Pamiętny koncert Dezertera

 

KRZYSZTOF GRABOWSKI O KONCERCIE DEZERTERA NA FESTIWALU W JAROCINIE W SIERPNIU 1984

 

 Głód i kurz

Muzyka punkowa wtedy znajdowała się w ofensywie, a że z przyczyn oczywistych nie było jej w radiu ani na płytach, koncerty w Jarocinie nie tylko wzbudzały ogromne zainteresowanie, lecz były wręcz świętem. Ludzie na nie czekali, my na nie czekaliśmy. Tym bardziej, że wtedy byliśmy zespołem młodym, początkującym.

Głód takiej muzyki spowodował, że sami uważnie oglądaliśmy występujące przed nami zespoły. Ale oglądanie stawało się z godziny na godzinę coraz trudniejsze. Żywo reagujący tłum wyrywał ostatnie kępki trawy z płyty – byłej płyty właściwie – stadionu, no a wiadomo, jaki jest efekt pogo na piachu. Kurz! Zrobił się taki kurz, że nie tylko utrudniał oddychanie na widowni, ale i granie na scenie, nie mówiąc o tym, że szkodził sprzętowi. Zwłaszcza, że tego dnia panował megaupał, utrzymujący się nawet o godzinie 20, o której w końcu wypadła nasza kolej.

Nadal było widno, więc nie tylko mogliśmy czuć, lecz wręcz widzieć wiszący w powietrzu piach. Ale że na skraju stadionu stacjonowała straż pożarna, a strażacy pełnili rolę ochrony, uznaliśmy, iż najlepszym wyjściem będzie zwrócenie się do nich o polanie klepiska. Fakt, nie uzgodniliśmy tego wcześniej, tylko po wspólnej naradzie Skandal zwrócił się bezpośrednio przez mikrofon, a Robert mu zawtórował. Cóż, byliśmy chwaccy, bezkompromisowi… Niestety, organizatorzy nas nie poparli. Rozgorzała dyskusja, podczas której usłyszeliśmy, że nie można uczynić zadość naszemu życzeniu, bo tuż pod ziemią leżą kable, więc polanie grozi spięciem i w efekcie stanowi zagrożenie dla publiczności. Argument zupełnie bezsensowny, no bo co w razie deszczu? A dyskusja szybko zamieniła się w zadymę, gdyż ludzie poczuli, że jesteśmy po ich stronie, więc opowiedzieli się za nami poprzez okrzyki, a także obrzucanie ziemią budki, w której siedziała obsługa konsolety i organizatorzy koncertu. Sytuacja była dynamiczna. Szybko wyłączono nam mikrofony, co tylko podniosło temperaturę sporu i nie dawało nam możliwości kontrolowania wkurzonego tłumu. W pewnym momencie dobiegł mnie za pośrednictwem odsłuchów perkusji głos z konsolety, że jeśli natychmiast nie zaczniemy grać, to zaraz będzie tu dwa tysiące ZOMO-wców, ukrytych w pobliskim lesie i czekających na sygnał. Dałem chłopakom znak, co się święci, i po krótkiej naradzie uznaliśmy, że chyba jednak trzeba zacząć, bo lepiej już zagrać nawet w tych warunkach, niż doprowadzić do zajść o nieobliczalnej skali.

Sam koncert w tej sytuacji musiał być niezwykły. Wściekłość widowni i zespołu nałożyły się na siebie, dlatego w powietrzu niemal było czuć „prąd”. Więc nie ma większego znaczenia, że nie wszystko działało jak należy, bo stopniowo, a nie od razu przywracano słyszalność poszczególnych instrumentów. Co zresztą oddaje kaseta, a potem płyta „Jeszcze żywy człowiek”. Zagraliśmy 26 piosenek, a dodatkowym smaczkiem był gościnny udział w specjalnie przygotowanym na Jarocin „Pasterzu” wokalisty TZN Xenny – Zygzaka.

Po zakończeniu spotkaliśmy się na zapleczu z Walterem Chełstowskim, który przed naszym koncertem prawdopodobnie był w hotelu i włączył się do dyskusji chyba dopiero w trakcie trwania zadymy (w każdym razie tak przypuszczam). I nie było to przyjazne spotkanie – pyskówka o mało nie przekształciła się w bijatykę, do dziś mam obraz Waltera i Skandala stojących przed sobą w pozie bojowej. Do bitki ostatecznie nie doszło, ale Chełstowski zapowiedział, że dopóki on zarządza festiwalem, Dezerter tutaj nie zagra. Słowa dotrzymał, bo do Jarocina wróciliśmy dopiero za Marcina Jacobsona w 1987 roku. Z Walterem spotkaliśmy się w Jarocinie w 2005 i uścisnęliśmy sobie dłonie, bo emocje dawno opadły i wszyscy nabraliśmy dystansu do tamtych czasów.

 

wysłuchał Jan Skaradziński
Fot. Robert Ochnio

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *