Metale szlachetne – nie przebojowe

Słucha ich mnóstwo fanów w Polsce i za granicą, mimo że oni wcale nie nagrywają przebojów. Nie ma ich również w radiu ani w żadnych notowaniach letnich hitów, ale frekwencja na koncertach jest wysoka, a płyty dobrze się sprzedają, choć to muzyka ekstremalnie trudna w odbiorze. Gdzie tu sens, gdzie logika?

Pisząc te słowa słucham nowej płyty Behemotha „Messe Noir”, która trafiła w moje ręce kilka dni temu. Oho, będą kłopoty – pomyślałem, zabierając się do słuchania. Warto by mimo wszystko zrecenzować nowe dzieło Nergala i spółki – przebiegła mi przez głowę kolejna myśl. Ale jak się zmierzyć z tą nieprzystępną materią, plątaniną ostrych dźwięków popędliwie mknących donikąd? Czy spod tej sterty riffów wygramoli się choćby jeden jasny refren, jakaś zabłąkana melodyjka?

Rozmawiałem kiedyś na ten temat z Nergalem, przy okazji premiery albumu „The Satanist”. Wcześniej pojechałem na przedpremierowy odsłuch albumu i trochę żałowałem, że nie zabrałem ze sobą zatyczek do uszu, bo – nie ukrywam – przydałyby się w newralgicznych momentach. Riffy o mocy młota pneumatycznego wystrzeliwane z prędkością pocisków z karabinu maszynowego sprawiły, że ta uczta muzyczna zamieniła się w dotkliwą pokutę. Przy takiej muzyce łatwiej żałować za grzechy.

Muzyka ekstremalna wydaje mi się dzisiaj coraz bardziej przyjaznym medium. Jej oczywistość i przewidywalność jest przerażająca. Black metal sprowadza się do głaskania tygrysa przez kratę w zoo. Bardzo mi zależało, aby zabrać tego zwierza z powrotem do lasu; żeby znów pokazał kły. Pracując nad płytą chodziło o przywrócenie faktora niebezpieczeństwa muzyce Behemotha – powiedział mi wówczas Nergal, kiedy – trochę naiwnie – zapytałem go, czy w tym hałasie jest metoda?

Posłuchałem „The Satanist” kilka razy i trochę się przekonałem to tego metalowego łomotu. Ale czy za sprawą muzyki? Chyba jednak nie. Raczej zaimponowała mi erudycja Nergala i jego śmiałość (bezczelność?) artystyczna. Utwór „Ora Pro Nobis Lucifer” jest odważną parafrazą fragmentu modlitwy „Zdrowaś Maryjo”, z tą różnicą, że frontman Behemotha prosi o wstawiennictwo u Lucyfera, który ma „modlić się za nami” grzesznymi. W „In The Absence Ov Light” Nergal cytuje w oryginale Witolda Gombrowicza i dramatycznym głosem wyraża chęć zobaczenia człowieka zamiast kolejnych bogów.

Co poza tym? Jedna wielka muzyczna sieczka? No jednak niezupełnie. Riffy są świdrujące i powodują palpitację serca, ale w kilku miejscach muzycy mimo wszystko dowiedli, że poza hałasem ważna jest też finezja – vide finałowa solówka w tytułowym „The Satanist” czy kapitalna, naprawdę mistrzowska, partia gitarowa w „Messe Noire”, pozwalająca odpocząć słuchaczowi od uciążliwego walenia w perkusyjne gary, demonicznego growlingu i hałaśliwie rozgadanej gitary rytmicznej. Czyli jednak można?

Koncert Behemotha

Sęk w tym, że Nergal nie zamierza się wpisywać w mainstreamowy nurt, choć stał się osobowością bardzo medialną, a dla niektórych wręcz celebrytą, ponieważ partnerował Dodzie w życiu prywatnym,  dlatego jako muzyk bardziej pasowałby do repertuaru z pogranicza lekkostrawnego popu i rocka niż do najostrzejszych odmian i tak ostrego metalu. Forma jest brutalna, dla większości niezrozumiała, nie do strawienia. Zdaję sobie z tego sprawę, ale to się nie zmieni, bo jestem bezkompromisowym artystą. To co podoba mi się w sztuce to fakt, że ona rządzi się swoimi prawami i głośno śmieje się z naszych, ludzkich praw. Nie będzie się nad nami użalać ani z nami liczyć. Prawdziwa sztuka powinna stawiać odbiorcę w niekomfortowej sytuacji – tak mi to klarował Nergal.

Nowa płyta Behemotha „Messe Noir” to przede wszystkim zapis koncertów grupy z warszawskiej Progresji oraz czeskiego festiwalu Brutal Assault, do tego pakiet kilku wideoklipów, no i cały materiał z „The Satanist”, ale nie w wersji studyjnej, tylko oczywiście live. czyli coś, co sympatycy black metalu lubią najbardziej. Oni – nie ja.

Ale podczas słuchanie „Mosse Noir” nawiedziła mnie inna natrętna myśl. Czy da się z tej muzyki, z całego dorobku Behemotha, wyłowić, powiedzmy, jeden kawałek, który jest sztandarową pieśnią Nergala i spółki? Takim evergreenem? Numerem jeden, przed którym pada się na kolana? Nie przebojem, ale utworem o dużym ciężarze gatunkowym? I czy – idąc tym tropem – da się powyłuskiwać takie perełki u innych ekstremalnych metalowców reprezentujących polską scenę?

Z tym pytaniem udałem się do znanego dziennikarza muzycznego, który takiej muzyki słucha i ma – tak mi się wydawało – bezbrzeżną wiedzę na temat wszystkich istniejących odmian metalu. Kolega już jednak na wstępie ostudził mój entuzjazm tropienia „przebojów” tam gdzie ich nie ma. To nie jest kultura singlowa – rzekł ze z wyższością w głosie. Niestety zadanie wyraźnie go przerosło, bo na podpowiedź, wskazówkę, gdzie i czego szukać, nie mogę się doczekać już od kilku tygodni.

Poratował mnie inny znajomy, który też robi w branży metalowej i jest na bieżąco z nowinkami. Kiedy dowiedział się, że szukam w tej ekstremalnej muzyce czegoś w rodzaju przebojów, ruszył mózgownicą i dość szybko ułożył własną typologię ważnych kawałków polskiego metalu. Behemoth – „Chant For Ezkaton 2000”. Vader – „Dark Age”. Decapitated – „Spheres Of Madness”. Acid Drinkers – „Pizza Driver” albo „I Fuck The Violence”. Mógłby jeszcze długo, ale tych kilka typów mi zupełnie wystarczyło. O Kata nie pytałem, bo to akurat wiem, że „Ostatni tabor”.

Album „Messe Noir”

Wiem jak nagrać płytę skazaną na komercyjny sukces, ale bardziej interesuje mnie wejście do ciemnego pomieszczenia. Podnieca mnie nieznane – powiedział mi wtedy Nergal, tłumacząc w ten zawoalowany sposób, dlaczego nie nagrywa przebojów i nie babrze się w muzyce o lekkiej, łatwej i przystępnej. No dobrze – nie do końca tak jest. I on dał się uwieść na pokuszenie. Mam na myśli ubiegłoroczny projekt Me And That Man i nagrany pod jego egidą album „Songs Of Love And Death” z Johnem Porterem. Płyta zrobiona pod Nicka Cave’a nie rzuciła na kolana recenzentów. I słusznie, bo nie było to nic odkrywczego. Ale nie w tym rzecz – rzecz w wokalu Nergala, który jako wokalista śpiewający lżejsze piosenki na styku bluesa, rocka i country wypadł bardzo blado, momentami wręcz nieporadnie, a nawet karykaturalnie. A kiedy wychodzi na scenę z Behemothem albo nagrywa z tym zespołem nową płytę, efekt jest jednak piorunujący. I mówię to ja – który tej ekstremalnej muzyki nie czuje, nie kuma i nie przecenia.

Jaki z tego wniosek? Nie trzeba robić przebojów, być refrenistą, nagrywać jedną pościelówkę za drugą, aby mieć swoją (wcale nie taką znowu małą i niszową) widownię. Pewnie nigdy nie polubię muzyki Behemotha, ale jeśli mam do wyboru blackmetalowego Nergala lub country’owego Nergala, zdecydowanie opowiadam się za tym pierwszym. Nawet za cenę braku przebojów.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *