Artystka zmienną jest

Rozmowy z gwiazdami nie zawsze należą do lekkich, łatwych i przyjemnych. Dotyczy to zwłaszcza niektórych znanych wokalistek, które czarują śpiewem, a – co się zdarza – rozczarowują poza sceną.

Z Grażyną Łobaszewską spotkałem się w hotelowej restauracji Domu Chłopa na placu Powstańców Warszawy. W tym osławionym miejscu 50 lat temu Jerzy Kossela z Czerwonych Gitar ułożył słowa do najsłynniejszej piosenki wszystkich maturzystów. Mnie po raz pierwszy w hotelowe progi przywiało z okazji bankietu na cześć nowo wybranego starego prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Bankiet był osobliwy, bo zaproszono tylko cztery osoby, wśród których nie było bohatera wieczoru. Ani orkiestry. Ani kelnerów w stroju galowym. Ani suto zastawionego stołu. Tylko wódka, tatar i wymięte z przepicia spocone twarze lokalnych żurnalistów, którzy przyjechali do Warszawy knuć, liczyć głosy, a później opijać zwycięstwo swojej frakcji. A ja z nimi – jak śpiewały Elektrycznych Gitar: „Na krzywy ryj” – bo przecież tego dnia wstrzymałem się tylko od głosu, nie od kieliszka. Wyszedłem zniesmaczony zanim nastał świt, bo koledzy po piórze zaczynali raczkować w pijackim widzie. Kiedy Łobaszewska zaproponowała spotkanie w Domu Chłopa czułem się nieswojo – wciąż miałem w pamięci tamtą daleką od elegancji nasiadówkę, a teraz czekało mnie spotkanie z wielką damą polskiej piosenki – przy kawie i papierosie.

Pali pan? – zapytała z dyplomatyczną troską. Tylko cudzesy – odparłem zgodnie z prawdą, zaciągając się darowanym papierosem. Ja palę przy każdej okazji, zwłaszcza w trasie. Czuję się wtedy, jakbym była w domu – wyznała piosenkarka. Nasza rozmowa dotyczyła płyty „Przepływamy”. Łobaszewska wróciła na rynek z przytupem, chociaż nigdzie się nie wybierała. To żurnaliści przeoczyli jej istnienie. Aż nie chce mi się wierzyć, że wraca pani po 16 latach… – zagadnąłem. To taki chwyt marketingowy – wyjaśniła żartobliwie artystka. I tak wypłynęliśmy na szerokie wody rozmowy, prześlizgując się po tematach jak statek cumujący od jednego do drugiego portu. W czasie tej żeglugi nie mogło zabraknąć rozmowy o przepływaniu przez życie, co artystka skwitowała filozoficznie: Kierunek nie jest ważny, istotny jest ruch.

Półtora roku później zetknęliśmy się ponownie. Był grudzień 2013. Dostałem cynk, że artystka nagrała płytę z kolędami. Ona też? Przecież co święta piosenkarze „grają skocznie dzieciąteczku na lirze”. Spytałem Łobaszewską, czy ta piosenka jest pisana dla pieniędzy, co skwitowała, że imam się tabloidowych chwytów. Niezrażony brnąłem dalej: Czuje się pani specjalistką od śpiewania kolęd? (miałem na myśli jej wcześniejszy projekt z Mietkiem Szcześniakiem). Sam pan powinienem pójść do specjalisty! – fuknęła.

Poszedłem za namową. Lekarz napisał w karcie choroby: „uprawia dziennikarstwo specjalnej troski”. Specjalnej troski o polskie piosenkarki.

Podobną przygodę przeżyłem z Urszulą. Ale w tym przypadku życie napisało odwrotny scenariusz – najpierw zerwaliśmy stosunku dyplomatyczne, żeby je później dopiero nawiązać. Urszula po dłuższej przerwie wydała nowy album – „Eony snów”, więc pretekst do rozmowy był oczywisty. W obecności menedżerki udzielała odpowiedzi i nawet nie próbowała ukryć, że przyjemnie się dyskutuje. Tuż przed upływem terminu autoryzacji postawiła jeden warunek: Ten wywiad nie może się ukazać. Do dziś nie wiem, czego miałem nie wywlekać na światło dzienne? Fakt, rozmawialiśmy o seksie. Urszula była po lekturze „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, rekomendując tę pozycję (książkową!) wszystkim małomównym na tematy tabu facetom. Opowiadała też o wyprawie do Stanów w latach 80. i o tym, że nie tylko tam śpiewała, ale musiała dorabiać przegrywaniem kaset VHS z systemu Pal na Secam (albo odwrotnie) z zapisem zabaw weselnych, wysyłanych przez polskich emigrantów reszcie rodziny, która została w kraju. Naciskano, żebyśmy powtórzyli ten wywiad, ale odmówiłem, bo bałem się już pytać o cokolwiek. Za drugim razem poszło nam jak po maśle, choć nie obyło się bez odważnych wyznań: Ja dopiero przyzwyczajam ludzi, że muszą kupić na mnie bilet. Nie żartuję – naprawdę! Za dużo grałam darmowych letnich koncertów. Ale teraz to naprawiam! – zarzekała się Urszula.

A ja? Ja się ciągle nie mogę przyzwyczaić, że śpiewanie przez panie to inna śpiewka niż z paniami rozmawianie.

 

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *