Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Halo tu Natalia

Natalia Kukulska, „Halo tu Ziemia”, Wydawnictwo Agora

 

Natalia Kukulska kojarzona jest bardziej z nowoczesną niż oldschoolowo-tradycyjną muzyką pop, tymczasem nową płytę „Halo tu Ziemia” oparła na brzmieniach elektronicznych stylizowanych na lata dawniejsze.

„Halo tu Ziemia” tworzą taneczny elektropop z domieszką soulu „Let & Get Down”, soulujący „Marching Band”, ubrane w elektronikę formy iście musicalowe (np. „To za mało”) czy pastiszowe („Rekonstrukcja”, bo ona chyba nie na serio). Dawna Kukulska to sposób śpiewania – weźmy „Marching Band” – od którego uciec równie trudno jak zmienić charakter pisma. Co ma także takie znaczenie, że podgrzewa z natury zimną elektronikę, zapewniając swoistą „równowagę termiczną” całości.

Zastanawia mnie jednak, na ile Kukulska z przekonaniem podjęła nowe wyzwanie, przeprowadziła eksperyment świadomie, wykazała artystyczną odwagę – a na ile wykonała unik, zrezygnowała ze zmierzenia się z uniwersalną formułą przeboju w tradycyjnej postaci piosenki z atrakcyjnym canto i takim do bezwysiłkowego zanucenia refrenem. Do postawienia powyższego pytania skłania brak oczywistego, murowanego przeboju na tej płycie. W każdym razie ja takiego nie słyszę… Zresztą Kukulska eksperymentuje – czytaj: odchodzi od mainstreamu – przecież nie od wczoraj (czyli nie od poprzedniego „Ósmego planu”) i mniej więcej od takiego czasu funkcjonuje w muzycznym światku tak jakoś osobno. Czyli poczynania wokalistki od lat śledzą niemal wyłącznie jej stali obserwatorzy, a nie jak w latach 90. publiczność szeroka, by nie powiedzieć masowa. I nie wygląda, żeby taki elektorat się powiększył – połamana rytmika to cecha charakterystyczna albumu, która uniemożliwi potraktowanie większości piosenek użytkowo, czyli na parkiecie – choć kłopot może też być z osobnikami zainteresowanymi czymś mniej oczywistym, tymi z offu. Naprawdę może być kłopot, o ile już go nie ma.

„Ta płyta to poszukiwanie prawdy i ducha zarówno w płaszczyźnie muzycznej, jak i lirycznej. W wymiarze akustycznym i elektronicznym” – pisze Kukulska w książeczce (bardzo efektownej) albumu. Pisze mocno, nie bez przesady i nie bez patosu. Na szczęście tego patosu udało się jej uniknąć na płycie, a przynajmniej rozcieńczyć go wdziękiem, umiejętnościami wokalnymi (ten falset w „Kobiecie”!) i nie rozbijającym spójności zróżnicowaniem materiału.

Kolejne próby elektropopowe polskich wykonawców, których trochę już się zebrało, utwierdzają mnie w przekonaniu, że najbardziej udane były te najwcześniejsze, zwłaszcza dokonane przez Kombi w połowie lat 80. Kto i kiedy da więcej?

 

Jan Skaradziński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *