Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

U Pani Stasi na herbatce

Stanisława Celińska, „Malinowa”, Musicom

 

Kto tańczył „Atramentową rumbę”, teraz ma okazję usiąść przy „Malinowej herbatce” i być może złapie się na tym, że nowa płyta Stanisławy Celińskiej jest właśnie o nim albo o niej. Artystka zaprasza do posłuchania albumu z premierowymi piosenkami, które są efektem rozmów i spotkań z jej fanami po koncertach.Moda na Celińską narastała stopniowo. Ale jak już nastała, to okazało się, że nie będzie to jednosezonowy trend. Znana aktorka filmowa i serialowa niby śpiewa do zawsze, ale pierwszą poważną płytę (w dodatku nie ze swoimi piosenkami) nagrała w 2012 roku. Mowa o „Nowej Warszawie”. Trzy lata później ukazał się album „Atramentowa” z zaproszonymi gośćmi Katarzyną Nosowską i Muńkiem Staszczykiem. Ale to nie (tylko) z powodu ich obecności na nagraniach Celińska dostała za ten krążek „podwójną platynę”. Słuchacze uhonorowali ją za bezceremonialną szczerość. Bo w piosence nie trzeba grać jak w filmie – można opowiadać siebie. I z tą wiwisekcją Celińska nie miała problemu.

Teraz zastajemy artystkę w „malinowej rzeczywistości” – melancholijnej, retrospektywnej i romantycznej. Bo te żywioły dominują na płycie. Piosenki powstały ponoć na kanwie rozmów z fanami, ale ma się nieodparte wrażenie, że Celińska śpiewając rozmawia sama ze sobą. Mądrze rozmawia. Bo z tych rozmów płynie interesująca nauka.

Piosenkarka nie mędrkuje, a jedynie podpowiada – jak na doświadczoną kobietę przystało – jak żyć, ale nie ma tu cienia nachalstwa („Słowa”). Jest za to ekspiacyjna ballada, która ma posmak niedokonanego romansu („Wybacz”). Przychodzi również czas na bilans życiowych zysków i strat, ale są to porachunki osobiste przekwitającej kobiety z beztroską młódką, choć jest to ta sama osoba („Gdzie jesteś dziewczyno”). Ciekawie wypada też duet Celińskiej z Piotrem Fronczewskim („Ja – tu, ty – tam”) – robi się teatralnie, jakby nie śpiewali piosenki, tylko czytali sztukę z podziałem na role, w której roi się od złotych myśli typu: Za siódmym złym morzem daleko / Ty żyjesz życiem osobnym / Uważaj by nie uciekło / Bo się staniesz kimś bezpowrotnym.

Takie płyty jak „Malinowa” mają to do siebie, że słowo jest najważniejsze, a muzyka dobarwia tło; jest na usługach poezji, która nie używa nośnych refrenów ani efekciarskich bon motów. Ale na płycie u Celińskiej nie wieje muzyczną nudą. Aranżacje są przemyślane i zróżnicowane, aby piosenki nie stapiały się w wolno płynącą lawę. Znajdujemy tu motywy irlandzkich pieśni („Mija raz dwa”), coś na kształt piosenki retro modnej w czasach międzywojnia („Już nie trzeba mi”), pojawia się bossa nova („Malinowa herbatka”), walc („Otwórz oczy”), a nawet elementy flamenco („Korali sznur”).

Celińska nie jest wybitną piosenkarką. Ale nie na tym polega jej fenomen. Chyba na tym, że jest taką słynną Goździkową z reklamy, do której biegnie się po dobrą radę, a ona odpowiada mądrymi słowami piosenki.

Jeśli czegokolwiek mi na tej płycie brakuje, to jednak odrobinę dramaturgii. Piosenki są trochę zbyt uładzone i subtelne. Gdyby to był film, pewnie parę razy przewinąłbym do przodu, pomijając kilka scen. Bardziej kręciła mnie „Atramentowa rumba”, ale „Malinową herbatkę” jednak wypiję, zwłaszcza że w towarzystwie Celińskiej będzie ona z pewnością lepiej smakować.

 

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *