„Jolka, Jolka – pamiętasz” w wersji kinowej, czyli doustnie

Czy piosenka musi posiadać tekst, czy muzykę? Wiadomo, że i jedno, i drugie. Ale czasami przebój kreuje nośna melodia, a kiedy indziej zapadający w pamięć tekst. W warszawskim Kinie Atlantic zebraliśmy się w rockowym składzie, żeby podyskutować o najważniejszych polskich piosenkach. W spotkaniu udział wzięli autorzy tekstów i muzyki do znamienitych przebojów oraz autorzy książki „Piosenka musi posiadać tekst. I muzykę. 200 najważniejszych utworów polskiego rocka”.

Warszawa, Pasaż Wiecha, na tyłach Domów Centrum. Stąd jest zaledwie kilka kroków do świątyni muzyki mainstreamowej, czyli do Empiku, który jeszcze całkowicie nie przepoczwarzył się w perfumerię. Nieopodal mieści się antykwariat płytowy „Hey Joe” prowadzony przez Krzyśka Nieporęckiego, w którym można kupić każdą płytę, nawet tę najpilniej poszukiwaną przez niestrudzonego kolekcjonera rozpaczliwym listem gończym. W wysokościowcu na Chmielnej 35 AYA RL nagrywała swój największy przebój „Skórę”, a kiedyś pod tym adresem znajdował się sklep Tonpressu – polskiego wydawnictwa płytowego. Jeśli dodać, że w okolicy mieszkali również Maria Czubaszek z mężem Wojciechem Karolakiem, mamy niemal polską Tin Pan Alley. Tuż obok w Kinie Atlantic postanowiliśmy więc zorganizować nasz wieczór autorski i książką o 200 najważniejszych rockowych utworach wpasować się jakoś w ten piosenkowy kontekst.

Na spotkanie przybyli szacowni goście – artyści reprezentujący trzy różne piosenkowe epoki. W roli weteranów wystąpili Marek Gaszyński i Krzysztof Dzikowski – najmocniej związani z okresem bigbitowym i takimi wykonawcami jak Czesław Niemen czy Czerwone Gitary, których czasy świetności przypadły na przełom lat 60. i 70. Pojawili się również lider Kombi Sławomir Łosowski i autor tekstów Marek Dutkiewicz – rzecz by można reprezentujący nurt Muzyki Młodej Generacji, który święcił triumfy w przededniu eksplozji boomu polskiego rocka na początku lat 80. Kombi Łosowskiego było forpocztą tamtego nurtu, a Dutkiewicz – autor wielu przebojów dla Lombardu, Budki Suflera, Dwa Plus Jeden czy Urszuli – napisał nawet hymn MMG „Muzyka w serca wstąpi nam”. Przybył w końcu Marek Kościkiewicz z De Mono, czyli przedstawiciel pop rocka już z kolejnej dekady, bo „Statki na niebie” czy „Kochać inaczej” to właściwie piosenki przynależne do lat 90. Grono gości uzupełnił krytyk literacki Krzysztof Varga, który też ma na koncie kilka napisanych tekstów do piosenek dla zespołu Dr Misio Arkadiusza Jakubika – estradowego objawienia XXI wieku. Czyli mieliśmy do czynienia z historią polskiej piosenki rockowej w pigułce na przestrzeni kilku dziesięcioleci.

Na kinowym ekranie zamiast filmów leciały tym razem slajdy – głównie z tekstami piosenek. Niektóre z nich zostały wcześniej specjalnie na tę okoliczność wyrecytowane przez profesjonalnych aktorów i odtworzone podczas spotkania. I tak „Statki na niebie”, „Anna Maria” czy „Sen o Warszawie” wyinterpretowane przez Łukasz Simlata czy Grażynę Barszczewską nabrały zupełnie inne wymowy, jakby nowego sensu, na co przytomnie zwrócił uwagę Krzysztof Varga. Czy w takiej wersji – bez muzyki – też stałyby się ważne dla szerokiej publiczności?

Od lewej: Olga Bończyk, Artur Wolski, Marek Gaszyński, Marek Dutkiewicz, Jan Skaradziński, Sławomir Łosowski, Konrad Wojciechowski, Krzysztof Dzikowski, Marek Kościkiewicz

Na tak postawione pytanie nie znaleźliśmy odpowiedzi. Ale większość zgromadzonych pewnie byłaby skłonna zgodzić się z taką tezą, ponieważ tekściarze (a byli wśród zaproszonych gości w znakomitej większości) wyznają bezwzględny prymat słowa pisanego/śpiewanego nad muzyką utworu. Właściwie tylko Sławomir Łosowski protestował przeciwko takiemu stawianiu sprawy, ale jego głos był odosobniony. Lider Kombi podkreślił jednak expressis verbis, że dla niego tekst pełni służebną rolę względem muzyki, a on sam prawie nigdy nie komponował piosenek do gotowych słów – to po pierwsze. A po drugie – nagrał przecież mnóstwo przebojów instrumentalnych – żeby wspomnieć tylko „Wspomnienia z pleneru”, „Taniec w słońcu” czy doskonale znane z czołówki „Teleexpressu” „Bez ograniczeń energii”. Mało kto wie, że w archiwach Radia Gdańsk plącze się zabawna wersja „Tańca w słońcu” ze słowami wyjętymi z wiersza bodaj Władysława Broniewskiego. To dowodzi tylko tego, że Łosowski rzeczywiście teksty napisane do utworów Kombi traktował drugorzędnie. No i mówi o swoim zespole, że jest jedynym z nielicznych w tym kraju, który ma odwagę grać na żywo również muzykę instrumentalną – i to przez jedną trzecią czasu trwania koncertu!

Dyskusje o piosenkowych rudymentach rozcieńczały anegdoty. Krzysztof Dzikowski wspominał, jak na cześć jego piosenki „Anna Maria” nazwano żeńskimi imionami młoty pneumatyczne do drążenia tunelu pod Metro Warszawskie. Gaszyński opowiedział z kolei, jaki los spotyka czasem wielkie przeboje, a mianowicie, jak ludzie robią z nich własny użytek. Podał przykład „Snu o Warszawie”, który kiedyś usłyszał w alternatywnej wersji – zupełnie innej od oryginału oraz intencji autora. Po nowemu leciało to tak: „Mam tak samo jak ty / Dwa promile we krwi…”.

Był również czas na ekspiacje. Marek Kościkiewicz – występował niejako w podwójnej roli: autora tekstów i autora muzyki – przyznał, że kilku napisanych wersów do tej pory się wstydzi, ale na tak powierzchownej recenzji swojej twórczości poprzestał, więc nie dowiedzieliśmy się, które przeboje miał konkretnie na myśli. Chyba nie „Statki na niebie”, bo tu się czai kawał poezji – te kobiece kapelusze przypominające metaforycznie ujęte chmury nad Juratą…

Gwiazdą wieczoru była jednak Jolka Marka Dutkiewicz. Nie, nie – nie we własnej osobie. Ale i tak przykuwała uwagę publiczności zgromadzonej w kinie. Autor przyniósł ze sobą butelkę grejpfrutowej wódki obrandowanej szlagwortem słynnej piosenki. Na tak śmiały alkoholowy pomysł wpadł nieobecny tego wieczoru kompozytor Jolki – Romuald Lipko. Lider nieistniejącej już Budki Suflera postanowił wyprodukować linię napojów wyskokowych firmowanych słynną piosenką (podobno jest też piwo „Za ostatni grosz”). „Jolka” – przekazywana jak gorący fant z rąk do rąk – szybko została rozprawiczona. Krzysztof Dzikowski spontanicznie jej zasmakował, otwierając butelkę i przechylając cześć zawartości do gardła. Prowadzący spotkanie Artur Wolski skomentował to następująco: Krzysiu, właśnie objąłeś ustami Jolkę.

Nic bardziej rockowego już się tego wieczoru nie przydarzyło. Jolka została skonsumowana. Lepszej puenty wieczoru nie można było wymyślić. Może tylko warto dodać, że wartość piosenki da się zmierzyć nie tylko ilością jej emisji w radiu, ale też za pomocą wskaźników procentowych…

Konrad Wojciechowski
Fot. Mirosław Kilijańczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *