Nielubiane przeboje… przez ich twórców

Są takie piosenki, które z trudem przechodzą wykonawcom przez gardło, ale muszą je grać i śpiewać. Bo – jak tłumaczą – często ludzie przychodzą na koncert ten jeden jedyny raz, właściwie tylko i wyłącznie dla tego konkretnego utworu. A że „nasz słuchacz – nasz pan”, artyści są zakładnikami swoich przebojów, chociaż woleliby ich nie wykonywać.

 

Halinie Frąckowiak nie wypada psioczyć na hity, które wylansowała, bo przecież to one utorowały jej drogę do karierę. Ale w przypływie szczerości przyznała mi się kiedyś, że bardzo broniła się przed zaśpiewaniem „Bądź gotowy dziś do drogi”. Czy ktoś wyobraża sobie koncert Pani Haliny bez tego evergreenu? Pani Halina – z pewnością, ale jej publiczność – niekoniecznie. Artystka bardzo się wzbraniała przed polubieniem wspomnianej piosenki. Miałam wrażenie, że to jest zupełnie nie moja stylistyka. Ale wtedy mój śp. mąż Krzysztof Bukowski powiedział: „Wiesz, że to będzie wielki przebój?” – wspominała piosenkarka. Utwór trafił ostatecznie na debiutancki krążek „Idę” Frąckowiak i stał się jej piosenką rozpoznawczą. Dlatego czasami warto posłuchać osób trzecich.

Dyplomatycznie skrywaną awersję do kilku hitów Perfectu ma także Grzegorz Markowski. A zwłaszcza do piosenki, bez której trudno wyobrazić sobie ten zasłużony dla polskiego rocka zespół. Dzielnie powstrzymująca się od łez „Ewka” nigdy nie była faworytką Grzegorza. To flama Hołdysa, który przemycił piosenkę trochę na przekór pozostałym kolegom i bardzo się jej wstydził, bo w wersji surowej, bez aranżacji, jeszcze przed nagraniem, brzmiała jak prościutkie country z pikniku w Mrągowie. Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że w ogóle trafiła na płytę. A prawda jest taka, że gdyby muzycy przed wejściem do studia Polskiego Radia dłużej zaciągali się papierosami, nikt nigdy o Ewce by nie usłyszał. Poszłaby z dymem.

Pamiętam spotkanie w warszawskim hotelu InterContinental. Siedziałem z Perfectem na zapleczu i przysłuchiwałem się zespołowej naradzie, jak bezpiecznie przewieźć samolotem gitary akustyczne na koncert do Ameryki, aby sprzęt po drodze się nie rozstroił. Markowski pobieżnie autoryzował długi wywiad, gdy nagle rzucił do mnie zrezygnowany: Zrób resztę za mnie!  Zaoponowałem: A co poczniemy z „Ewką”? Chyba nie chcesz publicznie powiedzieć, że nie lubisz jej śpiewać. Grzegorz odparł bez namysłu: To napisz, że ta piosenka nie jest wyzwaniem dla wokalisty. Trzeba mu to oddać – zachował się po dżentelmeńsku wobec damy.

Mało szarmancki okazał się znawca dziewczyn Jerzy Połomski, pogardzając długo bezpańską piosenką „Jej portret”. Zdecydowanie wolał pokpiwać ze zmiennej natury płci pięknej, przekonując opolską (i ogólnopolską) publiczność, że z kobietami to nigdy nie wiadomo niż pójść na randkę z pewną nieznajomą o nieodgadnionym wnętrzu. Cóż, miał wiele lepszych propozycji. Zagrałem mu tę melodię na próbie przed festiwalem w Opolu, ale go nie urzekła. Później tłumaczył się w wywiadach, że dookoła panował duży hałas i gdy grałem, nie wszystko dokładnie usłyszał – śmieje się po latach kompozytor Włodzimierz Nahorny. Zaśpiewania piosenki odmówił także Andrzej Dąbrowski, więc „Jej portret” trafił na dobre do Bogusława Meca i stał się de facto jego portretem.

Bywa że artyści do tego stopnia nie wierzą w daną piosenkę, że protestują przeciwko swojemu udziałowi w jej nagrywaniu. Wokaliście trudniej odmówić, bo zaśpiewać ktoś musi, ale w historii polskiego rocka zdarzały się przypadki, kiedy gitarzysta odłożył „wiosło” i demonstracyjnie wyszedł z sali prób, a później nie pofatygował się do studia. Coś więcej na ten temat mógłby powiedzieć Marcin Żabiełowicz – nieobecny podczas sesji nagraniowej „Teksańskiego” na debiutancki album Heya „Fire”. Gitarzysta odmówił nagrywania tego… (i w tym miejscu padła niekoniecznie cenzuralna wymówka), bo piosenka nie wyczerpywała jego ambicji artystycznych (wolał grać piosenki w duchu Alice In Chain). Wszystkie więc partie w tym utworze – z konieczności – dograł lider grupy Piotr Banach. Co ciekawe w paryskim klipie do piosenki to Żabiełowicz wykonuje „Teksańskiego” na gitarze. I nie wygląda na specjalnie przygnębionego. Po latach tamten upór nazywa głupotą. Bo w tym ambicjonalnym sporze rację mieli… sympatycy Heya, którzy do dzisiaj życzą sobie grania tej piosenki na koncertach.

Bardziej kategoryczni byli muzycy Variete. Właściwie wylansowali tylko jeden radiowy przebój – „I znowu ktoś przestawił kamienie”. Trójka się zachwyciła i piosenka przez 13. tygodni utrzymała się na jej Liście Przebojów. Natomiast beneficjanci tego splendoru… nagle przestali grać „Kamienie” na koncertach. Czasami, od wielkiego dzwonu, wykonywali ją na trzeci bis, aby udobruchać niezadowoloną część publiczności, ale nic ponadto. Strategia Variete była inna: „Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr”. Skupiano się na przyszłości, na jeszcze nienapisanych piosenkach. W konsekwencji zespół wiele razy schodził się, to znowu przestawał grać i do dziś ze zmiennym szczęściem walczy o słuchacza. Tego ambitniejszego, którego nie kręcą pospolite „Kamienie”.

Tak, tak, drodzy fani, wasi ulubieńcy miewają alergię na przeboje, które tak bardzo lubicie. Ale gdyby mogli cofnąć czas, to i tak by je nagrali! No, może coś by ulepszyli, poprawili, wykreślili, dopisali. Jak Wojciech Waglewski, którego pytałem o „Foltę zjednoczonych sił” – było, nie było jeden z najważniejszych kawałków Voo Voo. Usłyszałem, że ta piosenka ma jedną wadę, zawiera wers, który dziś wokaliście nie bardzo pasuje. Mowa o fragmencie „By razem zwalczyć niebezpieczny Styksu wir”. Wkurza mnie, jest nazbyt patetyczny – przyznał jego autor.

Cóż, niezadowolony artysta, to poszukujący artysta. Ale przecież liczy się zadowolenie fana – to on zmienia stacje radiowe w poszukiwaniu piosenek, które zna, szanuje i lubi.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *