Żarty na bok, to nie prima aprilis

Pierwszy kwietnia to wyjątkowy czas w roku. Wtedy prawda przegrywa z bluffem, a mity rządzą nad faktami. Ten dzień przeszedł też do historii polskiego rocka, za sprawą płyty Perfectu „Live April 1, 1987”. Wydarzenia towarzyszące jej wydaniu przybrały postać ponurego żartu primaaprilisowego.

Na początku cofnijmy się w czasie o 35 lat. Jest 10 marca 1983 roku. Na konferencji prasowej w Stodole Zbigniew Hołdys oficjalnie ogłasza koniec zespołu Perfect. Grupa przestaje istnieć, choć produkuje przebój za przebojem i jest u szczytu popularności. Zgromadzeni robią wielkie oczy ze zdziwienia, ale muszą przyjąć ten fakt do wiadomości. Zespół daje jeszcze kilkanaście koncertów, po czym rzeczywiście schodzi ze sceny… nieprzejednany, bo decyzja jest nieodwołalna.

Koncert naprawdę w prima aprilis

Tym bardziej nic nie zwiastowało estradowego powrotu Perfectu po czterech latach milczenia. Ale tak właśnie się stało. Niespodziewanie dla wszystkich. Pretekstem były obchody 25-lecia radiowej Trójki. Tak się złożyło, że Trójka przyszła na świat w prima aprilis, 1 kwietnia 1962 roku. Wiadomo, że bez jej wsparcia nie byłoby boomu polskiego rocka lat 80., nie byłoby też Perfectu. Zaprzyjaźniony z Hołdysem dziennikarz Trójki Janusz Kosiński wpadł na szalony pomysł reaktywacji legendarnej kapeli na jednorazowy event. Come back? Z zaskoczenia? W wielkim stylu? Dlaczego nie! Hołdysa nie trzeba było dwa razy namawiać. Wprawdzie pamiętał dziennikarzom tej stacji, że nie chcieli promować na falach eteru piosenek formacji Morawski Waglewski Nowicki Hołdys powstałej na gruzach m.in. Perfectu, ale czas jak wiadomo leczy rany. Przede wszystkim liczyła się możliwość wywołania medialnej zawieruchy i znalezienia się w centrum uwagi, bo wieść o reaktywacji Perfectu elektryzowała rockowych słuchaczy.

Ustalono, że rocznicowy koncert odbędzie się w 1 kwietnia 1987 roku w Hali Olivii, czyli w Gdańsku – miejscu historycznym, bo nieodmiennie kojarzonym z Solidarnością, strajkami stoczniowców, Lechem Wałęsą. Baza już była – pozostało zadbać o nadbudowę, czyli o oprawę muzyczną. Perfect dał trzygodzinny koncert, w czasie którego fani usłyszeli ówczesne przeboje grupy – „Ewkę”, „Autobiografię”, „Chcemy być sobą”, „Niewiele ci mogę dać” czy „Pepe wróć”. Jasne, nie wszystkie piosenki weszły do koncertowego repertuaru – szczególnie dokuczliwa była nieobecność „Pocztówki do państwa Jareckich”, a na późniejszym trzypłytowym winylu zabrakło też „Lokomotywy z ogłoszenia” oraz „Bla, bla, bla”. Jednak Perfect zrekompensował luki repertuarowe wykonaniem innych ważnych piosenek – „Nasza muzyka wzbudza strach”, „Czytanka dla Janka” i „Wieczorny przegląd moich myśli” choć zostały nagrane jeszcze w 1981 roku, dopiero siedem lat później doczekały się publikacji na longplayu.

Poza swoimi standardami, Perfect zagrał kilka kawałków premierowych – do tej pory wykonywane na koncertach „Jeszcze nie umarłem” i „Nie patrz jak ja tańczę” oraz dziś zapomniane „Karierę”, „Jak ja nie lubię historii”, „Żywy stąd nie wyjdzie nikt”, a także przynależne do innej kapeli Hołdysa – Plugawego Anonimu – „Ja, my, oni”.

Hala Olivia mogła pomieścić ponad pięć tysięcy ludzi i – co było do przewidzenia – wypełniła się do ostatniego miejsca. Na pamiątkę tego wydarzenia Pronit wytłoczył trzy winyle, które trafiły do sklepów rok po koncercie w Gdańsku. Longplay nosił tytuł „Live April 1, 1987”.

„Kto zrobił mi ten żart”

Minęło pięć lat od primaaprilisowego koncertu w Olivii. 31 marca 1992 roku w warszawskiej księgarni Odeon przy ulicy Hożej odbyła się prezentacja „Live April 1’1987”, ale już w wersji kompaktowej. I nie na trzech osobnych nośnikach, tylko na dwóch. Kompaktowe nagranie pochodziło z Olivii, ale dołączona doń książeczka zawierała opis występu na… Stadionie Dziesięciolecia z 12 września 1987 roku. Bo tam właśnie Perfect zakończył wyjątkową trasę koncertową, która wiodła od gdańskiej Olivii przez katowicki Spodek na stołecznym Stadionie kończąc. Prima aprilis? Raczej humbug prima sort!

Pozostali muzycy Perfectu byli wstrząśnięci faktem wydania tego albumu. Poszło o prawa do materiału z koncertu z Olivii. Nagrania były własnością kilku podmiotów – zespołu w składzie: Hołdys, Markowski, Nowicki, Szkudelski, Urny; Krzysztofa Sokoła (współwłaściciela studia nagrań CSS, gdzie miksowano materiał); Andrzeja Martyniaka (realizatora dźwięku); Tadeusza Trzcińskiego (akustyka) oraz Seweryna Reszki (ówczesnego menedżera grupy). Nikt więc samodzielnie nie mógł dysponować wspólną własnością, a zdaniem pokrzywdzonych tak właśnie zrobił Hołdys, umawiając się z Poltonem na wydanie dwóch kompaktów, podczas gdy właściciele wyrazili pisemną zgodę, aby materiał ukazał się nakładem Pronitu (na trzech winylach) i Poltonu (na trzech kastach magnetofonowych). O kompakcie nie było mowy. Ówczesny szef Poltonu, Jan Chojnacki, miał stwierdzić, iż jest w posiadaniu pisemnego oświadczenia Hołdysa, na mocy którego ma on wyłączne prawo do dysponowania tymi nagraniami i wydania ich na płycie CD.

Najgłośniej zaprotestował Seweryn Reszka, ponieważ album „Live April 1’1987” w wersji kompaktowej zmienił okładkę, na której nie znalazło się już jego nazwisko. Ktoś celowo miał je usunąć. Ktoś również – o czym mowa powyżej – w okładkowej książeczce dał do zrozumienia, że materiał nie pochodzi (chociaż pochodził) z Olivii, tylko Stadionu, odsuwając od siebie podejrzenia o nieuprawnione wykorzystanie gdańskich nagrań.

Dziwi fakt, że kierownictwo Poltonu przyjęło oświadczenie Hołdysa jako dobrą monetę wiedząc, że jest nieprawdziwe (…). Wszystko to sprawia, że podwójna dyskietka Poltonu nosi znamiona produktu częściowo pirackiego. Spisek? Raczej wygoda i tolerowanie oszustwa czy wręcz przestępstwa, bo nie wiem czy świadome zatajanie prawdy w celu uzyskania korzyści majątkowych nie jest przypadkiem przestępstwem ściganym przez prawo z urzędu. Jest mi szczególnie przykro, gdyż Hołdys przez wiele lat twierdził, że jesteśmy przyjaciółmi. Co się stało z tym człowiekiem, który imponował cywilną odwagą w czasach stanu wojennego? Gdzie się podział ten bezkompromisowy artysta, który walczył o prawa innych muzyków. Czy ma skończyć niechlubnie jako złodziej? – grzmiał Reszka w oświadczeniu przesłanym do „Gazety Wyborczej” 15 maja 1992 roku.

Podobno Perfect stracił na wydaniu kompaktu z Olivii około pięciuset milionów starych złotych (tyle warta była roczna licencja na nagrania), więc Reszka postanowił zorganizować zespołowi (w składzie bez Hołdysa) trasę po Kanadzie za ponad sześćdziesiąt tysięcy dolarów, aby muzycy choć trochę się odkuli. Abstrahując od komercyjnego wyjazdu za ocean, pozostali członkowie Perfectu zażądali od byłego lidera wyjaśnień. Domagali się odszkodowania rzędu stu tysięcy dolarów, zaprzestania dalszego rozpowszechniania materiału „Live April 1’1987” i zwrotu oryginalnych taśm oraz publicznej deklaracji Hołdysa, który miał uznać reaktywowanie grupy w nowym składzie. Żaden z warunków nie został spełniony, ponieważ próba uzyskania porozumienia zakończyła się całkowitym fiaskiem.

Perfect bez Hołdysa? W latach 90. taki pomysł brzmiał właśnie jak primaaprilisowy dowcip. Ale  to, co wydawało się nieprawdopodobne, stało się naprawdę. W styczniu 1994 roku Markowski i spółka po udanym koncercie w Spodku uznali, że zaryzykują. I przez dziesięć następnych lat mocno trwali w tym postanowieniu. Aż nagle zespół wydał oświadczenie, że z dniem 1 kwietnia 2004 roku… kończy działalność i żegna się publicznością koncertem w Stodole. Na szczęście nie była to prawda tylko żart primaaprilisowy związany z promocją nowej płyty „Schody”. Do Stodoły rzeczywiście ściągnęły tłumy (co potwierdza niżej podpisany), bo nic tak dobrze nie działa na opinię publiczną, jak odpowiednio przygotowany fake news. Primaaprilisowy news.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *