmy za stosowne – mówił mi Ałaszewski.

Klan faktycznie zyskał uznanie wytrawnej publiczności, która miała bardziej wysublimowany gust od typowych „wrzeszczolatków”. Repertuar był ambitny, a idee szczytne: Wolimy przeżywać miłość niż o niej śpiewać – deklarowali chóralnie muzycy.

Na początku ukazała się wspomniana EP-ka, a na niej cztery utwory – „Automaty”, „Z brzytwą na poziomki”, „Gdzie jest człowiek” oraz „Nie sadźcie rajskich jabłoni”. One były kładką pozwalającą przejść suchą nogą nad bigbitowym rozlewiskiem „na drugą stronę tęczy” – mówiąc szlagwortem z piosenki grupy Breakout, który wówczas też objął śmiały kurs w kierunku grania psychodelicznego rocka.

„Automaty” dowodziły odważnego otwarcia na muzyczne eksperymenty. Intro to kombinacja gitary Marka z pedałem głośności i studyjnych organów Hammonda obsługiwanych przez Macieja Głuszkiewicza. Poza pokombinowanym wstępem, w części środkowej udającej refren słychać rozedrgany motyw „sprzężonego echa” na taśmie magnetofonowej. Klan nawiązuje tu stylem do amerykańskiego bandu Vanilla Fudge, co ewidentnie słychać zwłaszcza w refrenowym chórku. Tekst za to wybiega daleko w przyszłość i zastanawia się nad losem człowieka, którego pewnie za jakiś czas zastąpią maszyny.

Drugim dużym przebojem z „EP-ki” było „Z brzytwą na poziomki”. Skoczna, swingująca melodia i przewlekły harmonicznie refren, a do tego charakterystyczne zejście tonalne, sugerujące podobieństwo piosenki Klanu do „Hit The Road Jacka” Raya Charlesa i jeszcze odrealniony tekst o porywaniu się z motyką na słońce – to się musiało podobać i dowodziło, że można grać przystępnie, ale i ambitnie, choć nie górnolotnie.

Pozostałe dwie piosenki – „Gdzie jest człowiek” i „Nie sadźcie rajskich jabłoni” – nie tak popularne jak „Automaty” i „Poziomki”, były nie mniej ważne. W śpiewie Ałaszewskiego niektórzy słyszeli drugiego Niemena. Rzeczywiście porównywano mnie do niego – potwierdzał Ałaszewski. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie, gdy Klan grał wymiennie z Niemenem cztery koncerty – dwa w Sali Kongresowej i dwa na Powiślu, pod kopułą postawionego tam cyrku. Po zagraniu numerów z „Mrowiska” Czesław przyszedł z Faridą do naszej garderoby pogratulować występu. Później spotkałem się z nim w latach 90., kiedy miałem próby w Buffo. Niemen zaproponował koncert, na którym miał zagrać on, ja oraz Maryla Rodowicz w ramach akcji na rzecz Romów. Niestety nie odbył się z powodu nikłego zainteresowania. Został mi tylko pamiątkowy plakat.

Wystrojony w pstrokate stroje Niemen uchodził za dziwoląga. Po wylansowaniu wielkiego przeboju „Dziwny jest ten świat” dostrzeżono w nim wywrotowca, który jako jedyny estradowiec ma czelność walnąć pięścią w stół i pod pozorem uniwersalnej troski o everymena, nawrzucać ludziom żyjącym w bajkowym socjalizmie, co sądzi o ich przywarach. Ałaszewski raczej kpił niż kontestował, czego dowodem inny z wczesnych utworów Klanu – „Chcę być ptakiem rock and rollem”. Na uwagę zwraca tu osobliwy śpiew Ałaszewskiego, właściwie sylabizowana melorecytacja, która rytmicznie współgra w unisonie z gitarą prowadzącą. Między zwrotkami jest miejsce na krótką, niby defiladową solówkę perkusyjną, natomiast zdynamizowana coda dąży do ewidentnie dansingowego finału. Muzycy grając na koniec trochę klezmersko, dowcipnie nawiązują do rockandrollowej części tytułu utworu. A tytuł był prześmiewczy. Dworował sobie z długowłosej samozwańczej subkultury, która próbowała się wyemancypować z rzeczywistości rządzonej przez ograniczenia i deficyty. Ale one bardziej dotykały przecież ludzi pracy, a nie beztroskich bumelantów.

Niektórzy opacznie odczytują tę piosenkę. A ja odżegnywałem się od hipisowskiej ideologii, ponieważ dostrzegałem nieszczerość całego ruchu. Forsowanie na siłę luzu i haseł o miłości było działaniem pozbawionym sensu. Kochać wszystkich za wszystko? Przecież miłość to sprawa indywidualna. To prawda, również zapuściłem długie włosy, ale ze względów estetycznych, nie ideowych. Do dzisiaj zresztą je noszę, a po hipisach nie ma już śladu – opowiadał Marek.

Wyproszeni z autobusu na Zachód

Kiedy na rynku ukazało się „Mrowisko”, Klan miał swoje pięć minut. Do muzyki nasyconej psychodeliczną nutą Vanilla Fudge, latynoską wyobraźnią Carlosa Santany czy majestatycznym pięknem Jethro Tull, powstało widowisko baletowe w reżyserii Marka Lewandowskiego i z udziałem tancerzy Teatru Wielkiego. Płyta przeszła do historii tak jak niedługo potem nagrywający ją zespół. Po dwóch latach w marcu 1971 roku grupa rozeszła się w szwach.

Miesiąc przed rozpadem, Ałaszewski i spółka dokonali kilku nagrań na potrzeby Polskiej Kroniki Filmowej. Kompozycje zebrane po latach i wydane nakładem GAD Records trafiły na album „Senne wędrówki”. Ałaszewski: Niektóre z tych instrumentalnych kawałków powstawały specjalnie, aby wypełnić czas nagraniowy w studiu. Część utworów przerobiliśmy, część dodaliśmy. Niektóre nigdy wcześniej nie były publikowane. Zamówiła je Polska Kronika Filmowa i dlatego musieliśmy spełnić kilka warunków, np. utwory miały być nagrane w różnym tempie. To nie była wielce intratna finansowo propozycja [śmiech].

Tytuły niektórych kompozycji mogą zmylić. „Sen”, „Epidemia euforii”, „Nie stało się nic”, „Pociągi” i „Senne wędrówki” nie mają wiele wspólnego ze swoimi pierwowzorami, choć opisy przeniesione ze starych taśm sugerują co innego… Na pewno jest to dobra okazja, żeby usłyszeć inny, bardziej swingujący Klan, który wędruje dotąd niewydeptanymi ścieżkami. „Senne wędrówki” to popis czwórki młodych laborantów, którzy weszli do studia poeksperymentować i pobawić się dźwiękiem. Słychać szlagierowe „Automaty” z partią kazoo w miejsce linii wokalnej, rythmandbluesowe „Pociągi” czy zaskakujące „Nie stało się nic” z fletem w roli… instrumentu rytmicznego! Klan potrafił być nieprzewidywalny. Oczywiście wszystkie utwory zarejestrowano w instrumentalnych wersjach.

Ałaszewski z kolegami bardzo liczyli, że uda mi się zaistnieć za granicą. W tym celu w klubie studenckim Medyk, gdzie stacjonowali, nagrali kilka utworów pod kątem promocji zespołu poza Polską. Z tej sesji pochodzą covery „Watermelon Man” Herbiego Hancocka i „Spinning Wheel” Blood, Sweat & Tears. Doszła też utrzymana w różnych tempach kompozycja „Winter” będąca polską odpowiedzią na zachodni rhythm nad blues. Niestety z ambitnych planów zagranicznych nic nie wyszło. Tych utworów można z kolei posłuchać na innej kompilacji Klanu – „Nerwy miast”.

Zespół Klan. Drugi od lewej: Marek Ałaszewski

Największy cios spadł na nas w momencie, kiedy otrzymaliśmy propozycję wyjazdu na koncerty do Niemiec i Włoch. Dostaliśmy paszporty, wszyscy byli szczęśliwi… Autobus LOT-u zabierał pasażerów z ulicy Waryńskiego i wiózł na Okęcie. Przybiegłem na miejsce trochę spóźniony, koledzy z spuszczonymi głowami stali przed autobusem. „Dlaczego nie wchodzicie?” – spytałem. „Nigdzie nie jedziemy.”. Ktoś zmienił decyzję. Nie wierzyłem. Dwa lata pracy poszły na marne. To był powolny kres zespołu. Nagraliśmy płytę i zawiesiliśmy działalność – wspominał. Po prostu na kontrakt Klanu załapał się inny artysta.

Zamiast za Zachód, przemeblowany zespół w 1972 roku wyjechał do Finlandii, gdzie Ałaszewskiemu towarzyszyli nowi muzycy – sekcja rytmiczna Bronisław Suchanek i Janusz Stefański oraz znany ze współpracy z Niemenem gitarzysta Tomasz Jaśkiewicz. Po latach ukazała się płyta, dokumentująca występ grupy na festiwalu w Helsinkach w ramach bloku Eastern Pop. Fani mogą posłuchać pięciu kompozycji, z czego cztery – „Woman”, „Good News”, „Lonely In The Rain” i „I’m Gonna…” – nie zostały wcześniej zarejestrowane. To ciekawa eksportowa wersja Klanu z muzykami jazzowymi na pokładzie.

Rozśpiewane ursynowskie betony

Po fińskim tournée Klan zamilkł na prawie 20 lat. Ale Ałaszewski nie próżnował. Zajął się głównie malowaniem (jeden z jego obrazów kupił sam Jose Antonio Samaranch – przez lata szef MKOl!), a później projektowaniem wnętrz. Wielu kolegów z branży dorabiało na statkach jako klezmerzy. Jemu nie odpowiadał etos twórcy rozmieniającego się na drobne. Nie pojechałem grać do knajpy, bo nie widziałem się w roli restauracyjnego grajka. Knajpa wypalała. Ci muzycy wyglądali jak żywe trupy. Mieli pieniądze, nowe instrumenty, ale stracili zapał twórczy. Tęsknili za łatwym życiem. Uniknąłem tego – mówił.

W czasie tej dwudziestoletniej przerwy co jakiś czas wchodził do studia i archiwizował swoje pomysły. Towarzyszyli mu muzycy Niemena („Ostatnie prześwity pamięci”), Dżambli („Płyną łzy”) czy stary dobry znajomy z Medyka Wojciech Waglewski („Chwila nadziei”). Ałaszewski występował w różnych konfiguracjach artystycznych – jako solista z poznańską orkiestrą radiową (nowofalowe „Shup Up”), z zespołem, który na żywo debiutował w Trójce (porywająca wersja koncertowa „Should Be” – rzeczy na styku rocka i… boogie), a nawet próbował rapować („Kawiarz”). Wszystkie te nieznane kawałki trafiły na niedawno wydaną płytę „Chmura nad miastem”. Dochód z jej sprzedaży będzie w całości przeznaczony na rehabilitację Marka, który w maju 2016 roku doznał ciężkiego udaru mózgu.

Zanim doszło do nieszczęścia dzielił się planami na przyszłość. Całkiem serio myślał o stworzeniu plenerowego widowiska muzycznego u podnóża Gór Świętokrzyskich. Liczył, że uda się zorganizować wędrowny tabor muzyków, którzy grając na ręcznie wykonanych instrumentach akustycznych będą przemierzać pobliskie doliny. A wieść gminna o muzyce rozniesie się po całym kraju niczym echo odbite od skał. Muzykę miał skomponowaną. Szukał tylko wrażliwego na sztukę sponsora.

Innym pomysłem był koncert na szrocie. Coś na kształt happeningu „Muzyka betonów”, który zrealizował we wczesnych latach 80. W 1977 roku przeprowadziłem się na rogatki – wspominał. Zamieszkałem na ulicy Pięciolinii, w ostatnim wybudowanym bloku na Ursynowie. Dookoła rozciągał się widok na pola i sady oraz Las Kabacki. Wsiadałem na rower i podziwiałem krajobrazy, które później przenosiłem na płótno. Ale prędko przyjechały ciężkie maszyny i zamieniły wiejskie zagrody w dżungle z betonu.

Jeździł i zwiedzał, aż pewnego razu zapuścił się w okolice dzisiejszej górki Kazoory z której letnią porą startują paralotniarze albo rowerzyści-wyczynowcy. Wykopano tam głęboki dół wypełniony uszkodzonymi elementami z betonu. Wystawały z nich pręty zbrojeniowe, które uderzane kijem wydawały piękne ksylofonowe dźwięki. Postanowiłem w niecce zrobić koncert. Obstawiłem ją kolumnami, puściłem elektroniczny podkład i wraz z kilkoma perkusistami zagraliśmy na prętach. Scenografię stanowiły wykonane przeze mnie manekiny – opowiadał Marek.

Materiał zachował się do dziś – wszystko zostało nagrane na kasetę magnetofonową; w dwóch częściach. Na stronie A naśladująca świst wiatru muzyka imituje wyładowania atmosferyczne nad blokowiskiem. Towarzyszy jej nierytmiczny stukot styliskami w pręty. Perkusiści uwijają się jak roboty albo wręcz jak automaty, o których ongiś śpiewał Klan. Komputerowy głos – niczym brygadzista – przerywa w końcu tę betonową sztukę i zapada cisza. Po przełożeniu kasety, betony odzyskują mowę. Teraz rytm nadaje progresywna gitara, a z prętów wydobywają się melodyjne dźwięki wędrujące po różnych skalach. Przypomina to koncert nawiedzonego wibrafonisty. Ma się wrażenie, że te hipnotyczne cienkie odgłosy wydają cykające w trawie zmutowane świerszcze.

Klan ożywał średnio co dwadzieścia lat. Po „Mrowisku” (1971) w regularnej dyskografii grupy pojawiła się oparta na akustycznych brzmieniach płyta „Po co mi ten raj” (1992), a następnie stricte rockowy „Laufer” (2012). Wierzymy, że Marek nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. I że wkrótce do nas wróci.

Zbieraniem środków na rehabilitację Marka zajmuje się Polska Fundacja Muzyczna. Wpłat można dokonywać na nr konta 46 1140 1977 0000 2634 0600 1011. Tytułem: MAREK AŁASZEWSKI.

Konrad Wojciechowski
Fot. Henryk Kotowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *