Banach: Stabilność nie służy muzyce

Piotrowi Banachowi daleko do miana (i wieku) weterana, jednak jego muzyczny szlak znaczy już wiele nazw – Kolaboranci, Indios Bravos, Ludzie Mili i oczywiście najsłynniejsza z nich Hey, który to zespół stworzył i którego będzie gościem na najbliższej, pożegnalnej trasie. Ale teraz skupia się na swojej kolejnej grupie, BAiKA.

 

z Piotrem Banachem
rozmawiał Jan Skaradziński

 

Wyobrażasz sobie, że śpiewa z tobą wokalistka o innym imieniu niż Katarzyna?

Moja mama zawsze mi powtarzała, że Katarzyny to straszne cholery, czyli baby z charakterem. Coś o tym wiem, bo życie rzeczywiście sypało mi tymi Katarzynami. Nosowska – wiadomo, ale też moja pierwsza żona, a teraz Kafi – moja obecna partnerka. Pani Kanclerz, czyli bardzo ważna w historii Heya menedżerka, też nosi to imię. Powiem więcej – sam miałem być Katarzyną, bo moja mama spodziewała się córki, lecz urodził się syn, więc zostałem Piotrem. Można w to nie wierzyć, traktować jako naciągane, ale doświadczenie mnie uczy, że imiona przypisane są do konkretnych osobowości. Zapewniam jednak, że o moim porozumieniu z Kaśką Sondej, drugą połówką BAiKI, nie zadecydowało jej imię, tylko coś dużo więcej i dużo poważniejszego.

Czyli BAiKA będzie na dłuższą metę?

Wszystko na to wskazuje. Bardzo mi ta BAiKA pomogła w odzyskaniu pasji muzykowania, dobrze się w niej czuję. Jesteśmy dopiero na początku drogi, więc z pewnością długo razem powędrujemy.

W życiu, a zwłaszcza w muzyce kieruję się maksymą „cykliczność wyklucza wyjątkowość”, unikam stabilizacji, bo ta nie służy tworzeniu. Co jakiś czas muszę się ruszyć, zrobić coś innego, coś zmienić, poszukać nowych wyzwań. Tak było z Hey, tak było nawet jeszcze wcześniej, w Kolaborantach.

Z Indios Bravos też już się pożegnałeś?

Nie, to nie jest pożegnanie, tylko zawieszenie. Przez lata zjeździłem z Indiosami Polskę, byliśmy na różnych festiwalach, mieliśmy swoją publiczność, wszystko się zgadzało. Aż poczułem, że to się robi takie bezpieczne, jak dla mnie nazbyt bezpieczne. Że grozi nam, iż będziemy przychodzili niczym do pracy. Nie, to nie było znużenie. To była możliwość znużenia. Dlatego zespół, choć teraz nie gra, może wrócić. Po prostu został zawieszony. A ja koncentruje się na BAiCE.

Dalej w czerwono-żółtych-zielonych barwach?

Nie do końca, w rytmie reggae jest najbardziej znana piosenka BAiKI – „Jeśli tylko to będzie możliwe” – i jeszcze dwie inne, ale to wszystko. Pozostałe piosenki są po prostu rockowe. Muzyka rockowa ma wiele odsłon, bywa drapieżna, bywa refleksyjna, szybka, wolna, umiarkowana, więc BAiKA to rock. I nawet jeśli ktoś uważa inaczej, z całą pewnością nie jest to kontynuacja Indios Bravos.

Powiedz, jak postrzegasz polską scenę reggae XXI wieku?

Postrzegam jako coś zupełnie innego niż ta z lat 80. Z tamtą sceną utożsamiałem się i wciąż mam do niej sentyment, bo była mocno zaangażowana w bunt, rebelię, w niezgodę na zastaną rzeczywistość. Jej fundament stanowili muzycy wywodzący się z punk rocka, więc była surowa, ale z wyrazem. Ton nadawał Izrael ze swoim ciężkim, psychodelicznym graniem. Połączył dwa zantagonizowane środowiska, bo na scenie byli punkowcy, a pod sceną hipisi – co bardzo mi się podobało. Ze sceną współczesną nie identyfikuje się wcale. To dla mnie inny świat, inne wzorce, inny przekaz.

Czy w ogóle postrzegasz siebie jako muzyka reggae’owego?

Niezupełnie. Uwielbiam reggae za puls, za refleksyjność, za to, co urzekło mnie w muzyce lat 60. i 70. Pewnie niektórych zaskoczę, ale słyszę reggae w utworach trzech zespołów, na których się wychowałem – The Beatles, Pink Floyd, Deep Purple. Myślę, gdyby do takiego „Mistreated” Purpli dołożyć gitarę z akcentem na 2 i 4, wyszedłby mocny numer reggae’owy. Bo to ten sam rodzaj pulsu, choć brzmienie i estetyka inne. Purplami, Beatlesami i Floydami zafascynowałem się kiedy miałem lat 15. Kiedy miałem 17, doszły punk i reggae, a kiedy miałem 19 – thrash metal. Dużym uproszczeniem byłoby więc przypisanie mi roli muzyka reggae, choć bez wątpienia gatunek ten jest mi bardzo bliski. Nagrałem dwadzieścia płyt, z których  tylko sześć można określić mianem reggae’owych, choć i w ich przypadku znajdzie się wielu takich, którzy stwierdzą, że to nie jest prawdziwe reggae. Fascynowały mnie różne gatunki i myślę, że wszystkie te fascynacje słychać w moich piosenkach. Choć te, z których jestem najbardziej znany – „Teksański” i „Moja i twoja nadzieja” – są zdecydowanie rockowe.

TREMY NIE MAM JUŻ OD LAT, OD KIEDY ZROZUMIAŁEM, ŻE NA KONCERT, ZWŁASZCZA TE BILETOWANE PRZYCHODZĄ LUDZIE ARTYŚCIE ŻYCZLIWI. NAPRAWDĘ NIEWIELU JEST TAKICH ŚWIRÓW, KTÓRZY CHCIELIBY ZAPŁACIĆ KILKADZIESIĄT ZŁOTYCH ZA BILET, BY OKAZAĆ KOMUŚ SWOJĄ POGARDĘ.

Czyli nie odszedłeś z Hey dlatego, że nie był to zespół reggae’owy, nie chciał grać reggae?

Ależ skąd. Moje odejście nie miało nic wspólnego z samą muzyką. Spowodowało je idealistyczne postrzeganie roli sławnego muzyka, gwiazdy rocka – którą wówczas, jako członek tak popularnego zespołu, byłem. Żyłem w przekonaniu, że sławny muzyk może zmienić świat. Żyłem ideami hippisowskimi festiwalu w Woodstock, przeświadczeniem, że John Lennon doprowadził do zakończenia wojny w Wietnamie (na wszelki wypadek zaznaczam, że chodzi mi o przeświadczenie, a nie fakty). Tymczasem zderzyłem się, i to dość brutalnie, z prozą życia. Doszło do tego, że miałem dość muzyki w ogóle, że jawiła mi się jako wielkie showbiznesowe oszustwo. Potrzebowałem dwóch lat, by to sobie wszystko poukładać.

Utrzymywałeś przez te dwie dekady kontakty z kolegami i koleżanką z Heya?  

Nie było między nami wojny, ale nie było też relacji towarzyskich. Były pretensje – z obu stron. Dopatrywaliśmy się w swoich działaniach jakichś niecnych intencji, próby dokopania, nadepnięcia na odcisk drugiej stronie. Wszystkie te wzajemne żale, które nagromadziły się przez siedem lat wspólnego grania, dostały pożywkę w postaci nadinterpretacji, plotek i pomówień. Spotkaliśmy się niedawno, żeby o tym pogadać, wyjaśnić, zrozumieć drugą stronę. Niestety wielu spraw wyjaśnić się nie da, bo już tyle czasu minęło, ale było to dobre i przede wszystkim potrzebne spotkanie.

Fot. Radek Kurzaj

Nigdy nie żałowałeś odejścia?

Nigdy. To była decyzja przemyślana, a nie kaprys. To było ratowanie samego siebie. Chciałem, a raczej musiałem zacząć nowy etap, zostawić za sobą to, co przytłacza. Oczywiście nie zdawałem sobie sprawy ze wszystkich konsekwencji wykopania tego miękkiego fotela spod tyłka. Nie wiedziałem – bo nie mogłem wiedzieć – jaka jest cena. Tu nie chodzi tylko o zaczynanie wszystkiego od początku, bo z czymś takim fajnie jest się zmierzyć. Ale problem, że jak twierdzą specjaliści z branży rozrywkowej – łatwiej jest wylansować debiutanta niż odbudować pozycję kogoś, kto ją stracił, nawet jeśli za sprawą własnego wyboru. Dzieje się tak, bo jest się porównywanym ze swoim poprzednim bytem, w czym nie ma równowagi, gdyż za tym, co było, stoi akceptacja i przyzwyczajenie. Porównując piosenkę, którą dobrze znamy i lubimy, z piosenką słyszaną po raz pierwszy, mamy wrażenie, że to już nie to, co ten hicior sprzed lat. Tak więc nie było – i dalej nie jest – łatwo, ale nawet gdybym wtedy znał tę cenę, podjąłbym taką samą decyzję.

Mówiłeś, że Hey lat 90. i Hey nowego wieku to muzycznie zupełnie inne byty.

Tak uważam, wystarczy posłuchać. Według mnie tylko pierwsza płyta beze mnie, „[sic!]”, była kontynuacja tamtego, starego Heya. Na następnych płytach poszli już inną drogą. To inny kierunek, inne wzorce; muzycznie inne wszystko. Oczywiście łącznikiem jest talent i wrażliwość Kaśki Nosowskiej, natomiast estetyka w 90 procentach jest inna. Czy lepsza, czy gorsza rozstrzygają indywidualne gusta, ale bez wątpliwości inna. Ale niechętnie wypowiadam się o współczesnym Heyu. Nie bardzo mi wypada. Jeśli będę chwalił, ludzie mogą powiedzieć, że nie jest to szczere, bo przecież wiedzą, do jakiej muzyki jest mi najbliżej. Jeśli będę ganił – powiedzą, że przemawia przeze mnie zawiść, że zazdroszczę im sukcesu. Więc powiem tak – to nie jest moja muzyka, to nie jest moja estetyka, to nie jest mój Hey. Z całym szacunkiem dla ich wielkości, oczywiście.

Ale nie uwierzę, że nie masz do Heya sentymentu.

Oczywiście, że mam, to przecież moje dziecko. To był zespół powstały w sposób dziwny, tak trochę z łapanki, na krótko przed Jarocinem 1992. Nie połączyły nas wspólne muzyczne fascynacje ani spędzone gdzieś w piwnicy lata prób, lecz okazja do zagrania w miejscu, w którym wszyscy wtedy grać chcieli. Wymyśliłem sobie ten zespół – łącznie z tym, jak się będzie nazywał – ale jedynym warunkiem jego istnienia była obecność w nim Kaśka. Reszta to sprawa drugoplanowa, więc skład dobierany był na szybko, kto mógł i chciał, ten do tego Jarocina pojechał. Inna sprawa, że mimo przypadkowości udało zebrać się skład, dzięki któremu Hey jest zespołem tak swoistym, niepowtarzalnym. Na początku tego nie doceniałem, ale po latach, kiedy słucham płyt – a parę fajnych udało nam się nagrać – otworzyłem się na tych ludzi, doceniłem wkład chłopaków, doceniłem po prostu to, że udało się zebrać fajną ekipę.

Czy zapowiedziane zawieszenie Heya miało wpływ na twoje uczestnictwo w najbliższej jego trasie Fayrant Tour?

To zostaje bez związku. Kaśka zadzwoniła do mnie i zaprosiła, a ja zaproszenie przyjąłem. Minęło już tyle lat, uznałem więc, że to może być ciekawe doświadczenie. Postawiłem tylko warunek, byśmy wcześniej spotkali się i omówili wszystkie sprawy. Nie chodziło oczywiście o ustalenia, kto miał rację, a kto nie, nie chodziło o przyznanie się do winy, nawet nie o przeprosiny którejś ze stron – chodziło o porozumienie. Spotkaliśmy się u Kaśki w domu, była impreza, było miło. A gdybym miał zagrać na trasie, po której nie następuje zawieszenie działalności, też bym zagrał. Zrobiłbym to z sentymentu właśnie, o którym wcześniej mówiłem.

Masz tremę przed trasą? Spodziewasz się ożywienia wspomnień? Jakiego przyjęcia się spodziewasz?

Tremy nie mam już od lat, od kiedy zrozumiałem, że na koncerty, zwłaszcza te biletowane przychodzą ludzie artyście życzliwi. Naprawdę niewielu jest takich świrów, którzy chcieliby zapłacić kilkadziesiąt złotych za bilet, by okazać komuś swoją pogardę. W internecie za darmochę to jak najbardziej, ale tak to nie. Więc publiczności nie ma się co lękać, można się co najwyżej bać, że coś pójdzie nie tak, ale na to lepszym sposobem niż trema jest solidne przygotowanie się. Wspomnienia – wiadomo – ożyją, po to też to robię. Zagram w kilku numerach, tych z pierwszych lat działalności zespołu i mam nadzieję, że uda nam się odtworzyć tamten nastrój.

NIE BYŁO MIĘDZY NAMI WOJNY, ALE NIE BYŁO TEŻ RELACJI TOWARZYSKICH. BYŁY PRETENSJE – Z OBU STRON. DOPATRYWALIŚMY SIĘ W SWOICH DZIAŁANIACH JAKICHŚ NIECNYCH INTENCJI, PRÓBY DOKOPANIA, NADEPNIĘCIA NA ODCISK DRUGIEJ STRONIE.

Trasa jest wyjątkowa nie tylko ze względu na 25-lecie zespołu, ale przede wszystkim w kontekście wspomnianej decyzji o zawieszeniu działalności. Twój do niej komentarz…

Rozumiem tłumaczenia Kaśki o chęci spróbowania czegoś innego, chęci odmiany. Z mojego punktu widzenia to jest właściwy krok.

Na dobrą sprawę powtarza swoimi słowami twoją maksymę „cykliczność wyklucza wyjątkowość”.

Tak. Widocznie po latach też doszła do wniosku, że spokój, stabilność nie służy muzyce.

Próbuję sobie wyobrazić, co w takim razie myślisz o Rolling Stonesach…

Stonesi to instytucja. Ale powiem o bliższym mi zespole – Metallice. Obejrzałem film „Some Kind Of Monster” i byłem po prostu zakłopotany, wręcz przerażony. Jak można grać tyle lat razem w atmosferze niechęci, pretensji?! Dla mnie to niepojęte.

Trasa z Hey to święto, a BAiKA to już codzienność. Będziecie nagrywać?

Mamy już taką „przedpłytę” z koncertowymi nagraniami z Radia Koszalin, do których dołożyliśmy trzy utwory studyjne. Wydaliśmy ją na szybko, ponieważ chcieliśmy zaoferować ludziom możliwość posiadania pamiątki po koncertach. Ale teraz robimy płytę z prawdziwego zdarzenia, mniej ascetyczną, bo z większą ilością instrumentów, choć dalej nagrywaną tylko przez naszą dwójkę.

Ma się nazywać „Byty zależne”, choć to się może zmienić. Działamy spontanicznie, impulsywnie, więc  nie wiadomo dokąd nas poniesie. Jedno jest pewne – płyta będzie rockowa. Siedzę teraz cały czas w studiu, dodaję ścieżki gitar, aranżuję, miksuję. Być może uda się skończyć już na trasę Heya, o co będę się bardzo starał, bo jest to mój obecny priorytet.

 

rozmawiał Jan Skaradziński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *