Chojnacki: Mój pamiętny koncert

ROBERT CHOJNACKI O KONCERCIE DE MONO W SZCZECINIE W LISTOPADZIE 1990

 

A za oknami wiatr szalał

 

To była pierwsza trasa De Mono z prawdziwego zdarzenia. Byliśmy w uderzeniu, ludzie walili drzwiami i oknami, działo się dużo – niekiedy dużo dziwnego. Koncerty zaczynały się od piosenki „Światła i kamery”, której początek Marek Kościkiewicz grał sam w zupełnej ciemności, a świecił mu latarką ktoś z techniki. Ale w Rzeszowie ten ktoś się zawieruszył, spóźnił – w każdym razie go zabrakło – i Kościk spudłował pierwszy akord, drugi też mu poszedł bokiem, a trzeci okazał się zupełną wywrotką. Czyli i śmieszno, i straszno. Ja przez pierwsze trzy numery nie grałem, więc siedziałem w garderobie i się śmiałem, ale naród na widowni osłupiał.

Najwięcej działo się jednak niedługo potem w Szczecinie. Już przed koncertem – szczecinianki są ładne, dyskoteki fajne, a alkohol nad morzem nie smakuje źle – choć na samym koncercie też. Graliśmy w największej hali (z czerwonej cegły) miasta, która należała do stoczni, więc jeszcze stały nieuprzątnięte suwnice. Akurat padał pierwszy śnieg, a właściwie śnieg z deszczem, do tego wiatr wiał znad morza. Taka bardzo sympatyczna pogoda… Ludzi mnóstwo, więcej niż może pomieścić hala, ze cztery tysiące, stoją w tłumie w ścisku, w płaszczach, paltach czy kożuchach, co tam kto założył. I parują, co ma znaczenie. Robi się ciepło i bardzo wilgotno. W pierwszej części gramy głównie numery z pierwszej płyty, takie jak „Otoczony” czy – nomen omen – „Za oknami wiatr szaleje”, potem przechodzimy do tych z „Oh Yeah!”, na czele z „Moim miastem nocą” i „Rozstaniem bez słów” (gdzie wreszcie mogłem się trochę rozpędzić, bo grałem dwa razy więcej niż w oszczędnej aranżacji studyjnej). A tymczasem para na suficie się skrapla i tak gdzieś w dwóch trzecich, może trzech czwartych koncertu spada jak deszcz. I to też ma znaczenie, bo Andrzej Puczyński akurat wtedy pierwszy raz ściągnął stół mikserski Soundcraft, który przyjechał do Szczecina prosto z Berlina i stanął na scenie obok naszych paczek JBL. No i ten deszcz z sufitu spowodował, że nowiutka, świetna aparatura przestała działać. Działały tylko światła pozycyjne. Konsternacja. Dzisiaj taki koncert pewnie by został przerwany aż do przyjazdu służb naprawczych (które oczywiście zostały wezwane), ale akcja tej opowieści dzieje się przecież w innych czasach.

Atmosfera była niczym na wiejskiej zabawie – czyli albo dalej grajta, albo kasę zwracajta. Dlatego nie zeszliśmy ze sceny. Krzywy coś tam zagadał i koncert elektryczny zamienił się w koncert unplugged. Graliśmy dalej to, co mieliśmy zagrać, ale już akustycznie, a jeszcze zostało w programie parę numerów. Między innymi – chyba – „Zostańmy sami”, gdzie towarzyszyła nam Kayah oraz – to już na pewno (bo zawsze graliśmy je w finale) – „Kochać inaczej”. „Kochać inaczej” teoretycznie nie istnieje w wersji akustycznej, ale wtedy zaistniało. Bo musiało. Te akustyczne piosenki były z konieczności wykonane jak w oryginałach, a nie przearanżowane, no bo nie mieliśmy za dużo czasu na nowe aranżacje, prawda?

Po zejściu ze sceny baliśmy się, że to my spaliliśmy paczki, a w strachu utwierdzało nas wkurwienie Puczyńskiego – w końcu faktycznie, jak na zespół młodzieżowy przystało [śmiech], staraliśmy się dołożyć do pieca. Ale nie było czasu na roztkliwianie się, gdyż sami byliśmy mokrzy i od razu pojechaliśmy do hotelu celem przebiórki – zresztą Kurdupel [tak pieszczotliwie nazywano w zespole Andrzeja Krzywego] musiał trzy razy przebierać się już podczas występu.

Dodam, że służby naprawiające przyjechały do hali po zakończeniu całej imprezy, bo pierwszy tego roku śnieg sprawił, że miały gdzie indziej pełne ręce roboty.

 

wysłuchał Jan Skaradziński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *