To trudna robota chcieć się podobać

Powyższe stwierdzenie padło z ust Zbigniewa Wodeckiego jako puenta naszej rozmowy, którą przeprowadziłem z Artystą niecałe dwa lata temu. Wyrwane z kontekstu może pobrzmiewać chełpliwie, ale tak naprawdę brzmiało nieco zachowawczo, a z całą pewnością skromnie.

Wodecki był akurat świeżo po… ponownym nagraniu swojej debiutanckiej płyty z zespołem Mitch & Mitch. I dobrze wiedział komu zawdzięcza artystyczny lifting. Za sprawą Mitchów jego ambitniejsze piosenki dostały drugie życie i wreszcie trafiły pod strzechy. Muzyk starszego pokolenia mógł na coś przydać się dużo młodszym kolegom, którzy dostrzegli w tych utworach niekłamany potencjał. Numery, które w epoce nie miały prawa stać się przebojami pokroju późniejszej „Pszczółki Mai” albo osławionych „Chałup”, doczekały się godnej prezentacji. Czy czegoś więcej powinien oczekiwać artysta, aby poczuć się spełnionym?

Nie możemy przesadzać z ilością koncertów, bo stanie się to komercyjne i przestanie być ciekawe. Niedługo znowu spotykamy się na scenie i… już się zaczynam bać. Wiem, że oni sobie poradzą, ale ja? To trudna robota chcieć się podobać – wyznał Pan Zbyszek podczas tamtej rozmowy. Ja też się wtedy zdobyłem na pewne wyzwanie. Nikomu o tym wcześniej nie mówiłem, że moja przygoda z muzyką zaczęła się wcale nie od Bacha, tylko właśnie od Wodeckiego – od śpiewania jego nieprzyzwoitej piosenki o nudystach gdzieś nad morzem przed plażującą publicznością, która miała niezły ubaw, że czterolatek śpiewa z takim przejęciem, de facto nie rozumiejąc o czym. Cóż, musiałem być nad wyraz dorosły, skoro nie brała mnie już wtedy Pszczółka Maja. W każdym razie były, ponoć, brawa i prośby o bis. Poczułem się showmanem i za takiego zawsze uważałem Wodeckiego – aż do czasu tamtej rozmowy, kiedy zrozumiałem, że prawda ekranu nie zawsze pokrywa się z prawdą na scenie. Przez wszystkie te lata robiłem karierę. Trzeba było walczyć o oglądalność, o bycie w telewizji, żeby pokazać gębę i nie wypaść z obiegu. Chciałem się utrzymać na powierzchni mętnej wody show-biznesu, zapominając że muzyka służy zabawie. Zabiłem w sobie radość z muzykowania, o której przypomnieli mi Mitch & Mitch – przyznał otwarcie mój rozmówca. I dodał, że z tandemu Wodecki-Macio Moretti to ten drugi jest Frakiem Zappą. A ten pierwszy? Zawsze stara się po prostu dobrze wypaść. Zazdroszczę mu tego luzu, bo ja ciągle chodzę zapięty pod szyję i staram się, jak na dyplomie, aby wypaść na piątkę.

Dzięki nagraniu płyty z Mitchami Wodecki przestał być zakładnikiem „Pszczółki Mai”. Sam rozdziawiałem usta ze zdziwienia, kiedy mówił mi, że strasznie kręciło go „Spinning Wheel” Blood Sweat And Tears, a riff z numeru „Opowiadaj mi tak” był zainspirowany graniem w stylu Tower Of Power – zespołu mimo wszystko bliższego estetyce soul, jazz czy funk niż prosty, strawny, uładzony pop, którego Wodecki też chyba nie był rzecznikiem ani zaprzysięgłym entuzjastą. Dziś ze słuchaniem muzyki jest tak samo jak z gapieniem się w obraz Bruegela. „Panie malarz, pan mi wymaluje chałupę na niebiesko, bo muchy siadają”. Ludzie nie znają się na malarstwie, nie czytają literatury i robią się coraz mniej czuli na muzykę. Wystarczy posłuchać jak nierówno śpiewają na meczach hymn narodowy albo jak w kościołach fałszują pieśni maryjne. Dobrze, że Matka Boska poszła żywcem do nieba, bo gdyby ją pochowano, to by się w grobie przewróciła, słysząc te wycia. Muzyki trzeba się nauczyć słuchać, nie wystarczy puścić sobie z radia i zatańczyć – to mimo wszystko zdumiewająca refleksja w ustach faceta, który został zatrzaśnięty w szufladzie z przebojami.

Wodeckiego już nie ma wśród nas, ale muzyka pozostała. A album „1976: A Space Odyssey”, który Pan Zbyszek nagrał z Mitchami jest doskonałym świadectwem tego, że nawet muzyka ambitna ma szansę stać się popularna. Być może taka właśnie była ostatnia wola Artysty.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *