Nowojorczyk, który śpiewa po polsku

 

Większość polskich piosenkarzy marzy o karierze na zachodzie. A najlepiej w Stanach. Mało który Brytyjczyk czy Amerykanin przyjeżdża do Polski z myślą o nagraniu tutaj płyty. A Nick Sinckler wyprowadził się z Nowego Jorku, osiadł w Warszawie i właśnie przygotował album z piosenkami, które śpiewa po polsku!

Można by rzec, że Nick to socjologiczny fenomen. Przyleciał do Warszawy z Nowego Jorku z przesiadką w Monachium jedenaście lat temu i tak mu się u nas spodobało, że postanowił zostać. Ktoś powie, że zaważyła zimna kalkulacja, bo pewnie nie miał szans zostać w Stanach wybitnym singer-songwriterem, gdyż tam aż roi się od kandydatów na idoli, którzy nie chcą aby budzić ich z amerykańskiego snu. Sinckler miał po prostu inne marzenie, a kiedy znajomy poradził mu przyjechać do Polski, bo tam brakuje takich wokalistów jak on, dwa razy nie trzeba mu było tego powtarzać. Uznał, że Polska może być dla niego takim rajem, jakim dla wielu polskich artystów jest Ameryka. Trochę trudno w to uwierzyć, bo tutaj nie ma tych możliwości, co tam. Ale z drugiej strony, czy ktoś zna wielu Amerykanów śpiewających w naszym języku ojczystym? No właśnie…

Amerykanin w Warszawie – to brzmi bardzo egzotycznie. Na pewno dużo bardziej niż Anglik w Nowym Jorku – jak śpiewał o sobie swego czasu Sting. Takich karier, jak ta Nicka, nie było nad Wisłą zbyt wiele. Od razu przypomina się inny niecodzienny przybysz z lepszego świata – mianowicie (też muzyk) John Porter, który przyjechał do Polski i zamieszkał tu w drugiej połowie lat 70., czyli jeszcze wówczas gdy Europa była podzielona według zimnowojennych reguł na cywilizowany Zachód i dziki Wschód, a Polska leżała w tej drugiej strefie wpływów. O motywacjach przyjazdu Portera powiedziano i napisano już wiele – że pracował dorywczo w amerykańskiej bazie wojskowej w Berlinie Zachodnim i skusiła go oferta tanich wakacji w Polsce. Albo że włóczył się z gitarą po berlińskich ulicach i grywał w podziemiach metra, gdzie został wypatrzony i przywieziony do Polski jako ciekawostka przyrodnicza.

John Porter

Fakt faktem John przyjechał i osiadł w Polsce. Nie znał naszego języka, ale to nie przeszkadzało mu w robieniu kariery. Występował we wczesnym Maanamie, założył własny Porter Band, który zapalił zielone światło dla muzyki rockowej w Polsce, na które załapały się i Maanam, i Perfect, i Lady Pank, i cała reszta rockowego boomu lat 80. A kiedy moda na Portera zaczęła mijać, John nie wrócił do rodzinnej Walii, tylko próbował się odkuć. I to mu się za czas jakiś udało – związał się nie tylko artystycznie z Anitą Lipnicką i dwadzieścia klika lat po przylocie do Polski odniósł największy sukces komercyjny w karierze – płyta „Nieprzyzwoite piosenki” zyskała status platynowej.

John się zasymilował. Wrósł w naszą branżę muzyczną, zakochiwał i odkochiwał w Polkach, nauczył płynnie mówić po polsku, ale jednak cały czas woli śpiewać po angielsku. Bariery językowej w piosenkach nie udało mu się pokonać.

Rozmawiałem parę razy z Johnem, więc była okazja zapytać, dlaczego nie zdobył się na odwagę śpiewania po polsku. Tak mi to tłumaczył: Używam tego języka na co dzień, ale nie odważyłbym się inaczej zaśpiewać na płycie, bo jak raz spróbowałem, to wyszło fatalnie. Poza tym odebrałbym wyraz mojej muzyce, udawał siebie. Nie chcę śpiewać pustych fraz, które może i fajnie brzmią, ale nie niosą za sobą żadnego znaczenia. Polski niby nie sprawia mi trudności, poznałem już tę mentalność, ale często muszę dwa razy pomyśleć, zanim się wysłowię.

Zastanawiałem się, jakie to ma dla Johna konsekwencje artystyczne? Czy to, że nie śpiewa po polsku dyskwalifikuje go z grona medialnie pożądanych artystów? Przecież co drugi polski piosenkarz – oczywiście z różnym skutkiem – usiłuje wmówić wszystkim siedzącym po drugiej stronie szklanego ekranu, że ma anglosaskie korzenie. I mówi o tym głośno, nawet jeśli ma akurat niewiele do powiedzenia. Niewiele więcej poza „ I love you” czy „I miss you”. W pewnym sensie nie istnieję w muzyce rockowej – mówił mi Porter. Śpiewam nawet w jednej piosence: „I was never really there”, czyli „nigdy mnie nie było”. I gdy patrzę na polską branżę, to wrażenie się we mnie tylko pogłębia. Ale może nie powinienem się dziwić? Przecież śpiewam w obcym języku, a polskie media promują głównie artystów władających ojczystą mową. Z drugiej strony słyszałem zespoły, które łamaną angielszczyzną robiły furorę w radiu. Moich utworów brak na playlistach, mimo że władam angielskim bez zarzutu. To taki paradoks. Ten kraj jest pełen podobnych absurdów.

Nick jest w zupełnie innej sytuacji. Dopiero buduje swoją karierę. I robi to w sposób bardzo przemyślany. Przez te 11 lat dobrze poznał polski rynek – występował z Karimem Martusewiczem, nagrywał z Kayah, śpiewał w chórkach u Natalii Kukulskiej. No i nauczył się nie tylko mówić po polsku, ale także śpiewać w tym piekielnie trudnym dla obcokrajowców języku.

Ciągle robiłem rzeczy po angielsku. Wydałem kilka singli. No i fajnie. Ale potrzebowałem większego zainteresowania ze strony polskiej publiczności. Jedyny sposób – nagrać płytę po polsku. Pytałem ludzi z branży, co sądzą o tym pomyśle. Odradzali mi: „Nie, po co po polsku? Lepiej brzmisz po angielsku. Polski to trudny język”. No dobrze trudny, nie oznacza niemożliwy do nauczenia – tłumaczył mi Nick.

Nick Sinckler

Tak powstała płyta o roboczym tytule: „Jedenaście piosenek na jedenaście lat spędzonych w Polsce”. Nick śpiewa o pojednaniu ze starszą kobietą w sklepowej kolejce, która wzięła go za obcego i nie szczędziła kąśliwych uwag. Śpiewa również, że lubi zakonnice, co jest wyznaniem śmiałym i niepopularnym, więc także z tego powodu skupia na sobie uwagę mediów (chyba jedną znaną polską piosenką, w której epizodyczną, choć charakterystyczną rolę zagrały zakonnice, była „Jolka, Jolka – pamiętasz” Budki Suflera). A przy okazji piosence o dziewczynach w habitach uczy cudzoziemców stawiających pierwsze kroki w polskiej rzeczywistości, jak odmieniać czasowniki przez osoby! Kapitalny pomysł! I doskonała zagrywka PR-owa!

Nick nie jest jeszcze krasomówcom, ale pewnie wszystko przed nim. Ma zresztą sztab ludzi, którzy polerują wszystkie błędy stylistyczne, podrzucają nośne zwroty, czuwają aby piosenki Sicklera nie były odklejone od tutejszych realiów. Bo ja piszę w stylu: „Ja lubię cię” – śmiał się Nick, kiedy zapytałem go o źródła talentu literackiego. Macie bardzo bogate słownictwo – wystarczy posłuchać piosenek Grechuty czy Jantar. Mam nadzieję, że kiedyś też tak będę pisał.

Porter dochował sie swojej publiczności i już nigdy nie zaśpiewa do pustych welurowych foteli. Nick jest artystą na dorobku, ale nie zmarnował tych jedenastu lat w Polsce. Ludzie chcą słuchać jego piosenek – nie tylko wtedy, gdy śpiewa koncerty w Harendzie wyłącznie dla fanów George’a Michela. Któregoś razu zatrzymała mnie policja – opowiadał Nick. Jeszcze nie mówiłem płynnie po polsku. Policjant do mnie: „Dokumenty poproszę?” Pokazałem prawo jazdy amerykańskie. „Pan szybko jechał”. „Co?”. „Pan szybko jechał”. „Co?”. „Pan szybko jechał”. Tłumaczyłem łamaną polszczyzną, że spieszę się do hospicjum na Ursynowie, bo ludzie tam umierają, a ja muszę dla nich zaśpiewać, zanim spotkają się z Bogiem. „Aha… Slow down!” – wyrecytował stróż prawa [śmiech]. Kiedy dojechałem na miejsce, jedna z pań była niepocieszona. Mówiła, że miałem być pół godziny temu. „Miałam dziś ciężką noc, nie wiedziałem, czy pana jeszcze zobaczę. Gdzie pan był, gdzie pan był?!” Zacząłem się tłumaczyć i przepraszać. A ona do mnie: „Nie przepraszaj – śpiewaj!” [śmiech].

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *