Noworoczne remanenty płytowe

Początek nowego roku jest doskonałym pretekstem do tego, aby ostatni raz obejrzeć się za siebie i rzucić okiem na odchodzący rok. Jakie płytowe prezenty świąteczne zafundował nam na pożegnanie i zarazem na dobry początek? Ostatni kwartał 2017 należał m.in. do Comy, De Mono i Lady Pank.

Budzyński/Jacaszek, „Legenda”, Narodowe Centrum Kultury

Oryginalna „Legenda” ujrzała światło dzienne na początku lat 90. I była dużym wydarzeniem artystycznym. Armia zaprezentowała muzykę z innego świata – dziką, czadową, hardcore’ową, a jednocześnie bardzo eteryczną, utrzymaną w mistycznej poetyce. „Legenda” emanowała bogatą symboliką – zostały tu posiane wątki buddyzmu, tolkienowskich baśni oraz reminiscencje średniowiecznych mitów pod postacią grafiki na okładce płyty, na której znalazł się błędny rycerz Don Kichot.

Teraz lider Armii zdecydował się na kolejną wyprawę. I jest to trochę podróż sentymentalna, w którą Tomasz Budzyński zabrał ze sobą Michała Jacaszka. Muzycy postanowili zrekonstruować „Legendę”. Przedstawić tamte kompozycje w nowym świetlne, innych aranżacjach i w natchniony sposób. I rzeczywiście to się udało. Odświeżonej „Legendy” słucha się jak pieśni z przyszłości. Nad całością unosi się tajemniczy duch Dead Can Dance. Nie zabrakło również – a jakże – odwołań do wielkiej sztuki. Okładkę albumu zdobi fragment obrazu Caspara Davida Friedricha „Dwaj mężczyźni nad morzem o wschodzi księżyca” z 1817 roku. Nietrudno się domyślić, że przy tym znaczeniu, mężczyznami z okładki są Budzyński i Jacaszek.

Nowa „Legenda” różni się od oryginalnej wersji nie tylko przebudową kompozycji oraz faktem, że reinterpretacji płyty dokonało tylko dwóch artystów bez udziału całej Armii. Różni się też nagraniem tamtych utworów w zmienionej kolejności. No i nie ma tu śladu po piosenkach, które znalazły się na wcześniejszych reedycjach „Legendy”. Czyli sympatycy Armii, którzy kojarzą ją głównie z przeboju „Niezwyciężony”, mogą być niepocieszeni.

Coma, „Metal Ballads” vol. 1, Mystic

Tego się chyba nikt nie spodziewał. Metalowa Coma? Cóż, Piotr Rogucki i spółka od jakiegoś czasu lubią nie tyle zadziwiać, co bulwersować swoich słuchaczy. Jakby oddanych hejterów było im mało! Ale już od płyty „czerwonej” artystyczna wolta Comy trwa w najlepsze, a wydana niecałe półtora roku temu płyta „2005 YU55” wielu wydała się przeintelektualizowana. Metalowe ballady a.d. 2017 to naprawdę wiązanka niezłych piosenek – wgniatających w fotel riffów i niegłupich melodii. Górę bierze prostota zeswatana z trudną liryką z okolic wczesnej Republiki („Lajki”), gitary grzmią złowróżbnie jak armaty, co prowokuje skojarzenia z Rage Against The Machine („Widzę do tyłu”) – kapeli wcale Comie nieobojętnej. Panowie lubią dodać do riffu ciut elektroniki i nie odżegnują się od melodii („Cukiernicy”). Czasami zabrzmią bardziej klasycznie, wtrącą kwaśną solówkę, a Rogucki zaśpiewa trochę w stylu starego dobrego Janerki z „Historii podwodnej” („Za chwilę przestaniemy świecić”).

Frontman Comy oddaje tutaj pole młodszym wykonawcom i zarazem gościom specjalnym w osobie Skubasa i Julii Marcell. Skubas pomógł przy muzyce do „Za słabego”, więc nie dziwi akustyczna aura ostudzająca cały numer. Marcell z kolei napisała „Odniebienie”, która dotyka trudnych, ale niezmyślonych wątków męsko-damskich i sufluje Roguckiemu takie oto powiedzenia: Czasem musimy się trochę upodlić / Żeby dalej móc na siebie patrzeć. On sam z kolei z właściwą sobie (auto)ironią zarządza koniec sylwestra („Konfetti”). Ale ta syzyfowa praca u podstaw, która ma zachęcić słuchacza do sięgania głębiej, trwa w wykonaniu Roguckiego już od kilku płyt. I jest chyba waleniem głową w mur, który ani trochę nie pęka. Cóż, rockmani to idealiści. Ale nie przeszkadza mi, że piosenki na „Metal Ballads” vol. 1 są pobożno-życzeniowe. Ten album broni się przede wszystkim muzycznie.

De Mono, „Enter”, Banditon

Nowe De Mono (to z Markiem Kościkiewiczem na pokładzie) ma ambicję nie odgrzewać na koncertach starych numerów. Chce dać fanom coś innego. W przypadku tej grupy (z Andrzejem Krzywym w składzie) od lat sprawdza się powiedzenie, że lepsze jest wrogiem dobrego, bo „Demony” – jak mówi branża – po serii przebojów z lat 90. od dawna nie pokazują niczego, co powaliłoby na kolana radiowych prezenterów. Kościkiewicz poszedł więc inną drogą, ale płyta „Enter” nie jest odkryciem Ameryki. Ma się wrażenie, że zespół próbuje nam zaserwować piosenki, które już wcześniej gdzieś słyszeliśmy, więc na pewno je polubimy. Niby nowe, a jednak dobrze znane. Taneczne beaty solidnie skropione melodią z syntezatora, do tego miękki męski wokal podpierany przez pozostałe męskie chóry to żadna rewolucja. Momentami czuję się, jakby słuchał Beach Boysów, ale nie na słonecznej kalifornijskiej plaży, tylko gdzieś na nadbałtyckich piaskach („Ty jesteś jutrem”). Momentami wracają wspomnienia z dzieciństwa, kiedy do znudzenia przerabiałem piękne songi Pet Shop Boys, ale „Drzewa” nie umywają się do takich kawałków jak „It’s a Sin” czy „Domino Dancing”; jednak korzeniami sięgają gdzie indziej. To samo dotyczy „Nie pomylisz mnie” – schematyczne melodie, refren jakich wiele, choć wokalista Kościkiewicza – Tomasz Korpanty – ciekawie śpiewa w pierwszym cancie. Ale to za mało by piać za zachwytu.

Są i jaśniejsze strony płyty. Naprawdę udanym numerem jest „Koniec lata” – prosta, przyjemna, pomysłowa gitara, nośna melodia i naprawdę szkoda, że skończyły się wakacje, a na kolejne trzeba poczekać pół roku. „Park” to kolejna z piosenek, w której kiedy odzywa się gitara, robi się lżej na duszy. Ale to tylko tak zwane momenty – jak długo wyczekiwana solówka saksofonowa we wspomnianym „Końcu lata”, bez której nie może być De Mono. A momenty są przysłowiową jaskółką, która wiosny nie czyni. Lata też nie.

Lady Pank, „Zimowe graffiti 2”, Universal

Lady Pank ma już na koncie gwiazdkową płytę. Przeszło 20 lat temu Jan Borysewicz i Janusz Panasewicz nagrali z kolegami pierwszą część „Zimowego graffiti”. Wtedy nic nie zapowiadało, że będzie kiedyś ciąg dalszy, ale tego nie można było wykluczyć. Wszak LP posiada w dorobku taki dyptyk – mowa o dwuczęściowej serii „O dwóch takich, co ukradli księżyc”, wydanej jeszcze w drugiej połowie lat 80. Czyli dawno temu.

„Zimowe graffiti 2” to płyta ewidentnie na świąteczny czas. Taka nieregularna pozycja w dyskografii Lady Pank, chwilowy i okolicznościowy skok w bok. Inni w tym okresie nagrywają po raz nie wiadomo który doskonale znane kolędy, a Borysewicz z Panasewiczem piszą własne. Jakkolwiek zabawnie brzmią w ustach rockmana słowa: „Hej Hosanna, hej”, nie ma się co nabijać – nawet kontrowersyjny showman nieprzebierający w słowach potrzebuje się wyciszyć, ubrać choinkę i zapomnieć o całym estradowym świecie.

Na płycie dostajemy więc pogodne i łatwe do zanucenia piosenki. Z charakterystyczną Ladypankową melodyką. „List” wita nas gitarową zagrywką, od której powinna się zaczynać każda ballada skazana na radiowy sukces; tu dopada nas klimat rodem z „Małej wojny”, ale przekaz jest koncyliacyjny, bo to święta, a muzyka łagodzi obyczaje. Nie uświadczymy na „Zimowym graffiti 2” stricte rockowego grania, raczej subtelne, lekkostrawne bicie pokłonów popowym formatom, a solówki mistrza gitary Borysewicza nie pchają się na pierwszy plan i są małomówne („O nas”). Trudno wskazać wyraźnego faworyta spośród tych ugrzecznionych świątecznych piosenek, traktujących albo o choince, albo o pierwszej gwiazdce, albo o kolędzie. Może bluesową pościelówkę „Najjaśniejsza z gwiazd”? A może „Własne nieba” z knopflerowską gitarą i nieprzesłodzoną puentą o zbłąkanym wędrowcy, którym może zostać każdy z nas?

W każdym razie słucha się tego przyjemnie, bo każdy dźwięk jest dopieszczony, a każde słowo – mimo incydentalnych powtórzeń tu i tam (ale trudno napisać dziesięć bożonarodzeniowo-noworocznych piosenek i każdą na inny temat) – przemyślane.

Do płyty ze świątecznymi piosenkami dołączono drugą płytę – z instrumentalnymi wersjami wszystkich kawałków. I tylko jedno budzi niezrozumienie? Dlaczego „Ukojenie”  ukazało się w wersji instrumentalnej na obu krążkach?

Sztywny Pal Azji, „Szara”, MTJ

Nie daje o sobie zapomnieć Sztywny Pal Azji, który od dwóch lat ponownie występuje ze swoim oryginalnym wokalistą Leszkiem Nowakiem. Ale to nie jego głos słychać w otwierającym album „Szara” utworze „Iluminacje”. Bo oto mówi do nas aktor Mirosław Baka, który później jeszcze kilkakrotnie się odzywa jako głos. Czyli mamy płytę z lektorem. Pomysł ciekawy, nietuzinkowy, więc duży plus za zaangażowanie kogoś w rodzaju mentora, który ma do przekazania kilka niegłupich fraz. Czasami brzmi naprawdę poetycko, jak w poruszającym „Wstydzie” – eskapistycznej wiwisekcji alkoholika. Takie trochę „Zostawić Las Vegas’ przeniesione z ekranu do piosenki. I ten chórek dziecięcy upozorowany na trudną rozmowę nadużywającego ojca z próbującym go zrozumieć synem czy córką… Naprawdę mocne.

Poza tym trudno się doszukać innych mocnych punktów płyty. Grzebanie się w przeszłości wspominając przy tym stare dobre czasy, jest jak chodzenie w butach z odpadającą podeszwą („5 dni”). Śpiewający autystyczną barwą Nowak mieli w ustach komunały jak w infantylnej piosence „Eskimos”. Gdzieniegdzie czai się kilka grafomańskich fraz, jak ta: Do pralki wlewam płyn i czyszczę swoje sny.

Muzycznie też nie ma rewelacji, chociaż jedne numery są ewidentnie nieudane, a inne się bronią. Na plus można zaliczyć „Światło” – mroczny numer, trochę jakby wypożyczony z realiów Dzikiego Zachodu, lekko podbarwiany smykami, odkleja się od konwencjonalnej reszty. Szary Pal Azji brzmi tu trochę jak gorsza kopia dawnej Budki Suflera z piosenki „Kto zrobił mi ten żart” („Tess”). Albo Kobranocki i jej Irlandii („Luxtorpeda”). Albo Maanamu z okresu „Lipstick On The Glass” („Pocałunek w Rzymie”).

Tune, „III”, Mystic

Kapele artrockowe źle się kojarzą pod naszą szerokością geograficzną – jako popłuczyny po niektórych pretensjonalnych kapelach z nurtu Muzyki Młodej Generacji. Muzycy z łódzkiej grupy Tune metodycznie rozprawiają się z tym stereotypem. Kiedy słucha się ich najnowszej płyty „III”, czuć że w tej muzyce jest wszystko czego dziś trudno odnaleźć u młodych wykonawców rockowych – jest ostry, dysonansowy riff, psychodeliczna mgiełka, melodia, która wchodzi w ucho jak nóż w masło, ale przy tym nie zadaje ran. Tak grają Polacy!

Trudno się w wykonaniu Tune do czegokolwiek przyczepić. Nie ma tu artrockowego patosu, smyków czy blach, które miałyby uwznioślić muzykę do karykaturalnych rozmiarów. Postgrunge’owe „Cocaine” ma w sobie energię jakiej nie powstydziliby się Foo Fighters, a zarazem jest tam miejsce na oniryczny spokój – jakby walec, którzy wszystko już rozjechał na swojej drodze, zaparkował w wysokiej trawie pod drzewem i zasnął po robocie. Mocne riffy i beaty zderzające się ze sobą z hukiem w „Big Band Theory” dając mieszkankę wybuchową Jacka White’a z Royal Blood, a potężna środkowa solówka jest szarżą jak najbardziej na miejscu. Co jeszcze? Jeszcze „Sky High” z lekko rapującym podkładem, który pięknie kontrapunktują soczyste melodyjki, a wieńczy solo z pozdrowieniami dla Hendriksa. Wokalista też niczego sobie – wyciąga chyba prosto z płuc. No, na taką płytę warto czekać cały rok. Więcej takich prezentów w wykonaniu naszych w nowym roku – i niech to nie będą wyłącznie podarki gwiazdkowe.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *