Ważny: Mój pamiętny koncert

JAROSŁAW WAŻNY O KONCERCIE KULTU W OSTRAWIE 22 KWIETNIA 2008

 

Do przerwy 1:6

Nie będę przesadnie oryginalny, jeżeli powiem, że koncertem, który najbardziej zapadł mi w pamięć, z różnych względów, był mój pierwszy występ z Kultem – w Ostrawie w kwietniu 2008 roku. To, że graliśmy w Czechach, wyszło za sprawą wokalisty Daniela Landy, który trafił podczas jednej z październikowych tras na koncert Kultu. Na tyle podniecił się atmosferą, że znalazł się w fosie razem z kolegami z naszej ochrony. Stał i łapał ludzi. Nie dowierzał, że w środku Europy mogą dziać się takie rzeczy, bo w Czechach, bądźmy szczerzy, takich osobliwości się nie spotyka. Klaskanie, wznoszenie niezbyt wulgarnych okrzyków – to jest mniej więcej taki poziom emocji, trochę jak u śpiącego Fina. W Polsce Landa spotkał się z szałem i crownsurfingiem. Zaprosił więc grupę Kult, by supportowała go w Ostrawie, Pardubicach i Pradze. W tamtym czasie był w Czechach półbogiem, a chyba do dziś ma status mega gwiazdy.

Mieliśmy do zagrania osiem numerów, czyli chrzest bojowy był dla mnie całkiem łagodny. O ile się nie mylę, były to „Wódka”, „Polska”, „Niejeden”,  „Do Ani”, „Krew Boga”, „Wolność” „Patrz!” i „Celina”. Pamiętny koncert zagraliśmy w ostrawskiej hali, gdzie na co dzień mecze rozgrywają hokeiści. Przyszło 15 tysięcy ludzi, bilety wyprzedane. Gdy Landa oznajmił, że jako support wystąpi grupa z Polski, już wtedy dało się wyczuć lekki chłód. Wyszliśmy na scenę. Mrowie ludzi. Nigdy nie grałem dla takiego audytorium w zamkniętym pomieszczeniu. Zaczęliśmy chyba od „Polski”. Nagle przywitały nas gwizdy i buczenie. Drugi numer – „Wódka” albo coś równie chwytliwego – jeszcze gorzej. W takim momencie do mojej głowy docierały dwa bodźce. Czy to reakcja na mnie, że gram tak fatalnie i ludzie to słyszą? A może wygwizdują wszystkich? Pojawiła się też trzecia myśl – czy to będzie już tak zawsze? Zdrowy rozsądek wziął jednak górę. Osiem numerów szło szybko.

Zeszliśmy do garderoby. Widziałem po kolegach, że miny mieli nietęgie, mając w głowach reakcję publiczności sprzed paru chwil. Przypominało to wszystko przegrany mecz stosunkiem 0:18. Nawet entourage sprzyjał takim przemyśleniom, bo backstage był zainicjowany w szatni, gdzie znajdowały się półki z nazwiskami zawodników. Brakowało jeszcze tylko trenera, który powiedziałby: „Panowie, trzymajcie się! Jutro gramy o wszystko, później o honor”. Tutaj wyglądało to tak, że schodzimy jak drużyna klasy B. Przegrywamy 1:6, a to dopiero 45 minuta. Chyba pierwszy raz usłyszałem wtedy od Grudy [Janusza Grudzińskiego – przyp. red.] zdanie, które lubi powtarzać: „O mamo! Zabierz mnie z tych kolonii”. Często rozmawiamy filmem. Mówimy „Misiem” czy ogólnie Bareją. W busie padło później: „Czort mnie podkusił z tym Ryśkiem, czyli z tą Landą, albo mi tam źle było. Tylko tu przyjadę, pieniędzy powydaję. Mogłem sobie w Przasnyszu pograć albo w Łomży”.

Nie przesadziłem z alkoholem, żeby odreagować pamiętny koncert w Ostrawie. Wszystko odbyło się kontrolnie, bo czekały nas kolejne występy. Gra na puzonie, kiedy ma się kaca, przypomina dmuchanie w trzonek od łopaty, więc z alkoholem trzeba być ostrożnym.

Przyznaję – przed pierwszym występem miałem tremę na maksa. Czułem, że popełniłem jakieś błędy, ale nie były one karygodne. Polegały na zasadzie niedogranej jednej nutki, albo pojedynczej, spóźnionej, która w grupie dziewięcioosobowej, przy jednym puzonie całości nie wypaczy. Raczej wynikały z zawodnej pamięci. Trzeba było przyswoić ponad 80 numerów w 2-3 tygodnie. Chociaż muszę przyznać, że mi było łatwiej. Wcześniej słuchałem Kultu, chodziłem na koncerty, więc siłą rzeczy znałem numery. Przynajmniej aranżacyjnie wiedziałem, co następuje po czym. Nie było kłopotu, choć gdy przyswaja się wszystko naraz, to czasem potrafi się pomylić mamę z tatą.

Negatywne reakcje spotkały nas później w Pardubicach i Pradze, ale szczególnie w Ostrawie to była jedna walka z gwizdem. Publiczność w Polsce i na Zachodzie na naszych koncertach na szczęście zachowuje się inaczej. Zdarza się, że ludzie nawet klaszczą [śmiech].

Po naszych występach w Czechach Landa spotkał się z nami. Faktem jest, że wyglądaliśmy trochę jak młodzieżowy zespół z domu kultury z Supraśla, który przyjechał na gościnne występy. Pasowaliśmy do niego jak kwiatek do kożucha. Jego koncert to była wielka produkcja. Sam Landa wkraczał na scenę w asyście ludzi w strojach paramilitarnych. Wychodził z tego spektakl prawie jak na Broadwayu. Co chwila zmieniający się muzycy, w oprawie akrobatki i połykacze ognia, brakowało tylko woltyżerki. Zupełna Ameryka. To było na maksa teatralne. Ja teatralności nie lubię. Wolę subtelności, najlepiej zupełny brak masek. Może byliśmy za bardzo ludyczni, że przyjęto nas tak chłodno? Choć tuż po nas grała grupa Walda Gang. To byli dopiero kolesie. Przebrani od Sasa do lasa. Jeden za Bawarczyka z Oktoberfestu, drugi za superbohatera z jakiegoś amerykańskiego komiksu. Wszyscy panowie 50 plus z zawiązanymi od czeskiego piwa brzuchami, z fryzurami w stylu krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie. My na ich tle byliśmy grupą wysublimowaną, powiedziałbym –  prawie cold wave.

 

wysłuchał Paweł Lewandowski

Dołącz do dyskusji

  1. Maciek

    Czesi z Ostrawy bardzo nie lubią Polaków. Myślę, że to był główny powód gwizdów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *