Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Lekko, strawnie i przystępnie

Kuba Badach, „Oldschool”, Wydawnictwo Agora

 

Kuba Badach nagrał trzecią płytę solową na przestrzeni… prawie dwudziestu lat. Album „Oldschool” to pierwsza poważna próba udowodnienia jego słuchaczom, że piosenkarz nie musi być zrośnięty z żadnym zespołem. I nie musi też wykonywać cudzych utworów.

Kariera Badacha zaczęła się de facto w 1988 roku, kiedy 12-latek zaśpiewał na płycie „Gwiazdkowe cuda” napisane dla niego kolędy. Ale to był dziecięcy wybryk, a nie poważna przygoda sceniczna. Ta zaczęła się dopiero w połowie lat 90., kiedy wokalista z Krasnegostawu najpierw znalazł się w składzie formacji Poluzjanci, a kilka lat później w grupie The Globetrotters. Ale dorobek obu zespołów nie jest znany szerokiemu odbiorcy. Badach znacznie bardziej kojarzy się z Andrzejem Zauchą, którego twórczości poświęcił osobną płytę. Albo kojarzy się tabloidom – z Aleksandrą Kwaśniewską, córką byłego prezydenta i obecną żoną piosenkarza.

Nowa płyta „Oldschool” miała spowodować wyjście Badacha z cienia Zauchy i potwierdzić, że stać tego wokalistę na zrobienie płyty lekkiej, strawnej i przystępnej. Także dla odbiorcy, który niekoniecznie gustuje w wymagającym skupienia i kontemplacji jazzie. Czyli należało znaleźć balans między popularnym i ambitnym, uładzonym i finezyjnym, zabawnym i refleksyjnym. I to się w gruncie rzeczy udało.

Już sam początek płyty daje nadzieję na spotkanie z muzyką, która pogodzi z pozoru niepasujące do siebie żywioły. Otwierające album „Życie” to piosenka wyrosła z przyjemnej dla ucha krainy swingu, ale zmiany tempa i ciekawie rozłożone akcenty na fortepianie nie męczą ani nie dręczą. Równie dynamiczne „So Sorry” to ten sam feeling i duża dawna wokalnego luzu oraz pole do popisu dla piosenkarza, który bawi się swoim głosem, zmienia barwy i tonacje. Raz robi się funkowo („Jestem kimś”), raz balladowo („Będę z tobą”). Bywa że rządzi przestrzeń i elektronika („Pada”) albo nastrojowy jazz, który świetnie brzmiały w ustach Ewy Bem i pewnie od razu stałby się przebojem („Gdyby nie ty”).

O tym, że jazz – w którym Badach czuje się jednak najlepiej – nie musi być śmiertelnie poważny, a może być dowcipny, świadczy rozrywkowe „Cześć”. Do wtóru żwawego fortepianu Badach śpiewa: „Robię pranie / Potem wieszam / Jakbym wieszał myśli swe / To sprzątanie / Mnie pociesza / Jakbym siebie sprzątał też”, a dowcipne słowa sufluje mu Janusz Onufrowicz odpowiedzialny za większość tekstów na płycie. Ale są tu też posiane złote myśli żony Aleksandry, np. w „Jestem kimś”, która zdaje się dobrze rozumie na czym polega bycie (w związku z) artystą: „Jestem kimś / Mistrzem, orłem, rekordzistą i / Szychą, gwiazdą i najgrubszą z ryb / Królem dance i disco / Więc ocieraj łzy”. Taki piosenkowym pamflet na artystę-próżniaka z przymrużeniem oka. Zabawna prezentacja ego bohatera, z czym już nie raz mieliśmy do czynienia w piosenkach. Ale „Jestem kimś” to rzecz mniej patetyczna  od „Jesteś lekiem na całe zło” Krystyny Prońko, choć i bardziej wyrafinowana niż „Jestem z miasta” Elektrycznych Gitar.

Tytułu płyty również nie należy pojmować literalnie ani traktować nazbyt serio. Może i Badach nie jest szalenie modnym piosenkarzem (nawet na pewno), ale te piosenki wcale nie są oldschoolowe – one są raczej dojrzałe, świadome swojego potencjału.

Jest tyko jeden problem. Być może zasadniczy. Trudno tu wskazać jakiś przebój. Może „Pusto”? Najsilniej oddziałuje przekazem „Po drugiej stronie”, tylko czy my dzisiaj – poza słuchaniem – słyszymy, co się do nas śpiewa? Śmiem wątpić, niestety.

I jeszcze jedna uwaga – pod koniec płyty robi się za bardzo mollowo, melancholijnie, więc monotonnie. Są niepotrzebne dłużyzny. Jakby zabrakło oryginalnego pomysłu muzycznego na postawienie kropki nad „i”. Ale tę być może postawią słuchacze.

 

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *