Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Bardziej sad niż happy

Happysad, „Ciało obce”, Mystic 2016

 

W prywatnym świecie Happysad od czasu ostatniej płyty „Jakby nie było jutra” zaszły spore zmiany. Po tym jak do formacji dołączyli dwaj nowi muzycy, zespół rozrósł się do rozmiarów sekstetu i po raz pierwszy pracował nad nowym albumem „Ciało obce” w tak dużym składzie. Co ważniejsze zmianie uległa też muzyka, dryfując na skali samopoczucia zdecydowanie bardziej w stronę „sad”.Najpierw uściślijmy fakt dotyczący personaliów. Ta dwójka nowych to Maciej Ramisz i Michał Bąk, wcale nie absolutni debiutanci w Happysad, bo pracowali już przy poprzedniej płycie, ale wówczas byli doproszonymi gośćmi, a teraz są pełnoprawnymi członkami zespołu. Na ujazzowionym „Jakby nie było jutra” rolą Bąka było dobarwianie muzyki zagrywkami saksofonu, a Ramisza – obsługa klawiatur. I bardzo podobnie ich role rozłożyły się na nowej płycie, z tą różnicą, że nowi także dośpiewywali Kubie, wspierając go wokalnie, a Bąk dodatkowo ułożył dłonie na klawiszach w kilku numerach. Tym oto sposobem Happysad wypełniło sobie lukę spowodowaną brakiem klawiszowca, bo dwie płyty temu – na „Ciepło/Zimno” – było ich z konieczności aż… czterech, a gdzie kucharek sześć…Od samego początku Happysad opierało się jednoznacznościom, czego dowodził tytuł-manifest pierwszej płyty „Wszystko jedno”. Ta pozorna obojętność była symbolicznym woźnicą trzymającym dwie skrajności na wodzy i popuszczającym lejce, raz dając się wyszumieć niepoprawnemu optymizmowi wokalisty Kuby Kawalca i spółki, innym razem pogrążając cały zespół w minorowych nastrojach. „Ciało obce” to – jak przyznaje sam frontman – płyta trudna emocjonalnie zwłaszcza dla niego i jego kolegów. I rzeczywiście, od słuchania można się zdołować, bo jeśli uznać piosenkę za krótkie omówienie podglądanej rzeczywistości, łatwo dojść do przekonania, że ona na naszych oczach pochmurnieje, ale wcale nie jest temu winna. To my mamy klucze do tej kurtyny, za którą uciekło przed nami słońce. Z kolażu tekstów wyłania się obrazek nieszczęśliwego człowieka, który przestał czuć, kochać, dostrzegać piękno. Jest dyżurnym hejterem codzienności, której się boi, która go przytłacza i może rzeczywiście lepiej żeby nie wychodził z domu, skoro „ma zapałki, ma dynamit, a pod stołem ma pistolet”.Kawalec nie jest ewidentnie w dionizyjskim nastroju, chociaż usiłuje swój spleen przegryźć odrobiną parkietowego szaleństwa („Idę i będę tańczyć / Idę i będę się wić”), ale to też dobra mina do złej gry, bo to „chodzenie” zmienia się w „maszerowanie” na wyraźny znak generała. Mamy więc w tekstach na „Ciele obcym” bardzo delikatne aluzje do tego, co widać za oknem telewizora („Idę”), ale też bardzo dosadne, wręcz demonstracyjne analogie („Nie umiem kłamać”). Ale jest tu nie tylko o polityce, bo też o nałogach („Heroina”) i o braku uzależnienia od drugiego człowieka, który powinien mieć u nas najwyższe notowania („-1”, „Czwarty dzień”). Puenta płyty też nie jest podnosząca na duchu. Kuba antycypuje, co się może z nami stać, czy świat będzie jeszcze nasz i „jakie wywiesimy flagi nad każdym z naszych miast”. To nie jest pytanie do partii rządzącej czy opozycyjnej. Musimy sobie na nie odpowiedzieć sami…Skoro teksty nie dają pozytywnego bodźca, to muzyka – siłą rzeczy – powinna się z nimi sklejać. I taka… jest, to znaczy bywa, bo pewien eklektyzm został tu celowo zaprowadzony. Ażurowa, akustyczna ballada „-1” grana gdzieś wśród wysokich traw z cykającymi świerszczami, przepoczwarza się w szybką, porywistą „Dłoń”, która jest dopełnieniem zapowiadającej jej piosenki. Aż nogi same rwą się do tańca, tylko kto wytrzyma takie pogo? I znowu muzyka stygnie jak niewypita herbata, po czym bez pauzy zapowiadającej następny kawałek od razu dostajemy kolejny numer – oniryczne „Nie umiem kłamać”. Pomysł rezygnacji z dzwonka na przerwę powtarza się prawie przez całą płytę, dlatego „Ciała obcego” słucha się jednym tchem.Przeboje? Wśród pretendentów trzeba wymienić „Medellin” i docenić za bardzo melodyjny riff, który od razu wpada w ucho i na dłużej zostaje w głowie. Do tego dochodzą zespołowe zaśpiewy, które pewnie sprowokują publiczność do wspólnego skandowania. Oczywiście radiowy potencjał „Nagich na mróz” nie jest przesadzony, choć numer rozkręca się ewidentnie za długo – przez półtorej minuty! Czarny koniem list przebojów może zostać najbardziej rockowe w całym zestawie „Idę”. Ale nigdy nic nie wiadomo, wiadomo natomiast, że Happysad ma spory talent zarówno do pisania nośnych melodii, jak i do ich psucia – do niepotrzebnych zwrotów akcji i żenienia w jednej piosenki dobra ze złem (czytaj: dobrych riffów i refrenów z miałkimi pomysłami).Ale myślę sobie, że ta wiosna dzięki tej płycie nie zawsze będzie słoneczna.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *