Buzia na kłódkę na scenie

Ciąganie po sądach Jurka Owsiaka za przekleństwa miotane ze sceny podczas ostatniego Przystanku Woodstock przypomina nam pewien incydent, który miał miejsce dawno temu w Jarocinie. Wówczas jeden z muzyków zaśpiewał o „niepotrzebnym prezydencie” nie wymieniając go z nazwiska, ale i tak usłyszał wyrok skazujący. A było to tak…

Zaproszony w 1986 roku do Jarocina zespół Immanuel postanowił zaserwować publiczności pod sceną prawdę na temat „otaczającej ją rzeczywistości”. Stan wojenny już dawno się skończył, ale w Polsce nadal dychał socjalistyczny reżim. I zespół z Warszawy postanowił ów fakt śpiewająco skomentować. I wybuchł skandal.

Występ Immanuela w Jarocinie nie doszedłby pewnie do skutku, gdyby nie życzliwość Roberta Brylewskiego (wsparł kapelę podczas koncertu jako klawiszowiec), który zapewniał szefa festiwalu Waltera Chełstowskiego, że naprawdę warto tę kapelę zaprosić. Przekonywał, aż przekonał, ale Chełstowski chyba później żałował swojej decyzji, bo Immanuel już podczas przygotowań do spotkania z wielotysięczną publiką, pojechał – jak to się mówi – po bandzie.

Na przesłuchaniach albo już podczas próby na dużej scenie zaśpiewaliśmy piosenkę „Niepotrzebni” – opowiadał lider grupy Jacek „Dżeksong” Onaszkiewicz. Tuż po podszedł do nas Walter i lekko zaniepokojony powiedział: „Panowie, ale chyba nie będziecie grali tego numeru na koncercie, bo cenzura, esbecja…”. No to my odparliśmy, że absolutnie, oczywiście nie, że to tylko tak na rozgrzewkę, a repertuar mamy zupełnie inny.

Mieli, ale w głębokim poważaniu sugestię odnośnie do wymiany rzeczonej piosenki na inną. Zresztą byłyby z tym pewne trudności, ponieważ repertuar Immanuela składał się praktycznie z samych utworów zaangażowanych. Muzycy mieli w sumie w czym wybierać, lecz z „Niepotrzebnych” nie zrezygnowali, bo ich zdaniem nie było takiej potrzeby.

Mieliśmy w repertuarze kilka antysystemowych piosenek – mówił Dżeksong. Ale kluczowym momentem koncertu było zaśpiewanie „Niepotrzebnych”. A zwłaszcza słów: „Niepotrzebny jest prezydent / Niepotrzebny jest konfident / Niepotrzebne jest CIA / Niepotrzebne jest PZPR / Bo śpiewam, śpiewam na chwałę Jah / Śpiewam, aby lud wolny się stał / Nie oddam swoich rąk / Nie oddam swojego serca / Moje życie jest tylko moje / A polityka – to krok do morderstwa”. Ludzie zaczęli śpiewać z nami. To było niesamowite przeżycie. Publiczności się podobało, organizatorom mniej. Zapanowała konsternacja. Po zejściu ze sceny podbiegł do nas starszawy major, czerwony nie tylko ze złości: „Kurwa! Nie zapomnę wam tego! Odpowiecie za to!”. Zbagatelizowaliśmy sprawę: „Dziadek, spokojnie, przecież nic się nie stało”. A on swoje: „Nie, kurwa! Pamiętam, co śpiewaliście. Załatwię was!”. Krzyczał z bezsilności, bo dookoła nikt nie protestował. W końcu poszedł. Wróciliśmy z Jarocina i za jakiś czas, po upływie około trzech miesięcy, dostaliśmy wszyscy wezwania do Pałacu Mostowskich.

Żarty żartami, ale niepoprawnych kontestatorów dosięgła ręka sprawiedliwości.

Pałac Mostowskich w Warszawie nie był wyłącznie budynkiem zabytkowym. W przeszłości mieściły się tam banki, koszary, a za czasów PRL-u, dokładnie od 1949 roku, przeznaczono go na siedzibę Komendy Milicji Obywatelskiej. O przesłuchaniach w Pałacu krążyły legendy, o losach aresztantów przetrzymywanych w podziemiach – również. Łatwo było się tam dostać – wyjść już niekoniecznie. Sadzano opozycjonistów, studentów („Pałac Mostowskich dziś w szwach pęka / Sprawiedliwości działa tam ręka / Naszych kolegów jest tam bez liku / W tym najciaśniejszym z akademików” – rymowano po Marcu ’68), dlaczego więc dla muzyków miano uczynić wyjątek?

Jacek Onaszkiewicz obawiał się, że może przejść z tego powodu do historii i aż się pod nim nogi ugięły, „z wrażenia”: Przyznaję, miałem stracha. Chyba pojechałem z żoną. Kazano mi iść na któreś piętro, do jakichś smutnych panów. Rozpoczęło się przesłuchanie: co robię, czym się zajmuję. Byłem zdziwiony przebiegiem śledztwa, spodziewałem się, że dostanę wpierdol na wejściu, a panowie prowadzili bardzo wyważoną rozmowę. Zapytali, kto śpiewał. Odparłem – zgodnie z prawdą – że ja. „Wie pan, są zastrzeżenia, że śpiewaliście antypaństwowe teksty”. Zaprotestowałem, że ponadczasowe. Wskazano dwóch winowajców – mnie i Piotrka Mrowińskiego (byłego gitarzystę i wokalistę Kryzysu), bo w zasadzie wszystkie piosenki wykonywaliśmy na dwa głosy. Dostaliśmy wezwanie do sądu w Jarocinie wraz z informacją, że jeśli się nie stawimy na rozprawę, trafimy prosto do pierdla. Nie było wyjścia… Na sali sądowej – sędzia, świadkowie, my i… on, ten sam, który odgrażał się nam po koncercie. Wyjął kartkę i zaczął odczytywać zmyślony tekst, świadczący rzekomo o naszej winie: „Nienawidzę partii, nienawidzę PZPR”. Nic się nie zgadzało, to był stek bzdur, więc zaprotestowaliśmy. Zapytano, czy żałujemy, ale my nie poczuwaliśmy się do winy. Zapadł wyrok: „Trzy miesiące aresztu”. Karę odsiadki zamieniono na finansową – osiemdziesiąt tysięcy złotych! Na szczęście udało się zebrać te pieniądze, choć bardziej od szczęścia pomogli ludzie, ponieważ skutecznie kwestowano w Hybrydach – kończy opowieść Onaszkiewicz.

Po tym incydencie zespół długo nie mógł nigdzie grać (korzystał z zaproszeń od Brylewskiego na festiwal Róbrege), nie mógł też nagrać płyty (usiłował samodzielnie). Ale dwa lata po pamiętnym Jarocinie los do Immanuela się uśmiechnął i wyeksportował go za ocean. Doniesienia o koncertach Dżeksonga w Ameryce przyjęto w kraju ze zdziwieniem. Nie brakowało głosów, że Immanuel poszedł na współpracę… z esbecją.

Konrad Wojciechowski

Dołącz do dyskusji

  1. Marcin

    To porównanie sytuacji z Owsiakiem do tego, co było w PRLu jest nieco karkołomne. Bardzo cenię Jurka co robi z WOŚP, ale nie podoba mi się, że wykorzystuje scenę Przystanku Woodstock do głoszenia swoich politycznych sympatii oraz antypatii. Tej polityki i tak jest wokół nas za dużo … Poza tym Jurek, w odróżnieniu od Immanuela, dość bezpośrednio powiedział, kogo ma na myśli…

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *