Fryderyki w dobrych rękach

Fryderyki rozdane – opadł już kurz po bitwie o głosy branży muzycznej dla najlepszych z najlepszych. Zrolowano czerwone dywany, a welurowe fotele wywędrowały sprzed obiektywów telewizyjnych kamer do ciemnej pakamery. Jak znam życie – nagrody trafiły w niepowołane ręce. Jak znam wyróżnionych artystów – trafiły pod słusznie wskazany adres.

Jednym z bohaterów gali był Maciej Obara – nie żaden celebryta, salonowy bon vivant, tylko muzyk jazzowy. Publiczność uwielbia skandalizujących rockmanów, którzy okraszą piosenkę grubym słowem. Albo zgrabne panienki wypolerowane w  gabinetach dużych wytwórni, gdzie trwają zawzięte narady na temat walorów piosenek o smaku waty cukrowej. Jazzman jest w tym towarzystwie kwiatkiem do kożucha, koszulą bez metki, generalnie nikim ważnym. Jego pozycję w branży dobrze obrazuje taki oto dowcip. Spotykają się dwaj jazzmani: Wiesz, kupiłem twoją płytę – mówi jeden z nich. Na to drugi posmutniał: Aha, to byłeś ty

Obara też długo się błąkał ze swoją muzyką po obrzeżach mainstreamu, który ignorował jego istnienie. Ale w końcu wydał płytę „Unloved” i to nie pod byle jakim labelem, bo w ECM, u Manfreda Eichera, gdzie wydają najlepsi. I nagle zaskoczyło. Obara jest na ustach wszystkich i dostaje Fryderyka za „jazzowy album roku” oraz dla „jazzowego artysty roku”. W tej drugiej kategorii wygrał ze swoim wiernym muzycznym towarzyszem i zarazem muzykiem słyszalnym na „Unloved” – Dominikiem Wanią.

Zapytałem jakiś czas temu Maćka, co Wania zmienił w jego muzyce. Praktycznie wszystko – odpowiedział.  Zawsze pragnąłem grać z  pianistą. Dominika poznałem na jednym z moich ostatnich koncertów u Stańki. Zachwyciłem się nim. Jest wybitnym, oryginalnym muzykiem i niezwykle błyskotliwym gościem. Ma wspaniałą muzykalność. Jego estetyka jest dla mnie bardzo inspirująca i stymuluje mnie do rozwoju. Obara bardzo obrazowo ujął tę artystyczną relację. Dominik to gin. Mnie się do niego dolewa [śmiech]. Cytując te słowa słucham „Unloved” i kiwam głową z uznaniem. Tak, ten podwójny Fryderyk nie był dziełem przypadku.

Obecność Korteza w gronie uhonorowanych też nie dziwi. Wokalista ujmujący nastojem i życiorysem faceta twardo stąpającego po ziemi – któremu nie przeszkadza to, że od czasu do czasu pofrunie na skrzydłach romantyka w inny, bardziej poetycki wymiar – w ciągu dwóch lat rozkochał w sobie ogólnopolską publiczność. To jest jego czas, jego moment, „Dobry moment” – jak uczy tytuł nagrodzonej piosenki w kategorii „utwór roku”.

Zdarzyło mi się porozmawiać z Kortezem dwukrotnie. Raz między jedną a drugą płytą. Siedział zajęty w studiu i odsłuchiwał materiał na album „Mój dom”. Zarzekał się, że nie lubi stania w świetle reflektorów, więc ilekroć później widywałem go na jakiejś gali, przypominałem sobie te słowa. Pewnie podczas wręczania Fryderyka też czuł się trochę nieswojo… Mam własny świat, w którym czuję się najwygodniej i najbezpieczniej, czyli stoję gdzieś obok. Wołają mnie czasami, abym stanął do zdjęcia na tle ścianki i czerwonego dywanu, ale staram się wtedy przemykać bokiem lub odpowiadam dyplomatycznie, że idę do toalety [śmiech]. Po prostu uciekam – mówił Kortez.

Ale nie jest tak, że dowody uznania go nie wzruszają, a komplementy padające z ust uwiedzionej piosenkami publiczności omijają najczulszy punkt jego ego. Każda nagroda podbudowuje. Bo jeśli dostajesz coś od innych, to znaczy, że ludzie doceniają to, co robisz. Nie rozumiem tych wszystkich ludzi, którzy mówią, że to nie ma żadnego znaczenia i nie robią tego dla nagród. Ja też nie robię tego dla nagród, ale lubię je dostawać. Nie czarujmy się to bardzo miłe [śmiech]. Nie wyczułem w tych słowach ani kokieterii ani przesadnego entuzjazmu. Chyba ten Fryderyk nie zabełta Kortezowi w głowie. Zdaje się też, że nie tryśnie z niej sodówka.

Sporym wydarzeniem jest również nagroda dla Pauliny Przybysz w kategorii „album roku elektronika” za płytę „Chodź tu”. Ale chyba ważniejsze od nagrody jest to, że Paulina się przemogła i nagrała w końcu trochę piosenek po polsku. A nakłonić ją do tego pomysłu wcale nie było łatwo. Prowadzę cichą wojnę z moją siostrą na temat śpiewania po polsku. Czekam aż cała Polska przekona Paulinę do naszego języka w piosenkach – mówiła mi jej siostra Natalia; też nagrodzona Fryderykiem za rok ubiegły – za „Światło nocne”, które branża wyróżniła w kategorii „album roku pop”. Tu także nie mogło być mowy o przypadku. Choć osobiście wyżej oceniam korzennie bluesowy album „Prąd” niż ostatni album drugiej z sióstr. Staram się śpiewać na maksimum możliwości. Chcę czuć te piosenki w całym ciele. Scena to ciężka praca, trzeba z siebie dużo wydalać – taką złotą myślą poczęstowała mnie Natalia. Może to nie tylko złota myśl, może to też recepta na sukces?

Rzadko kiedy tracę głowę słuchając popisów debiutantów. Te nowatorskie produkcje, często wysilone i przegadane nie wnoszą niczego nowego. Ale Daria Zawiałow na szczęście nie wpisuje się w zużyty schemat. Kiedy posłuchałem płyty „A kysz!” miałem ochotę wrócić do niej jeszcze raz i jeszcze i jeszcze kilka razy. No a solówka gitarowa w „Lwach” to jest naprawdę bardzo smaczne rockowe granie, którego dziś brakuje w stacjach radiowych (choć nie brakuje na płytach innych młodych wykonawców – vide krążek „III” grupy Tune).

Ludzie pisali, że ten album brzmi, jakbym się urwała z lat 90. Inni widzieli we mnie Ostrowską czy Korę. A we mnie jest też dużo fascynacji Czesławem Niemenem – moim polskim guru. To miało być trochę kobiece, dziewczęce i figlarne, a z drugiej strony chciałam pokazać pazura i odrobinę mocnych dźwięków. To wszystko w jednym jest zaletą tego albumu – powiedziała mi Daria.

Cieszy też Fryderyka dla Kapeli ze Wsi Warszawa – naszej folkowej dumy narodowej, która bardziej jest doceniana tam niż tu, ale taki już los artystów, którzy fetują w muzyce rewolucyjny paradygmat i nie kłaniają się konwenansom. Album „Re:akcja mazowiecka” to dalszy ciąg etnograficznej włóczęgi zespołu Maćka Szajkowskiego. Maciek potrafi błyskotliwie dzielić się wspomnieniami z rustykalnego pleneru: Jechałem do Wieniawy, Kłudna, Zwolenia i widziałem gości śmigających punk rocka na akustycznych instrumentach, szalone beaty na trzy ósme, ozdabiane hendriksowsko motywy. Grali tak osadzone groovy, jak wodospad uderzający taflami wody o skały.

O nowej płycie Kapeli mówił mi tak: Po 20 latach wracamy do naszych mistrzów, staramy się ich odszukać, choć wielu z nich odeszło. Pytamy – czy są jeszcze przekaziciele tej kultury, co mają do powiedzenia i czy nas znów do siebie przyjmą. Przyjęli z otwartymi ramionami, a branża podsumowała to ważne spotkanie po latach Fryderykiem. Słusznie, słusznie!

I jeszcze Hey z nagrodą za album „CDN”, czyli de facto za całokształt. Bo działalność Kasi Nosowskiej i reszty koleżeństwa przecież dobiegła końca. Na razie czy na zawsze – nie ma co spekulować. A jak podsumować te 25 lat? Chyba najlepiej cytatem z Nosowskiej. Kiedy wyszła płyta „Błysk” wokalistka podzieliła się ze mną głębszą refleksją na temat tego, czym dla niej jest muzyka.

Dla mnie muzyka i – w ogóle – sztuka jest strefą, z której człowiek może czerpać same dobra. Poczuć, że twórca się nim zaopiekował. Ale artysta musi być zawsze odpowiedzialny. Możliwość przemówienia do ludzi publicznie przez mikrofon to ogromna odpowiedzialność – nie wolno sobie, ot tak, paplać ani snuć opowieści na temat wszechrzeczy z przesadną pewnością siebie. Czasami człowiek musi przyjąć, że nie na wszystkim się zna. Teraz jest tendencja, a może nawet nakaz, że musimy się wypowiadać na każdy temat – od kuchni począwszy, na śmierci skończywszy. Mam Facebooka, widzę to. Wszyscy wszystko wiedzą. Cenię sobie to, że nadal jestem w stanie odważnie powiedzieć, że czegoś nie wiem. Bo naprawdę nie wiem wszystkiego – powiedziała Nosowska.

Ja wiem tylko tyle, że tegoroczne Fryderyki naprawdę nie były na wyrost.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *