Dr Misio czy kabacki Szatan?

Arek Jakubik nie przestaje być niespokojnym duchem. Na co dzień frontman zespołu Dr Misio, od święta część duetu tworzonego z Olafem Deriglasoffem, teraz debiutuje jako solista. I jego płyta „Szatan na Kabatach” to rzeczywiście coś innego – dalej od tradycyjnego rocka gitarowego, bliżej muzyki nawet tanecznej z pewną domieszką elektroniki.

 

Z Arkiem Jakubikiem
rozmawia Jan Skaradziński

Twoja kariera aktorska ma się świetnie, grasz dużo i w filmach, które nie przechodzą bez echa, jesteś ulubionym aktorem jednego z najważniejszych współczesnych reżyserów – Wojciecha Smarzowskiego. Mówiąc skrótem – masz zajęcie, masz sukcesy. Skąd więc aż tak poważne podejście do kariery muzycznej, której nowy rozdział teraz otwierasz płytą solową?

Z tą zajętością na planie filmowym to nie jest tak do końca, jak może się niektórym wydawać. Gram tylko w filmach kinowych, na ogół w jednym-dwóch rocznie. To nie zajmuje aż tak dużo czasu, bo na razie staram się odrzucać propozycje serialowe. Ale kiedy w ubiegłym roku w kinach pojawiło się pięć filmów z moim nazwiskiem, pomyślałem, że już trochę za dużo tego Jakubika – w każdym razie niektórzy mogą poczuć się mną zmęczeni, a inni obawiać się, że wyskoczę po otwarciu lodówki. Zresztą ja sam poczułem coś w rodzaju zmęczenia, wypalenia, dlatego w tym roku postanowiłem wziąć wolne od filmu. I skupić się na muzyce.

Dziesięć lat temu zaczęliśmy się spotykać – my, panowie w średnim wieku – w garażu perkusisty najpierw dla zabawy, potrzeby wykrzyczenia, odreagowania. Potem były pierwsze koncerty Dr Misio. Potem pierwsze trasy. Potem – pięć lat temu – pierwsza płyta. I mniej więcej wtedy zrozumiałem, że muzyka daje mi coś, czego nigdy nie znajdę w aktorstwie – nawet w najlepiej zagranej roli w najlepszym filmie.

Wyobrażam sobie, że chodzi o bezpośredni kontakt z publicznością, korzystanie z jej energii, no i realizację młodzieńczych marzeń – tych sprzed lustra, z trzymaną poziomo rakietą od kometki…

Również, ale nie tylko. Aktor zawsze jest mniejszym lub większym – w zależności od roli – trybikiem w machinie. Zawsze ma kogoś nad sobą – reżysera, producenta, operatora. W filmie mówi się cudzymi słowami. Jest się w większym stopniu odtwórcą niż kreatorem, bardziej tworzywem niż twórcą. A w zespole rockowym nie mam nikogo nad sobą. Czyli wolność. No i dochodzi do tego ten szczególny rodzaj koncertowej energii, trans, zatracenie. Nie ma koncertu Dr Misio, żeby pół sali nie rozebrało się do półnaga – facetów, choć jednak nie tylko [śmiech]. Doprowadzenia ludzi do tańczenia pogo nie da się porównać do gry na żadnym planie filmowym, na żadnej scenie teatralnej. Żadnej, wierz mi!

W takim razie powiedz wprost, czy bardziej czujesz się aktorem, czy rockmanem?

Nigdy bym nie chciał stanąć przed tego rodzaju wyborem, przed koniecznością odpowiedzi na takie pytanie zadane nie przez dziennikarza, lecz przez życie.

Ale chodzi mi o to, jak sam o sobie myślisz. I nalegam na odpowiedź.

TEKSTY ŚWIETLIKA CZY KRZYŚKA VARGI PRZEPUSZCZAM PRZEZ WŁASNE EMOCJE I DOŚWIADCZENIA. NIE ODTWARZAM ICH – JA JE ZAWŁASZCZAM.

Jestem bardzo szczęśliwy, że mam możliwość funkcjonowania pomiędzy trzema planetami moich aktywności zawodowych. Trzema, bo jeszcze dochodzi reżyseria i pisanie scenariuszy – zrobiłem kilkanaście spektakli teatralnych, wyreżyserowałem dwa filmy fabularne. Za żadną cenę nie chciałbym rezygnować z którejś z tych planet. Na razie udaje mi się bezpiecznie podróżować z jednej na drugą, a z drugiej na trzecią.

W połowie listopada zeszłego roku skończyliśmy zdjęcia do „Kleru” Wojtka Smarzowskiego. Myślę, że to film, który poruszy wielu ludzi. Dopóki trwały zdjęcia, byłem na sto procent aktorem zanurzonym tylko w tym świecie wykreowanym przez Wojtka. Do tego stopnia, że potrzebowałem czegoś, co pomoże mi wyjść z jego świata, no i nie wpaść w depresję, jak to było po „Domu złym”. Bo jesteś w tym świecie przez kilka miesięcy, ale nagle kończą się zdjęcia. Budzisz się następnego dnia w swoim łóżku, a tego świata już nie ma, przestał istnieć. Zaczyna docierać do ciebie, że film się skończył. Zostaje przeraźliwa pustka. To chyba jest tak, jak u himalaisty, który wraca z wyprawy i nie może sobie znaleźć miejsca w domu. Znakomitym sposobem, żeby gdzieś schować głowę, uciec jest właśnie muzyka. W tej chwili czuję się muzykiem.

Jestem zaskoczony tym, jak poważnie podchodzisz do muzyki. Bo odbierałem cię przede wszystkim jako aktora. Zresztą założę się, że nie tylko ja. Na ulicy na pewno jesteś identyfikowany jako aktor…

To prawda. Ale wyobraź sobie, że coraz więcej ludzi podchodzi do mnie i mówi: „Ooo, Dr Misio!” [śmiech].

Wydawało mi się, że muzyka jest dla ciebie raczej takim poważnym hobby. Tylko hobby… W czym „pluszowa” nazwa Dr Misio mnie utwierdzała. Zresztą w ogóle kojarzysz się bardziej komediowo. Przecież sporo twoich najsłynniejszych ról – „13 posterunek”, mój ulubiony notariusz z „Wesela” – to nie były role dramatyczne. Ale widzę, że muzyka to rzeczywiście dla ciebie coś więcej niż myślałem. Również ze względu na to, że teraz dochodzi rola solisty.

Ten „posterunek” cały czas ciągnie się za mną. Nie spodziewałem się, że serial będzie miał taką siłę rażenia. Kiedyś szczerze nienawidziłem tego debila Rysia, ale po dwudziestu latach już nabrałem dystansu. Zdarza się, że na ambitnych filmowych festiwalach podchodzą do mnie ludzie i mówią: „Panie Arku, pan jest cudownym aktorem, uwielbiam zwłaszcza jedną pana rolę…”. Dawniej zastanawiałem się, jaki tytuł padnie – „Dom zły”, może „Wołyń”, może „Jestem mordercą” czy „Wesele”. Ale nie – słyszę, że ulubiony jest Rysio z „13 posterunku”. Kiedyś bym się chyba obraził, dzisiaj już tylko się uśmiecham. A nazwa zespołu? Na początku mieliśmy się nazywać – za przeproszeniem – Mr Hui, od piosenki traktującej o dualizmie męskiej natury, bo kręciła nas prowokacja, ale ostatecznie spękaliśmy. No bo kto by chciał słuchać Mr Huia?…[śmiech]. Grając z Dr Misio ostrego rokendrola, kładę jednak główny nacisk na przekaz i potrzebuję przestrzeni, żeby ubrać ten przekaz w cudzysłów. Bez tego mogłoby to być pretensjonalne. Wiem ile mam lat, nie założę już glanów, nie zapuszczę irokeza. To nie żadna kalkulacja, tylko raczej potrzeba schowania się za „przymrużeniem oka”. Nazwa stanowi rodzaj zabawy, gry z publicznością.

Teraz wydajesz płytę nie z Dr Misio, lecz solową. „Szatan na Kabatach” to  rzeczywiście inna, mniej rockowa muzyka, no i tym razem z własnymi tekstami. To dlatego nagrania firmujesz imieniem i nazwiskiem, a nie z przyczyn ambicjonalnych?

Mam niebywałego farta, że na swojej drodze spotykam odpowiednich ludzi. Jednym z nich jest Olaf Deriglasoff, który wyprodukował dwie pierwsze płyty Dr Misio, i z którym dwa lata temu nagrałem „40 przebojów” – taki nasz dwójkowy, ekstrawagancki album, zupełnie niekomercyjny. Dlatego producentem muzycznym ostatniej płyty Dr Misio „Zmartwychwstaniemy” był ktoś inny – młody, niebywale zdolny Kuba Galiński, który pracował z Rusowicz, Nosowską, Dąbrowską, Panasewiczem, Wilkami, Roguckim, czyli ze wszystkimi. Pamiętam, że kiedyś w trakcie dwójkowej sesji nagraniowej zabrakło nam pomysłu na aranżację kolejnego kawałka Dr Misio. Wtedy Kuba wyjął gitarę, zagrał akordy i zapytał; „A masz jakiś tekst?”. „No pewnie” – odpowiedziałem. „To dawaj, spróbujemy”. I tak w ciągu pracy nad płytą Dr Misio nagraliśmy trzy kawałki zupełnie dla siebie. Okazało się, że mamy ten sam rodzaj wrażliwości i energii. Już wtedy wiedziałem, że będę z nim chciał zrobić solową płytę. On jest jej współautorem.

A kwestia tekstów?

W FILMIE MÓWI SIĘ CUDZYMI SŁOWAMI. JEST SIĘ BARDZIEJ TWORZYWEM NIŻ TWÓRCĄ. A W ZESPOLE ROCKOWYM NIE MAM NIKOGO NAD SOBĄ.

Mam tę przyjemność, że jeden z moich idoli, Kazimierz Staszewski, jest swego rodzaju admiratorem Dr Misio. Zawsze po premierze każdej mojej płyty z napięciem i niecierpliwością czekam na sygnał od niego. No i po płycie „Zmartwychwstaniemy” napisał mi, że się podoba, ale może na następnej powinienem zaśpiewać też swoje teksty. Obiecałem mu, że coś takiego rzeczywiście się wydarzy. I się wydarzyło. Jestem współautorem większości tekstów na „Szatanie na Kabatach”. Dlatego pewnie to najbardziej intymna, prywatna płyta ze wszystkich, jakie nagrałem. Teksty są tym ważniejsze, że nie ma tutaj ostrej sekcji, nie ma rzężących gitar. To coś zupełnie innego od Dr Misio. Fani będą skonfundowani. Ale właśnie o to mi chodziło.

Rozumiem, że bardziej utożsamiasz się ze swoimi tekstami? I że lepiej ci się je śpiewa?

Nie, to nie ma znaczenia. Ja teksty Świetlika [Marcina Świetlickiego] czy Krzyśka Vargi przepuszczam przez własne emocje i doświadczenie. Nie odtwarzam ich – ja je zawłaszczam.

Zamierzasz teraz pójść w stronę solową czy Dr Misio?

Nie mam pojęcia, zobaczymy, jak to się ułoży. To się samo, naturalnie wydarzy. Tak jak było w przypadku „Zmartwychwstaniemy”. Wymyśliłem sobie, że trzecia płyta Dr Misio powinna być jeszcze mocniejsza niż „Pogo”, taka w stylu Rage Against The Machine, które u mnie leci na okrągło. Ale nagle zobaczyłem, że moje ciało i głowa ciążą w zupełnie przeciwnym kierunku. Więc teraz nie robię tego rodzaju muzycznych planów. Żadnych nie robię.

Aktorzy śpiewali zawsze, ale od pewnego czasu robią to często na rockowo, a nie w stylu Przeglądów Piosenki Aktorskiej; wiesz, „Ból targa mym trzewiem / I nic więcej nie wiem”, jak to ujął Janerka. Policzmy: Paweł Małaszyński, Julia Pietrucha, ty, można dodać jeszcze Piotra Roguckiego, choć dla mnie to bardziej wokalista, który bywa aktorem, a nie odwrotnie. Zgodzisz się z istnieniem takiego zjawiska?

Ani Paweł, ani Julia, ani ja nie stanęliśmy przed koniecznością wyboru, przed jaką onegdaj stanął Piotrek. A dla mnie PPA – umowne PPA, bo sam festiwal teraz diametralnie się zmienił – został głównie we wspomnieniach. Ale nie wiem, nie chcę mówić za innych. Ja tam zawsze wolałem rocka.

 

rozmawiał Jan Skaradziński
Fot. Rafał Kudyba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *