Talenty czekają w koszu na śmieci

Kilka dni temu poznaliśmy kolejnego zwycięzcę konkursu w śpiewaniu cudzych przebojów o nazwie „The Voice Of Poland”. A właściwie zwyciężczynię. Tylko czy na Martę Gałuszewską rzeczywiście czekała cała Polska? A skąd! Czekała jedynie duża wytwórnia płytowa, która ani nie szuka, ani nie słucha młodych talentów. Bierze gotowców z telewizji.

Oglądając zmagania w śpiewaniu, dla urozmaicenia sobie sobotnich wieczorów, mimo wszystko odetchnąłem z ulgą. W ostatecznej rozgrywce mógł przecież wygrać faworyt Piaska. A Michał Szczygieł był zdecydowanie najmniej przekonujący z całej czwórki finalistów: jedyne co potrafił do reggae’owo melorecytować tekst. Nie od dziś jednak wiadomo, że murowani faworyci – wszystko jedno: w sporcie czy w muzyce – nie zawsze wygrywają. Tam gdzie w grę wchodzi wielka kasa, wygrywa ten, na kim da się tę kasę zarobić. Może nie trafiać czysto w dźwięki – ważne, żeby trafiał do serc tych, którzy wysyłają SMS-a, dają lajki na Facebooku i plączą się gdzieś z selfie stickiem gotowi sforsować kuluarową kotarę w celu ugrania choćby jednej foki z gwiazdą.

Rok temu „The Voice Of Poland” wygrał człowiek Piaska – Mateusz Grędziński. Im śpiewał gorzej, tym lepiej rokował. I piął się szczebel po szczeblu w konkursowej drabince katapultowany przez pryncypała do ścisłej czołówki. Internet oszalał na punkcie nowego idola, ale wcześniej ogłuchł na czas ogłaszania werdyktu. Teraz Grędziński nagrał singla, zaraz zrobi dużą płytę i jeszcze większą karierę. Niebawem o nim usłyszymy. A co gorsza jego przeciętny głos. Na miejscu Mateusza mógłby być ktoś inny, ale przecież o być albo nie być na scenie nie decyduje kryterium muzyczne. Duże wytwórnie nie szukają młodych talentów. Przychodzą na gotowe.

Wiem, co mówię, ponieważ przekonałem się na własne oczy. Któregoś razu jak zwykle przyjechałem do jednego z „mejdżersów” na wywiad. Miałem się spotkać z jednym z artystów, ale ten długo nie przyjeżdżał. Mój serdeczny kolega, który pilotował rozmowę z ramienia wytwórni, poprosił, żebym poczekał w gabinecie nieobecnego w tym czasie dyrektora. Wchodzę do pokoju szefa, a po podłodze wala się sterta kopert. Co to jest? – pytam zaciekawiony. A to… To płyty demo nadsyłane przez debiutantów – machnął ręką od niechcenia kolega. I to tak będzie tu leżeć? – drążyłem temat. Dopóki ktoś tego nie posprząta – odparł kumpel trochę zirytowany moją dociekliwością. Myślę sobie, gram dalej w tę grę, bo zaczyna się robić ciekawiej: Do kosza? Tak bez przesłuchania? Kolega: A kto by sobie tym głowę zawracał. Mamy przecież gotowe formaty z telewizji.

Spóźniony artysta w końcu dojechał. Miał to szczęście, że z racji stażu i dokonań w branży nie musiał ani stawać w szranki w telewizyjnych odłowach talentów, ani – co gorsza – naiwnie napraszać się dużemu wydawcy, który szarego debiutanta i jego ambicje artystyczne przechowuje w kuble na śmieci.

Ale nawet śpiewającym formatom telewizyjnym nie zawsze pisana jest kariera w niesłabnącym blasku reflektorów. Poznałem osobiście kilkoro laureatów „The Voice Of Poland”. Różnie im się wiodło po zwycięstwie w programie. Bo co innego tłuc znane covery, a co innego wydobyć z siebie autorski skowyt.

Przytaczam słowa, które kilka lat temu usłyszałem od Damiana Ukeje: Pokazałem piosenki, który zrobiłem z zespołem [mowa o Fat Belly Family – szczecińskiej grupie, w której wcześniej śpiewał Ukeje], ale wytwórnia nie była przekonana. Roiło się od klopsów aranżacyjnych. Rozmawiałem z Michałem Grymuzą o współpracy. Usiedliśmy nad nagraniem zespołu, i co chwila słyszałem, że tu jest błąd, tam mogłoby być lepiej, a tego w ogóle być nie powinno. Byłem zdołowany. Puściłem od niechcenia własny materiał i Grymek dostrzegł potencjał. Przegadałem sprawę z chłopakami. Ktoś musiał założyć spodnie. Albo ja, albo nikt z nas.

Damianowi się w sumie udało. Pierwsza płyta – „Ukeje” – bardzo rockowa, eksponowała jego mocny głos. Druga – „UZO” – naprawdę wspaniała: smaczna, finezyjna, zwiewna, soulowa. Tylko nie ma przebojowego potencjału. Ale takiej muzyki, ciekawie zaaranżowanej, chce się słuchać więcej.

Chyba do tej pory pod górkę ma Natalia Sikora (wygrała drugą edycje „The Voice Of Poland”), która nie chce schlebiać telewizyjnym gustom. Chce robić sztukę przez duże „S”, czyli musi borykać się sama, bez patronatu „mejdżersa”.

Tak wspominała Natalia swoją przygodę z programem i to, co było później, w rozmowie z naszym portalem: Może ze trzy razy tak się zdarzyło, że proponowano mi w danym odcinku piosenkę, która kompletnie nie zgadzała się z moim wyborem. Wtedy i tak robiłam wszystko, żeby wyszło na moje. Stosowałam prostą strategię – wiem, że moim obowiązkiem jest wyjść na scenę, ale co na niej zrobię, to moja sprawa. Presja pojawiła się przez moment podczas wydawania płyty „BWB”. Ale wytwórnia doskonale wiedziała, jaki mam plan na muzykę. Podjęła się ryzyka, za co jestem jej wdzięczna. A później zasugerowano mi nagranie utworów w duecie z gitarą. Zaprotestowałam – powiedziałam, że albo robię nowe kawałki z Voodoo Dog, którego teksty się wykluwały, albo płytę Old Breakoutu z piosenkami Miry Kubasińskiej. Stanęło na tym, że podaliśmy sobie ręce na pożegnanie. Ja wykazałam zrozumienie dla komercyjnych potrzeb wytwórni, a firma uznała fakt, że chcę dać pierwszeństwo swojemu artyzmowi. Bo moja muzyka bierze się z ducha, a nie z komputera.

Na innym biegunie show-biznesu jest Natalia Nykiel. Ona przegrała w programie z Sikorą, ale dziś jest na topie – kochają ją komercyjne radia i duża publiczność festiwalowa. Nie chciałam od razu startować z mocnym repertuarem. Zdaję sobie sprawę, że po przesłuchaniu tej płyty wielu ludzie będzie zdziwionych moimi piosenkami, bo przecież w „The Voice Of Poland” śpiewałam zupełnie co innego – mówiła mi Natalia Nykiel świeżo po nagraniu debiutanckiej płyty „Lupus Electro”. A puenta tamtej rozmowy była taka: Nie liczę na kokosy. Zdaję sobie sprawę, że na początku będę musiała więcej zainwestować niż wyciągnąć. Ta inwestycja zaczyna się dziś spłacać.

Nie wiadomo jak potoczą się losy Marty Gałuszewskiej. Trudno wyrokować, co się stanie z Grędzińskim. W jego singlowej piosence „Obietnice” internauci już dopatrzyli się niepotrzebnego… cytatu; chodzi o melodię na saksofonie pochodzącą z „Infinity 2008” Guru Josh Project. Inni wytykają kiepską produkcję i podczyszczane wokale.

Nad tekstem nawet nie ma sensu się rozwodzić, a tym bardziej pastwić. Piosenka Grędzińskiego jest banalna i naiwna. Jak wiara debiutantów spoza telewizyjnych układów, że duży wydawca upomni się o ich talent.

Konrad Wojciechowski

Dołącz do dyskusji

  1. Savalas

    Co ciekawe w wytwórniach hip hopowych jest tak samo. Dopóki raper nie zainwestuje mnóstwa swoich pieniędzy by przebić się i zdobyć bazę słuchaczy wyświetleń, lajków do tego czasu żadna wytwórnia go nie wyda. Chyba że jest znajomym już dziającego legalnie rapera. A niby to taka niezależna muzyka

  2. Tomek

    Trudno zgodzić się zwłaszcza z tytułem. Bo skąd wywodzą się Ania Dąbrowska, Ewelina Flinta czy Szymon Wydra. Dziś świetnie rokuje Ania
    Karwan. Sarsa ma już swoją pozycję, na koncertach słychać świetny głos Mateusza Ziółko. Wszyscy wywodzą się z Talent Show. Są lepsze i gorsze edycje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *