Pamiętny koncert Smolika

ANDRZEJ SMOLIK O KONCERCIE UPSIDE DOWN NA FESTIWALU W JAROCINIE W SIERPNIU 1993

 

Poranek w Jarocinie

Świnoujski Upside Down to nie był taki zwykły zespół. To był – jak na tamte czasy – zespół ciekawy, ambitny, poszukujący, stylistycznie otwarty. Grał muzykę melodyjną, śpiewaną po angielsku, do tego z elementami performancu, bo dochodzili tancerze, którzy występowali w sukienkach albo samych majtkach. Gdyby Upside Down należało określić przy pomocy odnośników, bez wahania wymieniłbym Velvet Underground i Lou Reeda, których utwory zresztą mieliśmy w swoim repertuarze. W każdym razie Upside Down to nie był zespół mainstreamowy, ale też – co okaże się dla tej opowieści szczególnie ważne – nie punkowy…

W każdym razie wierzyliśmy w jego przyszłość.

W tamtym czasie, czyli na początku lat 90., jeszcze żywy był mit festiwalu w Jarocinie jako miejsca, gdzie wydawano przepustkę do kariery, a już na pewno można było tam zostać zauważonym w szerszej, ogólnopolskiej skali. Stąd też starannie przygotowaliśmy kasetę zgłoszeniową demo, stąd ucieszyliśmy się, gdy na jej podstawie zostaliśmy zakwalifikowani do konkursu, stąd wiązaliśmy z tym konkursem nadzieję. Do tego stopnia, że załatwiłem sobie zwolnienie z obowiązkowych praktyk wakacyjnych w szczecińskim porcie, które tamtego gorącego lata odbywałem obligatoryjnie jak każdy student Szkoły Morskiej. Na miejscu skierowano nas na Małą Scenę, czyli do amfiteatru. Z takim limitem czasowym, że w naszym wypadku starczało go na zagranie nie więcej niż dwóch numerów. Co gorsza występowaliśmy jako pierwszy zespół podczas przesłuchań tego dnia. A przesłuchania rozpoczynały się o godzinie 9. Rano.

Był ciepły, typowo letni ranek.

Każdy, kto choć raz przyjechał do Jarocina, wie że tam życie zaczyna się nie wcześniej niż w południe. Do tego czasu trwa jedno wielkie odsypianie. Więc nie mógł słuchać nas nikt z jurorów ani żaden dziennikarz. Choć kiedy wyszliśmy na scenę, przez moment byliśmy zbudowani faktem, że amfiteatr jest pełny. Co się jednak szybko, zbyt szybko okazało – to były punki, które na ławkach amfiteatru urządziły sobie darmową noclegownię. Siłą rzeczy więc zgotowaliśmy im pobudkę. Zareagowali najpierw obrzucając nas zaspanym, niechętnym spojrzeniem, a zaraz potem – skoro nie przestawaliśmy wydobywać dźwięków – obrzucając nas butelkami po tanich winach, czyli szklanymi, czyli ciężkimi. Kilka nawet nadleciało w moją stronę sceny, jednak żadna nie trafiła w cel, czyli we mnie. Mimo wszystko jakoś udało nam się dobrnąć do mety, czyli skończyć przewidziane dwa utwory, choć bez opcji na bisy. No cóż, tamtego ranka chyba nie zyskaliśmy wtedy nowych fanów.

Zresztą może rzeczywiście performance z tancerzami w sukienkach rankiem na festiwalu rockowym dla chcących pospać punków nie był najlepszym pomysłem?

Po zejściu ze sceny staraliśmy się tego problemu nie roztrząsać, ale w naszych szeregach dało się odczuć zniechęcenie i rozczarowanie, a nawet przekonanie, iż cały wysiłek poszedł na marne. Pocieszyliśmy się możliwością oglądania tego dnia kapel występujących na stadionie, bo już nie chcieliśmy siedzieć w tym amfiteatrze, który kojarzył nam się źle. W każdym razie do dziś wspominam niezwykły występ zespołu Houk.

Po powrocie do domu dowiedziałem się, że akurat sprawdzono obecność na praktykach, czego skutkiem było karne wykreślenie mnie z listy studentów. No i tak siedziałem podwójnie zdołowany w domu, nie wiedząc co ze sobą robić. Ale po dwóch dniach zadzwoniła Monika Gawlińska z informacją, że Wilki szukają klawiszowca, oraz pytaniem, czy byłbym zainteresowany, bo Jacek Chrzanowski – którego znałem ze Szczecina – wspomniał jej o mnie w pozytywnym kontekście. Ale to już zupełnie inna historia.

Jednak na wszelki wypadek dodam jeszcze, że i Wilkom zdarzało się oberwać nadlatującą butelką, a Bruno Chrzanowski raz tak dostał w bark, że miał odprysk kości.

 

wysłuchał Jan Skaradziński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *