De Mono to nie cztery wesela i pogrzeb

De Mono, któremu przewodzi Marek Kościkiewicz nagrało nową płytę „Enter”. Album na zwiastować nowe otwarcie zespołu, w którym nie ma miejsca na odcinanie kuponów i granie w kółko tych samych przebojów. Ale zawsze jest miejsce dla… Andrzeja Krzywego.

z Markiem Kościkiewiczem
rozmawia Konrad Wojciechowski

Zakładając De Mono razem z kolegami, powiedziałeś, że chcecie grać muzykę własną. Ale co to właściwie miało oznaczać? Przecież uważa się, że polski artysta nie gra nic swojego – on czerpie inspiracje.

„Muzyka własna” to taka słowna zmyłka, parawan. Nie da się grać niczego oryginalnego. W sztuce wszystko już było, a my to przeprawiamy, łączymy w różnych proporcjach. Jestem otwarty na różne dźwięki i nigdy nie ukrywałem, że lubię czarną muzykę. Ale słuchałem też zespołów, które grają ostrego rocka. Przerabiałem Soundgarden, Nirvanę, Rage Against The Machine z genialnymi riffami Morello; to była niesamowita petarda! A jednocześnie – Stinga, który był bardziej liryczny, londyńskie ska oraz zespoły grające elektronikę. Mam poutykane obok siebie analogii Kraftwerk, Paula McCartneya czy George’a Bensona. Bo nie ma jednej muzyki, wszystko jest mieszanką wszystkiego. Nasz skład też był wypadkową wielu czynników. Grupę Mono założyłem z Piotrkiem i Darkiem, żeby sobie amatorsko pomuzykować. Potem doszedł Perkoz z Azylu P, wreszcie Robert Chojnacki, bo dowiedział się od kogoś, że na Łowickiej ćwiczy pewien zespół, któremu brakuje w składzie instrumentu melodycznego. My graliśmy dość prosto, więc instrument solowy miał tę muzykę urozmaicić; a saksofon był akurat na czasie. I tak powstał skład, który określił charakter piosenek.

Od razu postawiliście na muzykę środka, czyli kompromis między rockiem a popem. On był wysilony czy przyszedł naturalnie?

Muzyczne ustępstwa musiały nadejść. Ale one wynikały z naszych skąpych możliwości technicznych. W założeniu ambicje były dużo większe. Chcieliśmy robić światowe piosenki, jednak wspomniane braki w edukacji muzycznej oraz ograniczenia produkcyjne powodowały, że to się wszystko upraszczało.

Czyli w prostocie tkwi metoda?

Sztuczka polega na tym, żeby na podstawowej harmonii oprzeć nośną melodię – wtedy dostaniemy przebojową piosenką. Dobra piosenka nie wymaga wirtuozerii – wymaga emocji. A ja – osłuchany w różnych gatunkach muzycznych – potrafię budować melodię, które nie są do końca oczywiste. Tak sobie myślę, że gdybyśmy grali lepiej technicznie, być może nie mielibyśmy tylu przebojów [śmiech].

Wasze piosenki, choć przebojowe, nie zalatywały sztampą. Weźmy takie „Światła i kamery” – ciekawe podziały rytmiczne, dobra melodia, fajna aranżacja. A zatem dało się pogodzić prostotę z finezją?

Pojawiała się nuta funkowa czy rhytm’n’bluesowa. Kilka zagranicznych płyt miało wpływ na ówczesne brzmienie De Mono. Na pewno INXS, płyta Jaggera „She’s The Boss” z gitarą Jeffa Becka czy „Let’s dance” Bowiego, któremu podgrywał Stevie Ray Vaughan. Lubię rytmikę, groove, synkopę. Grałem w zespole funkowe rzeczy na gitarze, a Perkoz do tego dodawał riffy. Robiliśmy swoje, ale głowa była otwarta, a uszy szeroko nastawione, na to co się dzieje na świecie. A działo się wiele i to dużo wcześniej. The Police i UB 40 praktykowało białe reggae, Kraftwerk opatentował techno, przyszła moda na new romantic. Wszystkiego się słuchało i podbierało pomysły. Niedawno kupiłem syntezator, włączyłem arpeggiator, nacisnąłem klawisz i nagle usłyszałem ciekawy przebieg. „Kurcze, przecież to jest gotowa piosenka, trzeba tylko napisać tekst” – pomyślałem. W dźwiękach i szumach, można usłyszeć fajny motyw i wykorzystać go do zrobienia czegoś swojego. Z wymyślaniem piosenek jest jak z kreowaniem mody. Projektanci chodzą po ulicach i widzą człowieka w płaszczu do samej ziemi z dużymi guzikami, a później przemycają te pomysły w swojej kolekcji.

WIELOKROTNIE PROSIŁEM ANDRZEJA, ŻEBYŚMY POROZMAWIALI, BO ZAWSZE JEST DLA NIEGO MIEJSCE W ZESPOLE. PROCES W SĄDZIE BĘDZIE TRUDNY DO WYGRANIA I MOŻE TOCZYĆ SIĘ LATAMI.

Potrafisz wyjaśnić fenomen De Mono? Dlaczego te piosenki chwyciły?

Panował niesamowity głód muzyki. Dziś jest dużo trudniej, dużo więcej się dzieje. Nie było tak ogromnej konkurencji w postaci zachodnich zespołów obecnych w mediach. Oczywiście ściągaliśmy, nagrywaliśmy i słuchaliśmy muzykę zagraniczną, ale jeszcze nie istniały prywatne firmy fonograficzne, które by ją promowały. De Mono miało o wiele łatwiejszy dostęp do radia i większość piosenek udawało się umieszczać na playlistach. Dzięki temu ludzie przychodząc na koncerty, już te utwory doskonale znali.

Czyli płyty same się sprzedawały?

Pamiętam jak poszedłem z płytą „Oh Yeah!” do Polskich Nagrań. Powiedziałem, że chcemy ją wydać, w takim i takim terminie, zrobić dwa teledyski, plakaty. Przedłożyliśmy konkretny plan. I wtedy Andrzej Marzec powiedział: „Wszystko fajnie i profesjonalnie. Ale nie damy rady tak sprawnie tego zrobić”. Nie pozostało nam nic innego, jak wydać tę płytę we własnym zakresie. Grzesiek Ciechowski poradził mi: „Jeśli chcesz zrobić płytę kompaktową, jedź do Niemiec”. Wtedy kompakty były luksusem, gadżetem, bo jeszcze nie było odtwarzaczy. Ciechowski dał mi namiar na berlińską fabrykę kompaktów. Jej szef miał chyba dwustumetrowy gabinet ze świetnym sprzętem nagłośnieniowym. Jak w filmie s-f. Zrobiliśmy kalkulację i przywieźliśmy ze sobą 500 płyt. Trzeba było otworzyć działalność, aby zająć się sprzedażą. Dystrybucję zleciliśmy zewnętrznej firmie. Szybko zaczęliśmy się profesjonalizować. I branża to zauważyła. Za chwilę zgłosił się do nas Staszek Soyka, później Kayah, Golden Life sami znaleźliśmy. Tak powstał Zic-Zac. To my wymyśliliśmy hologramy do oznaczania płyt, wydając w ten sposób wojnę piractwu.

A teraz próbujecie wymyślić się muzycznie na nowo, ale pod starym szyldem. Czy to nie paradoks?

Nazwa De Mono ciągle ludziom się kojarzy. Przez samą ciekawość mogą sięgnąć po naszą nową płytę „Enter”. Z drugiej strony jesteśmy zespołem, który nie jest na fali. I to sytuacja charakterystyczna dla wielu moich kolegów i koleżanek z dużym stażem. Niektórzy nie stracili na sile, bo bardzo mocno pracowali na powodzenie – taki Kazik, T. Love czy Lady Pank. My długi czas właściwie straciliśmy z powodu konfliktu. Andrzej próbował się utrzymać, ale nic ciekawego nie zrobił. Proponował kolejne mutacje piosenek, które sam w większości napisałem dla tego zespołu. Brakowało nowego pomysłu, więc publiczność straciła zainteresowanie De Mono. Czekałem aż dojdzie do porozumienia i się pogodzimy. Przez 16 lat Andrzej usiłował mi uciec, ale daleko nie uciekł, bo nie zrobił nic ciekawego, co pozwoliłoby przyznać mu rację: „Wow! To jest jakaś wizja!”.

Uważasz, że po twoim odejściu De Mono nie zaproponowało niczego wartościowego?

Cały numer polega na tym że nie odchodziłem nigdy z zespołu. To wersja wydarzeń przedstawiana przez Andrzeja na potrzeby procesu, który mi wytoczył. Andrzej otoczył się muzykami sesyjnymi i wierząc, że wystarczy jego wizerunek wokalisty zapomniał o reszcie oryginalnego składu. Nie był nigdy kreatywny muzycznie i pomysłu wystarczyło tylko na tyle, żeby oprzeć pomysł na zespół na starych przebojach których w większości jestem autorem

Wyszedł im jeden utwór – „Póki na to czas”. Napisana przez obcych autorów jedyna piosenka, za pomocą której usiłowali cokolwiek ugrać przez te 16 lat. Trochę mało. Oczywiście z finansowego punktu widzenia wynajęcie sprawnych muzyków sesyjnych było dobrym zabiegiem. Można zapłacić im ustaloną stawkę i nie trzeba się równo dzielić zyskami z partnerami. No i grać stare przeboje. Ale właśnie – ile można? One mogą być dodatkowym elementem koncertu, ale cały czas trzeba pokazywać coś nowego.

Dlatego postanowiłeś wrócić do gry? Chyba nie pierwszy raz…

W grze jestem cały czas, napisałem dużo piosenek, które powstały dla nas, ale znalazły się na płytach innych wykonawców. Chcąc promować piosenki pod szyldem De Mono potykaliśmy się o blokady stawiane przez jego prawników. Pierwsze wejście było z Rafałem Brzozowskim. Zagraliśmy trzy piosenki na Dniu Kotana jako Mono, bo był to warunek telewizji po nieuprawnionej interwencji prawników. Potem śpiewali z nami na kilku koncertach Antek Smykiewicz i Michał Karpacki. W pewnym momencie dotarło do mnie, że potrzebny jest nowy repertuar.

Czyli wszystko jasne – wróciłeś dla kasy?

Nie myślę o muzyce przez pryzmat pieniędzy. Piszę bardzo dużo piosenek, bo to lubię. Owszem, dostaję tantiemy z ZAiKS-u, mam z czego żyć. Mógłbym robić po godzinach coś innego, ale ciągle jest we nie chęć grania. Znam tę branżę dość dobrze, sporo przeżyłem i doszedłem do wniosku, że jeśli coś robić, to robić możliwie najlepiej. I warto z innymi, a nie w pojedynkę. Tym bardziej że marka De Mono którą stworzyłem ma naprawdę duży potencjał.

Z płytą „Enter” wiążesz duże nadzieje?

Ta płyta była nam potrzebna z kilku powodów. Dostajemy zaproszenia na koncerty i jeżeli będziemy uczciwie pracować, to tych propozycji będzie więcej; wcale nie z powodu samej nazwy De Mono. Album „Enter” ma pokazać, w którym miejscu aktualnie jesteśmy i że nie jest to dreptanie w miejscu. Oczywiście zawsze znajdą się ludzie, którzy przyjdą posłuchać naszych najbardziej znanych piosenek, czekając przeważnie na „Statki na niebie”. Ale są i tacy, którzy po prostu kochają muzykę. I skoro „Statki na niebie” były fajnym utworem, to chętnie wpadną posłuchać czegoś nowego. Oprócz „Kim naprawdę jesteś” oraz „Mojego miasta nocą” mamy w repertuarze większość ballad, więc potrzebujemy numerów, które rozruszają ludzi. Po to powstała płyta „Enter”.

Sporo tu elektroniki, może trochę za dużo. Czy ta płyta nie jest za bardzo gatunkowo jednorodna?

Mnie się wydaje, że nie. Bałem się nawet początkowo że jest za odważnie. Graliśmy już ze dwa, trzy nowe kawałki na koncertach i widzę po reakcjach, że się podobają. Odbiorcy i recenzenci przyjęli płytę bardzo dobrze. Myślę że dlatego, że jest szczera, bez udawania czy kalkulacji. Nie da się wykluczyć, że na początku przyszłego roku usiądziemy z chłopakami do następnych utworów. Teraz to ja byłem główną siłą mobilizującą – koledzy mieli swoje zajęcia, więc większość działań na tej płycie wziąłem na siebie. Ale kiedy przysiądziemy wspólnie, powstanie więcej ciekawych kawałków. Wiem, że z płyty „Enter” co najmniej połowa utworów będzie grana na koncertach i zbuduje naprawdę fajne widowisko.

DOBRA PIOSENKA NIE WYMAGA WIRTUOZERII – WYMAGA EMOCJI. TAK SOBIE MYŚLĘ, ŻE GDYBYŚMY GRALI LEPIEJ TECHNICZNIE, BYĆ MOŻE NIE MIELIBYŚMY TYLU PRZEBOJÓW [śmiech].

Niektórzy znani artyści, jak nagrywają nową płytę, grają co najwyżej jedną, dwie, góra trzy piosenki z premierowego albumu. Nie mówią tego wprost, ale najwyraźniej boją się odpuścić przeboje i zaryzykować artystyczną reputację z nowymi piosenkami. A czy wy bylibyście w skłonni zagrać koncert złożony wyłącznie z premierowych piosenek?

Tak. Zdecydowanie tak. Zakładam, że ta płyta da nam szansę, żebyśmy nie odcinali kuponów. Żeby to nie były cztery wesela i pogrzeb. U2 gra więcej nowych utworów, Rolling Stonesi grają więcej starych. Znowu Coldplay stawia na nowy materiał plus jakiś jeden, może dwa kawałki z pierwszej płyty. Myślę, że pójdziemy tym ostatnim tropem.

Mówisz „my”, ale ludzie myślą „oni”. Mamy przecież dwa zespoły używające jednej nazwy. Jak sobie wyobrażasz funkcjonowanie dwóch kapel pod tym samym szyldem De Mono?

Przypomnę, że to Andrzej próbuje odebrać mi prawo do nazwy zespołu. Wystąpił do sądu, żeby mnie pozbawić możliwości grania pod tym szyldem. Wielokrotnie prosiłem Andrzeja, żebyśmy porozmawiali, bo zawsze jest dla niego miejsce w zespole. Sąd koleżeński działający przy ZAiKS-ie starał się wyjaśnić Andrzejowi, że proces w sądzie będzie trudny do wygrania i może toczyć się latami, a sprawa szybko się nie skończy, bo druga strona może się odwoływać.

A czas nie pracuje na waszą korzyść.

No właśnie. Dla tego zespołu decydujące będzie najbliższe pięć lat. W końcu dojdziemy do ściany i okaże się, że to zbyt duży wysiłek grać regularne koncerty. Padła więc propozycja, żeby nazywać te zespoły De Mono Andrzeja Krzywego i De Mono Marka Kościkiewicza. Andrzej nie może grać moich piosenek, bo wycofałem je z ZAiKS-u spod ochrony publicznych wykonań. Czyli musi się obejść bez „Statków na niebie’, „Znów jesteś ze mną” albo „Kamienia i aksamitu”.

Definitywnie jesteście w stanie obejść się jeden bez drugiego na scenie?

Możliwe. Nie wiem. Andrzej powiedział, że już więcej za mną nie wystąpi. Co nie znaczy, że nie zmieni zdania. Może zrozumie, jak duży błąd popełnił, przebudowując zespół pod siebie; że nie warto było tego robić. Tylko pytanie, czy ta refleksja nie przyjdzie mu do głowy, kiedy już będzie za późno.

rozmawiał Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *