Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Trochę inna BAiKA niż Hey

BAiKA, „Byty zależne”, BAiKA/W Moich Oczach

 

W swojej karierze Piotr Banach grał pod różnymi szyldami różną muzykę, która nie tylko – jak w Hey – bywała brudnawo brzmiącym rockiem, ale poza tym często miała kształt reggae, a czasami brzmienie elektroniczne. Teraz, kiedy jako połowa duetu BAiKA zaczyna – chyba można tak powiedzieć – nowy rozdział, stara się łączyć ten styl z tym brzmieniem. Weźmy  „Śnieg”, weźmy „Nie martw się o mnie”. Reggae i elektronika występują czasem jak tu w połączeniu, a czasem osobno. Mnie najbardziej z całych „Bytów zależnych” podoba się reggae’owe „Jeśli tylko to będzie możliwe”, piosenka o potencjale dużego przeboju. Choć elektroniczne „Nie pozwól mi” też jest niczego sobie i też ma wyżej wymieniony potencjał. Ale „Byty zależne” to nie tylko reggae i elektronika. Stylistycznie odstają, czyli wyróżniają się bliska mainstreamowi „Nowa królowa” oraz „Ciasteczka” trochę nowofalowe, a nawet bardziej niż trochę maanamowe. Dzięki temu płyta jest urozmaicona, nie popadając przy tym w eklektyzm.

Banach dość śmiało łączy reggae z elektroniką, co nie znaczy, że ma ambicję stworzenia nowej jakości, że poszukuje, a już na pewno nie że eksperymentuje. Nawet jeśli druga połówka jego BAiKI – wokalistka Katarzyna „Kafi” Sondej – kojarzy się z inną Katarzyną, czyli tą, która śpiewała z Piotrem w latach 90. Ale to jest komplement. Takie „Albo albo”, „Jesteś” czy „Rejestr przyjaciół” pomieściłyby płyty Nosowskiej – i to te nagrane bez Banacha. Sondej nie epatuje techniką, ale ją ma, czego dowody daje zwłaszcza w „Nie martw się o mnie” i „Jesteś” poprzez finałową wokalizę falsetem.

Ta Katarzyna porównań z tamtą rzecz jasna nie uniknie, z czego były lider Heya musiał zdawać sobie sprawę. A tak w ogóle jest w dobrej sytuacji. Nikomu niczego nie musi udowadniać – sobie też. Może robić i to, co robił do tej pory, i rzeczy, z których szerzej nie był znany (chodzi o pisanie tekstów). Ma wolność, ma formę. I znowu ma przy sobie interesującą wokalistkę. Więc powtarzana fraza „Jest dobrze” w „Nie martw się o mnie” to nie jest żadne zaklinanie rzeczywistości.

I jeszcze jedno. Utwory tworzące „Byty zależne” są zrobione lekką ręką, a do tego sympatyczne, no i nie przeładowane i nie przeciągnięte, takie jakby lakoniczne, więc płyta nie dłuży się i nie męczy, osiągając przepisowo „winylowe” czterdzieści minut. Co powoduje – to nie tylko dodatkowy atut, ale i rozstrzygający test – że chce się do niej wracać. Co będę praktykował.

Jan Skaradziński 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *