Pamiętny koncert Kasy Chorych

JAROSŁAW TIOSKOW O KONCERCIE KASY CHORYCH W WARSZAWSKIEJ STODOLE W PAŹDZIERNIKU 1980 ROKU

 

Zza żelaznej kurtyny

 

To był koncert nadzwyczajny nie tylko dlatego, że odbył się przy okazji konferencji prasowej, którą miał – jak to zapowiedziano – uświetnić. Chociaż więc sala Stodoły była zapełniona, znajdowało się na niej nie więcej niż sto, maksimum sto pięćdziesiąt osób, usadzonych przy rozstawionych stołach. A były to osoby z branży – dziennikarze, ViP-y, warszawka – zaproszone na konferencję pierwszy raz przebywającego w Polsce Johna Mayalla.

Koniecznie muszę wyjaśnić młodszym, nie mogącym pamiętać tamtych czasów, czym był przyjazd kogoś takiego jak John Mayall i czym była możliwość gry w jego obecności. A właśnie Mayall wprowadził nas – zwłaszcza Skibę i mnie – w świat bluesa (dokładnie pamiętam, jak Skiba puszczał mi przegraną jego płytę „Blues-Jazz Fusion”). Należy wiedzieć, że wtedy było zupełnie inaczej niż dziś i tacy muzycy z najwyższej półki do Polski właściwie nie przyjeżdżali, a jeśli już, to raz na długi czas. Więc to byli nie tylko bohaterowie czy idole – to byli półbogowie, ludzie z innej planety. Bo ciągle oddzielała nas od Zachodu żelazna kurtyna i nikt nie spodziewał się, że kiedyś spadnie…

To było coś więcej, niż dzisiaj zagrać przy Micku Jaggerze. Tak to widzę.

Dlatego przed tym naszym występem byliśmy zdenerwowani. Siedzieliśmy ze wzrokiem wbitym w pomalowane na ciemno ściany garderoby, starając się uniknąć światła ostro świecących z boku żarówek, a Skiba chodził podenerwowany z kąta w kąt. On zawsze przed wyjściem na scenę tak chodził, bo przeżywał koncerty całym sobą – ja zresztą podobnie, choć na zewnątrz tego nie okazywaliśmy. Ale wtedy Skiba okazywał.

Szczegóły samego koncertu zatarły mi się w pamięci, bo paradoksalnie nie on był najważniejszy. Pamiętam, że trwał jakąś godzinkę. Pamiętam emocje, grę z zamkniętymi oczyma, jakby w pewnym sensie automatyczną. Pamiętam, że wykonywaliśmy te same numery co zwykle, co tydzień wcześniej i tydzień później, a najmocniej utkwiła mi „Zgniła porzeczka”, bo mieliśmy świetną sekcję rytmiczną Kozioł-Domalewski, więc zwłaszcza ten numer szedł do przodu jak czołg (inne zidentyfikowane po latach elementy programu to „Blues bez pieniędzy”, „Szalona Baśka”, „Blues córek naszych”). Pamiętam, że z podświetlonej sceny nie bardzo mogłem dostrzec, czy Mayall faktycznie był na sali, a oczywiście to mnie nurtowało. Ale był – po koncercie wyszedł na środek, uścisnął nam wszystkim ręce, podszedł do mikrofonu i wypowiedział następujące słowa: „Excellent blues band behind iron curtain”. Wtedy nie znałem angielskiego, więc musieli mi przetłumaczyć, ale nawet gdybym znał – też by musieli. Takie emocje. Takie wrażenia. Zapowiedziałem, że przez tydzień nie będę mył rąk, a koledzy zapewnili, że oni tak samo.

Krótko mówiąc – byliśmy dumni i przeszczęśliwi.

Już po wszystkim, czyli po zejściu ze sceny, do naszego technicznego Anzelma – nie pamiętam, czy to było imię, nazwisko czy ksywka – podchodzili ludzie, w tym z ekipy Mayalla, i powątpiewali, czy graliśmy na żywo, ponieważ wszystko brzmiało niczym z płyty, czy wtedy raczej z taśmy (no bo płyty trzeszczały). Oczywiście graliśmy na żywo, ale cóż – byliśmy w formie…

Tak się złożyło, że Kasa Chorych nie zagrała w tej sławnej Stodole ani wcześniej, ani później. Zagrała tylko wtedy, na koncercie specyficznym, bo ani w roli gwiazdy wieczoru, ani supportu. Zagrała raz. Ale dla mnie wystarczy.

 

wysłuchał Jan Skaradziński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *