Śpiewać każdy może, krytykować – nikt

Czy artystów wolno krytykować? Czy kiedy śpiewa celebryta należy wiernopoddańczo klęczeć przed telewizorem, klaszcząc dłońmi złożonymi jak do modlitwy? Casus Rafał Brzozowskiego uświadamia, że może i krytycy nie muszą bić braw, ale powinni się uderzyć we własne piersi – nie artysty.

Od opinii i komentarzy na temat ostrych połajanek, których dopuściła się Interia pod adresem Rafała Brzozowskiego i jego piosenek, spuchł cały internet. A informacja, że dziennikarz i redakcja solennie przepraszają artystę, obiegła nagłówki najbardziej poczytnych gazet. Piosenkarza ubodło określenie go m.in. „beztalenciem, które trwa na scenie muzycznej tylko i wyłącznie w obły sposób, wdzięcząc się do pań w zaawansowanym wieku i wciskając się do każdego możliwego klakierskiego show”. A skoro ubodło, zażądał od portalu przeprosin, które zostały opublikowane jako zadośćuczynienie za naruszenie jego dóbr osobistych. Cóż, posłuchałem w życiu wielu piosenek Rafała Brzozowskiego i też uważam go za osobę muzycznie mało zdolną. No szału nie ma, czterech liter nie urywa, szczęka nie opada – co najwyżej ręce. Słowa nie zmienię, przepraszać nie zamierzam, procesu się nie boję, a jeśli do niego dojdzie, będziemy go transmitować na żywo na naszym blogu pod tytułem „Latający cyrk Monty Pythona”.

Zastanawiam się, co zrobiłby Rafał Brzozowski, gdyby występował na estradzie lat temu trzydzieści. Kiedy reżimowi dziennikarze ośmieszali w poczytnych mediach młodzieżowe zespoły punkowe dorabiając im zmyśloną gębę. Albo kiedy w fachowej prasie muzycznej recenzent pisał o solowym projekcie znanego gitarzysty pogardliwie nazywając go ciziem. Jak ów krytykę zniósłby Brzozowski? Podejrzewam, że to ona zniosłaby go ze sceny – na noszach, poturbowanego po nokaucie. Bo dziś dziennikarzowi wolno pisać o artyście albo dobrze, albo wcale. Stąd recenzje w prasie i internecie przypominają zwykle ogłoszenia w stylu: „Kup pan płytę”. Podkreślmy – ogłoszenia płatne; bo albo wytwórnia kupuje miejsce reklamowe w gazecie i liczy na dobry PR, albo wysyła dziennikarzowi płytę do recenzji gratis, licząc w rewanżu na przychylność na łamach. I ten system działa, bo któż kąsa dłoń rozdającą prezenty? I mamy to, co mamy – zachwyt nad piosenkami Brzozowskiego, które – umówmy się – są przeciętne.

Kiedyś w jednej z gazet prowadziłem rubrykę „Płyta tygodnia”. Usłyszałem w redakcji: Piszmy o płytach, które warto polecić. Zapytałem: A możemy piszmy o płytach, których polecamy nie kupować? Tak będzie uczciwiej. Moja propozycja była głosem wołającego na puszczy. Zdzierałem więc gardło, a raczej łamałem paznokcie o kant klawiatury – bezskutecznie. No dobrze, kilka naprawdę uczciwych recenzji udało mi się przeforsować. Gorzej jeśli klient wykupił reklamę, wciskał tani bubel i liczył na peany. Wówczas dzwonił redaktor i mówił: Słuchaj, muszę wyciąć to zdanie z twojego tekstu, ponieważ nie spodoba się klientowi. Nie możemy tak, w końcu on płaci. Miałem kiedyś rozmowę na ten temat z Marią Peszek, która zapytała wprost: Po co zawracać sobie głowę muzyką, która ci się nie podoba? Jest tyle pięknych piosnek, o których warto pisać. Nie szkoda tracić czasu na pierdoły? No właśnie nie szkoda, bo zachwalając publicznie produkt kiepskiej jakości sam przykładam rękę do jego zakupu. Obwieszczam autorytarnie z mównicy prasowej: Kup pan płytę – trzeba posłuchać”. Ale absolutnie nie trzeba – wręcz się nie powinno. Szkoda czasu i pieniędzy. Ktoś nagra popelinę, ja ją pochwalę, a wy to kupicie. I będzie jak w „Rejsie”. Kto za to płaci? Pan za to płaci, pani za to płaci etc. A powinien zapłacić artysta – bezwzględną ciszą medialną.

Szczerze? Nie polecam płyty „Borysewicz/Brzozowicz”, o której traktowała recenzja w Interii. Nagrany materiał muzyczny jest słabiutki – może na miarę możliwości Brzozowskiego, ale na pewno nie Borysewicza. Zresztą ukrywana prawda jest taka, że te piosenki zostały przygotowane pod wspólny projekt Kukiza z Borysewiczem. Z pomysłu nic nie wyszło i gitarzysta został z tymi piosenkami jak w znanym dowcipie Jan Himilsbach z językiem angielskim. Lider Lady Pank chciał chociaż odzyskać pieniądze zainwestowane w studio, więc aby cała robota nie poszła na marne dokooptowano do projektu Brzozowskiego. Kiedy rozmawiałem z ludźmi z branży na temat tej płyty dobiegał mnie pomruk zażenowania pomieszanego z kpiną. Mówili że Brzozowski to nie ten format co Kukiz, nie ta charyzma i stąd ta klapa. Szkoda, że to nie oni pisali recenzję…

Dzwoni do mnie znany autor tekstów. Znany też z bezbrzeżnego poczucia humoru i dobrodusznego utyskiwania nad kondycją polskiej estrady. Posłuchaj koniecznie piosenki Natalii Szroeder! To się nazywa „Parasole”. Koniecznie doczekaj do refrenu! Idę za namową i słucham. Boże, co ja słyszę! „Parasole składam w szpic / Ostrzę noże, ostrzę kły / Nie będę płakać / Nie będę błagać / Pięścią w ścianę wpuszczam złość / I z kamieni wznoszę stos / Nie będę płakać / Nie będę błagać”. Ja się popłakałem – z bezsilności, bo bardzo chciałem poznać przekaz piosenki, ale mimo usilnych prób podniosłem semantyczną klęskę. Parafrazując Kisiela: od walenia głową w ścianę metafor, rozumu nie przybędzie. Toteż zrezygnowałem z dalszych dociekań. Okazało się, że piękna kobieta i literatura piękna niekoniecznie chodzą w parze. Ale niech no tylko ktoś się ośmieli skrytykować estradową gwiazdę! W najgorszym wypadku odszczeka pomówienia przed sądem albo w internecie. W najlepszym – nie dostanie więcej płyty na własność. Dla dziennikarza muzycznego, który przez cały dzień układa na półkach fonograficzną kolekcję, za którą nigdy nie zapłacić ani grosza, kara numer dwa jest dużo bardziej dolegliwa. Dlatego mało kto się naraża.

Nie wszyscy są tak przewrażliwieni na swoim punkcie jak Rafał Brzozowski. Kiedyś powiedziałem Piaskowi, że – moim zdaniem – dużo lepiej pisze niż śpiewa. Zaśmiał się, ale nie uniósł gniewem. Jego prawnicy nie odprowadzili mnie do drzwi – sam trafiłem. Innym razem zagadnąłem braci Cugowskich, jak to jest z ich przebojami, których nie ma: Kiedy zapytałem znajomych o najpopularniejszy ich zdaniem wasz przebój, odpowiadali z ironią „Całkiem inny kraj” Perfectu. I co wy na to? Piotrek odpowiedział śmiechem: Chyba powinieneś zmienić znajomych. Ale zaraz dodał, już poważnie: W pewnym momencie doszliśmy do ściany i zrobił się problem. Mieliśmy nagrane dwie autorskie płyty, ale nie do końca kojarzono nas z naszymi piosenkami. Niby cały czas graliśmy je na koncertach, lecz przy okazji różnych festiwali, zapraszano nas do śpiewania cudzych rzeczy. Nie chcemy na nikogo zrzucać winy, bo to był nasz błąd, którego dzisiaj byśmy nie zrobili.

Z Rafałem Brzozowskim też rozmawiałem. Kilka lat temu, a dokładnie we wrześniu 2012 roku – tuż po ukazaniu się jego debiutanckiej płyty „Tak blisko”. Utwór tytułowy momentalnie stał się przebojem. To nie mój klimat, tak samo jak kolegi z Interii; „mnie to nie zwilża” – mówiąc językiem znanego aktora z filmu o gangsterach. Ale jedna myśl przez całą rozmowę nie dawała mi spokoju – co się stanie z Brzozowskim za kilka lat. Czy ktokolwiek go będzie jeszcze pamiętał? Jaką ma strategię przetrwania na polskim rynku muzycznym, który w dobie internetu i mediów społecznościowych przestał dawać gwarancje nieśmiertelności artystom? I pytanie natury ogólnej, do większości promowanych piosenkarzy i piosenkarek: co ma zrobić debiutant, żeby nie zostać jednosezonową atrakcją pod przykrótkim t-shirtem, który nie ma nic do ukrycia, ale odsłania de facto tylko cztery litery, bo niewiele więcej godnego uwagi ma do pokazania?

Wierzę w tę płytę, w te piosenki, tak jak wierzyłem w „Tak blisko”. I się nie zawiodłem. Jak tylko utwór zagościł na antenie radiowej, ludzie od razu go podłapali. Melodyjne piosenki ze szlagwortem dają taką gwarancję. Tylko jeden warunek – nie wolno w pierwszej kolejności myśleć wyłącznie o kasie. Ci, którzy trafili do talent show z własnym repertuarem i mają misterny plan działania, nie przegrają batalii o widza, słuchacza. Czuwam nad swoją publicznością. Rynek bardzo się otworzył – można śpiewać w różnych językach, nie tylko w Polsce. Jeśli muzyka się obroni, artyście nie grozi zapomnienie – mówił mi Brzozowski.

Strategia Brzozowskiego polega na dywersyfikowaniu działań. Poniekąd słusznie. Raperzy robią muzykę i mają swoje sklepy z ciuchami. Cleo otworzyła klub w Warszawie, Nergal został w wolnych chwilach golibrodą, a Brzozowski kręci kołem fortuny w telewizji. Takie mamy czasy, że trzeba dyskontować swoje pięć minut w najróżniejszy sposób. Mamy też takie czasy, że nikogo za nic nie wolno krytykować, bo to po prostu nie sprzyja biznesom prowadzonym przez celebrytów, osłabia ich wartość rynkową i odstawia od smakowania konfitur. A kariera na scenie, w radiu i telewizorze przecież fortuną się toczy. Zatem nieważne co i kogo grają – byleby słuch o nich nie zaginął. Ani dobra opinia.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *