Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Muzyka magicznego realizmu

Miron Grzegorkiewicz, „ULSSS”, Sadki Records

 

Czegoś takiego jeszcze nie było na polskim rynku muzycznym. Miron Grzegorkiewicz wymyślił album storytellingowy „ULSSS”, który jest muzyczną powieścią obrazkową złożoną z ośmiu epizodów. A płyty nie wyjmuje się z tradycyjnego opakowania tylko… wyciąga się zza obrazka!

Płyta od roku była prezentowana w odcinkach. Każdego ósmego dnia kolejnego miesiąca Miron Grzegorkiewicz – absolwent warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, grafik i muzyk udzielający się m.in. w zespole Daktari – odsłaniał kulisy swojej pracy, podciągając kurtynę coraz wyżej i wyżej, aż w końcu zaprezentował skończone dzieło.

Storytellingowa płyta „ULSSS” to w zasadzie opowieść bez początku i końca. Fani literatury wysokich lotów odnajdą tu analogię do „Ulissesa” Joyce’a, „Odysei” Homera” czy iberoamerykańskich dzieł Cortazara i Marqueza. Po zawartości tej płyty trzeba się poruszać trochę na czuja, dać się porwać lekkiemu nurtowi muzycznemu i nie doszukiwać żadnych narracyjnych wskazówek. Bo takich nie ma. Wędrówka ta przypomina słynną powieściową grę w klasy. Rzeczywiście jest w tym pomyśle coś z magicznego realizmu.

Jedyna informacja drzemie w tytułach kolejnych kompozycji. „Railways Bars” to zaproszenie do podróży w nieznane, a każdy kolejny utwór to przystanek na drodze kreowanej przez naszą wyobraźnię. To opowieść na styku tego co realne i nierzeczywiste. Punktem granicznym jest „Before The Eyes” – coś w rodzaju uchylonego szlabanu, który zaprasza nas do przejścia na drugą stronę i zamianę codziennego świata na świat onirycznych wizji. Grzegorkiewicz nie ukrywa, że dał się trochę uwieść przygodom Alicji w Krainie Czarów.

Mironowi w podróży towarzyszyła liczna gromada muzyków. W sumie aż dziesięcioro, w tym poeta Pete Simonelli, który do „We Are Surprising No One” napisał pesymistyczny tekst o ludzkości skazanej na porażkę w konfrontacji z rzeczywistością i dodatkowo użyczył swojego głosu, który krytykom kojarzy się z charyzmą Toma Waitsa.

Kompozycjom opublikowanym na „ULSSS” trudno na siłę dopasować jakaś charakterystykę. Tak samo jak trudno opowiedzieć swój sen połatany z przypadkowych, przez co mało spójnych elementów. Grzegorkiewicz i spółka malują tę muzykę plamami dźwięków i rozmazują niczym mgłę nad miastem. W tej fabryce dźwięków pracują m.in. moog, saksofon tenorowy, skrzypce i gitary. Całość wydaje się być osadzona w klimacie Dead Can Dance albo – geograficznie nam bliższego – Öszibaracka. Elektronika jest kośćcem „ULSSS”. I – co też charakterystyczne – zagadują do nas głównie instrumenty.

Głosy są wyraźnym dodatkiem, ale tylko dodatkiem (może za wyjątkiem singlowego „Veins”). Raz robią wymarsz na pierwszy plan i układają się w wokalizy mające za zadanie upiększyć i uwznioślić melodię („Through The Waterfall”), a czasami są dodatkowym instrumentem i idą w unisonie ze skrzypcami („Back To The Mirror”). Wielowarstwowe aranże dają poczucie obcowania z bardzo przestrzenną muzyką, modną w czasach świetności Jean-Michela Jarre’a, ale u Grzegorkiewicza poddawane częstym repryzom frazy („Before The Eyes”) nie brzmią konwencjonalnie, do czego przywykło ludzkie ucho zasłuchane w radiowy odbiornik. Kompozycje nie są nośne ani przebojowe, co autorowi projektu akurat nie przeszkadza. Gdyby czepiać się na siłę, można by powiedzieć, że momentami tu i ówdzie powiewa nudą i trudno wychwycić konstruktywny przekaz. Ale właśnie sęk w tym, aby użyć wyobraźni, a nie szkiełka i oka.

Zawartość jest ważna, ale kto wie czy nie tak samo ważne (albo nawet ważniejsze) jest opakowanie płyty. Płyta stanowi integralną część obrazka wykonanego z pociętych europalet (została wetknięta w środek, ale łatwo ją wysunąć, bo jest wyżłobione miejsce na palec). Wszystkich obrazów jest dziewięć i są dostępne w różnych wersjach graficznych. Pod każdym znajdujemy tę samą płytę. Takie cudo można sobie powiesić na ścianę i rozweseli wnętrze pokoju białego jak szpitalna izolatka.

Świat przedstawiony na „ULSSS” dowodzi, że da się nagrać album inny niż wszystkie, a muzykę potraktować jako narratorkę wciągającej opowieści. Nawet jeśli ta historia bywa czasem zrozumiała dla hermetycznego kręgu odbiorców.

 

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *