Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Muzyka smaczna jak kawior

Mamadou, Kinior, Sudnik, „Fumanek” Audio Cave

 

Spotkały się trzy muzyczne żywioły: reggae’owy, jazzowy i elektroniczno-syntezatorowy. Powstała z tego mieszanka wybuchowa o nazwie Fumanek. Czyli trio, w skład którego wchodzą Mamadou Diouf, Włodzimierz Kiniorski i Tadeusz Sudnik. Właśnie ukazała się ich płyta z premierowym materiałem. Oczywiście o tytule „Fumanek”.

Mamadou pochodzi z Senegalu. Najbardziej kojarzony jest ze współpracy z Anną Marią Jopek i przede wszystkim z grupą Voo Voo, której – na prawach gościa – przydał trochę fantazji world music. Kiniorski przebył dużo dłuższy szlak artystyczny, występując m.in. z Free Cooperation, Young Power czy Tie Breakiem, a więc zespołami, której poddawały jazz oryginalnej obróbce. Natomiast Sudnik to artysta z jeszcze innej bajki – owszem ocierającej się o jazz, ale i o muzykę filmową, baletową, teatralną oraz o Warszawską Jesień. Wszyscy trzej gdzieś do tej pory wokół siebie orbitowali przy różnych projektach. W Fumanku próbują pogodzić nagromadzoną w sobie energię i dać jej upust.

Od samego początku słychać, że śpiewak Mamadou był pojętnym uczniem Wojciecha Waglewskiego. Otwierające płytę „Randez-vous” brzmi jak zaginiona piosenka Voo Voo z czasów, kiedy wałkowane było granie w stylu „Łobi jabi”. Ale myli się ten, kto podejrzewa Dioufa i kolegów o papugowanie utartego schematu. Bo już „Ship «Joola»” – mimo wzniosłych inkantacji – kojarzy się z jamajskim luzem, fajką pokoju i generalnie muzycznym hołdem dla Boba Marleya. Jest i ciemniejsza strona Fumanka. Najdłuższe na płycie „Alin Sitoe Diatta” wybrzmiewa złowróżbnie, jak melodia towarzysząca obrządkowi czarnej magii odprawianego przez ludy pierwotne.

Ale na płycie Mamadou wcale nie panuje niepodzielnie. Człowiekiem-orkiestrą jest Kinior obsługujący saksofony, flet, gitarę czy djembe. Jego solówka na saksofonie w „Lat Dior Diop” to balsam dla uszu – natchnione, zawadiackie, melodyjne frazy przedrzeźniają śpiewającego scatem Dioufa. Nakładanie jednej barwy saksofonowej na drugą (sopranowej na tenorową), słyszalne w „Arachis”, to też sprawka szalonego Kiniora.

Cichym bohaterem Fumanka jest również Sudnik – posiadacz imponującego arsenału syntezatorów cyfrowych i analogowych. Jego Studio Dźwięków Niemożliwych unowocześnia i zarazem udziwnia etnicznie brzmiące kompozycje. „Ye ye humade” zaczyna się od plusku wody i świszczących elektronicznych beatów. „Nangu (Accept)” – chyba najszybszy kawałek na płycie – mieni się sfabrykowanymi efektami, które tworzą bałaganiarską muzykę przyszłości, pełną stuków, szelestów, mgławic, jakby nawet lekko zorkiestrowaną. A w „La savanne” mamy powrót do natury – Sudnik klei intro z ptasich trelów, robiąc niejako ukłon w stronę twórczości Oliviera Messiaena, który w swojej muzyce wykorzystywał podobne eksperymenty.

Fumanek to bez wątpienia oryginalny twór na naszym alternatywnym rynku muzycznym. Spotykają się ze sobą trzy żywioły, które pichcą wiele smaków muzycznych. Nie jest to, absolutnie, danie prosto z budki z fast foodem. Zdecydowanie bardziej smakuje jak kawior, który trudno dostać w pospolitym dyskoncie. Dlatego ta muzyka nie przemówi do szerokich mas. I to właściwie jedyna wada tej płyty.

 

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *