Łosowski: Mogłem utknąć w muzyce rockowej

Trwa fonograficzna ofensywa grupy Kombi. Po wydaniu „Nowego albumu” z premierowymi piosenkami oraz urodzinowej płyty live „Koncert 40-lecia”, zespół Sławomira Łosowskiego przygotował dla fanów kompaktową reedycję „Koncertu 15-lecia”. Na tym nie koniec planów. Bo w szykowana jest płyta z remiksami, tylko instrumentalna i – być może – z orkiestrą symfoniczną.

 

ze Sławomirem Łosowskim
rozmawia Konrad Wojciechowski

Sopot to ważne miejsce w historii Kombi – tutaj na Pop Session zaczynaliście wielką karierę, tutaj fetowaliście wasze 10-lecie, a później 15-lecie. Przypadek? Nie sądzę! – żeby zacytować klasyka.

– Wszystko się zgadza, ale po kolei. Z Sopotem naturalnie się związaliśmy, ponieważ Bałtycka Agencja Artystyczna, która powstała w tym mieście, objęła patronat nad naszym zespołem. Dogadałem się z ówczesnym dyrektorem Andrzejem Cybulskim na współpracę, kiedy jeszcze występowaliśmy pod nazwą Akcenty, a do Kombi była daleka droga. Agencji podlegała więc sopocka Opera Leśna, w której odbywały się koncerty, a także imprezy na terenie miasta. Nasz pierwszy duży występ po zmianie szyldu na Kombi odbył się w ramach Pop Session 1976 właśnie w amfiteatrze Opery Leśnej. Później były koncerty Muzyki Młodej Generacji w Teatrze Letnim – pod wielkim namiotem, blisko morza i w Grand Hotelu. A występowaliśmy jeszcze na tamtejszych kortach tenisowych oraz na placu przed molo. Sopot był więc ograny maksymalnie.

Jeśli jeszcze wspomnimy, że skomponowałeś melodię, która była oficjalnym sygnałem festiwalu sopockiego, to już się absolutnie nie wyprzesz jakichkolwiek związków z tym miastem.

– To był akurat moment, kiedy festiwal na kanwie wolności wyszedł z państwowego obszaru działania i Wojtek Korzeniewski – nasz menedżer – przejął tę imprezę i ją sprywatyzował. Zwrócił się więc do mnie, żebym skomponował sygnał festiwalowy. I tak powstało „Kombi Sopot”. Fajny utwór. Nie ma go na żadnej płycie, ale kiedyś go nagramy i gdzieś dorzucimy. Daję słowo!

Co do Wojtka, Sopotu i naszych koncertów jubileuszowych, to pamiętam, że koncert z okazji 10. urodzin Kombi nagrywała firma, którą Wojtek wynajął z Warszawy. Natomiast zapis 15-lecia był już rejestrowany na moim sprzęcie. Ale i tak nagrywaliśmy trochę na wariata, bo wtedy nie było idealnych warunków technicznych. Z drugiej strony muszę przyznać, że na tej płycie dużo wyraźniej nagrała się reakcja publiczności niż podczas produkcji albumu na 40-lecie Kombi. W 1991 roku dysponowaliśmy nagłośnieniem mniejszej mocy, toteż mikrofony skierowane w stronę widowni lepiej zebrały dźwięk.

Czy jakoś specjalnie przygotowywaliście się do koncertu 15-lecia? Często słyszało się o tak zwanych obozach kondycyjnych, na które wyjeżdżały zespoły, a to, co tam się działo, obrastało później legendą…

– Zrobiliśmy parę prób u mnie w domu. Części utworów nie graliśmy przez wiele lat, np. „Leniwe sny”, „Wstawaj, wstawaj – jesteś wolny”, „Hej rock and roll”, więc była okazja, żeby je sobie (i publiczności) przypomnieć. Na koncertach regularnie wykonywaliśmy utwory z płyt „Nowy rozdział” i „Kombi 4”. A tu się trzeba było cofnąć w czasie.

A propos starszych piosenek, na pamiątkowej płycie z okazji tamtego koncertu, znalazły się nie tylko wczesne przeboje Kombi, ale również piosenki nie tak doskonale znane przez przeciętnego słuchacza. Mam na myśli np. dwa utwory autorstwa Jerzego Wertensteina-Żuławskiego, czyli „Wejdź siostro, wejdź” i „Wstawaj, wstawaj – jesteś wolny”. Jaki masz stosunek do jego socjologizujących tekstów?

– To były dobre teksty. Wertenstein-Żuławski napisał też tekst do utworu „Nie mam nic” z płyty „Królowie życia”, ale do programu koncertu 15-lecia włączyłem wspomniane przez ciebie dwa. Ten rodzaj klasycznego rockowego grania był tylko przejściowy i dotyczył kilku utworów, gdy jeszcze stałem na rozdrożu, w jakim kierunku powinna pójść muzyka zespołu. Dopóki nie zgromadziłem instrumentarium umożliwiającego mi granie takiej muzyki, jaką gram do dziś, serio zastanawiałem się, czy nie utknąć w czysto rockowej konwencji. Przeważyło jednak to, żeby pokazać coś innego, bo rockowi klawiszowcy trochę znikali w brzmieniu gitar. Należało więc odejść od utartych rockowych wzorców, co robiłem w miarę jak moje możliwości brzmieniowe się rozszerzały. W ten sposób powstał styl Kombi. Niezależnie od tego utwory z tekstami Wertensteina-Żuławskiego są częścią dorobku Kombi i takie pozostaną.

Kiedy nastąpił stylistyczny przełom w muzyce Kombi?

– W połowie lat 80. miałem komplet instrumentów klawiszowych, które pozwoliły wykreować brzmienie nadające charakter zespołowi. Wiadomo, Deep Purple stosowało zestawienie gitary i organów. Tak samo The Doors. Ale nam chodziło o to, żeby się nie cofać, tylko wydeptać nowe ścieżki, znaleźć własny klucz do brzmienia, które będzie rozpoznawalne w każdych warunkach. Dlatego wyeksponowałem bardziej klawisze i brzmienia elektroniczne. Sporo słuchałem amerykańskiego jazzu elektrycznego – moim idolem był Zawinul. I choć nie implementowałem jego idei do mojej muzyki, gdzieś podprogowo na mnie działał.

Hancock czy Corea to też wielcy jazzmani, którzy wyeksportowali swoją muzykę w bardziej strawne rejony.

– Tak samo Jan Hammer, George Duke, Klaus Doldinger i wielu innych, których wtedy słuchałem. Oni również wykonywali muzykę, która fajnie się sprawdzała w warunkach koncertowych, bo była energetyczna, a zastosowanie nowych instrumentów ją wzbogaciło. A Michał Urbaniak co robił? To samo. Tak było w wielkim świecie, a Kombi w ogólnym planie brzmieniowym było nową jakością na polskim rynku, chociaż nie wyważaliśmy otwartych drzwi, nie stworzyliśmy nowego kierunku w muzyce. Były klawisze, była gitara i to ze sobą dobrze korespondowało. Najważniejsze, że wtedy i dzisiaj po kilku taktach można rozpoznać, że to gra Kombi.

Klawisze często kojarzą się z prostą muzyką dyskotekową albo jeszcze gorzej: z disco polo. Ale ty generowałeś z nich szlachetniejsze brzmienia. Jakim cudem?

– Przede wszystkim posługuję się instrumentami głównie analogowymi lub takimi, jak kiedyś DX7, a dzisiaj np. Poly Evolver, które mają możliwości dużej ingerencji w brzmienie. Poza tym tworzyłem – i nadal to robię – własne sample, nagrywając odgłosy natury i dźwięki, od uderzenia w duży kocioł po artykułowane moim głosem… Dzięki pewnym przeróbkom moich syntezatorów ciągle poddaję dźwięk przemianom, od prostych wibracji do radykalniejszych zmian barwy i wybrzmienia. Na koncertach uzyskuję to zarówno poprzez zmiany położenia odpowiednich gałeczek, ale także nogami, pod którymi mam dwa pedały. To wszystko razem, plus wykorzystanie sekwencerów do basów i perkusjonaliów elektronicznych, daje razem klarowny obraz dźwiękowy i jest nasycone dobrym dźwiękiem.

Masz swoją ulubioną solówkę klawiszową w którymś utworze?

– Lubię wszystkie solówki, które gram współcześnie, np. solo w „Za ciosem cios”, choć w oryginale nie było tam sola – dobudowałem je po latach. W utworze „Taniec w słońcu” też zawsze grałem solo. Kiedyś na Korgu, teraz na Prophecie, bo jest ciekawsza barwa. Jedna z najbardziej ulubionych solówek jest w utworze „Bez ograniczeń energii” wykorzystanym w programie „5-10-15”.

Program sopockiego koncertu Kombi z 28 lipca 1991 roku

Wracając do 15-lecia – sięgnęliście i po starsze piosenki, i po muzyków, którzy kiedyś grali w waszym zespole. Dlaczego zaproszony został akurat Jerzy Piotrowski?

– Ciągle podkreślam udział Jurka w tamtym koncercie i jego wkład w Kombi, bo to był bardzo ważny muzyk w okresie naszych największych sukcesów z lat 80. i wtedy najlepszy bębniarz w Polsce. On dał nam mocnego kopa do przodu swoją grą! Niestety musieliśmy się rozstać – z powodów komunikacyjno -geograficznych, ponieważ Jurek był ze Śląska, a my mieszkaliśmy na Wybrzeżu. Ale na jubileusz przyjechał i fajnie zagrał.

A dlaczego na tak ważnym koncercie zabrakło jego poprzednika Jana Pluty? W hierarchii zespołu był naturalnie tym czwartym i to on wymyślił nazwę kapeli.

– Chciałem zaprosić Janka, ale organizatorzy nie dali na to środków. Jasiu potrzebował pokrycia zwrotu kosztów podróży z Niemiec, a to nie były małe pieniądze. Relacja złotówki do marki zachodniej w przeliczeniu na ówczesne pieniądze miała się tak, jak rakieta tenisowa do rakiety kosmicznej. Jurek mieszkał w Polsce a Janek gdzieś na południu Niemiec. Chciał jechać samochodem, ale jak się dowiedział, że nie dostanie zwrotu za paliwo, to dał sobie spokój.

A nie korciło cię, żeby na tak wyjątkowe wydarzenie zaprosić gości spoza zespołu? O ile pamiętam, zawsze świętowaliście w swoim gronie. Co było tego przyczyną?

– Występy z gośćmi to był zawsze kłopot, bo koncerty jubileuszowe generowały spore koszty i trudno było wynegocjować duży budżet. Nie mieliśmy takich funduszy. Bo gościowi trzeba – poza honorarium – zapewnić hotel, zwrócić za dojazd. W PRL-u to było mało wykonalne, a i na samym początku lat 90. trudne do zrealizowania. Pamiętajmy, że rynek muzyczny ledwo dyszał. Część muzyków – mówię o osobach z mojego pokolenia – przebywała na emigracji. Nowych twarzy praktycznie nie znałem. Poza tym zaproszenie gościa wymaga prób i czasu, którego wtedy nie było. Byłem zawalony pracą w związku z całym koncertem – musiałem zabezpieczyć produkcję nagrania, doglądałem nagłośnienia i innych technicznych spraw. No a do tego wszystkiego jako klawiszowiec też musiałem się przygotować do koncertu.

15-lecie odbywało się pewnie w innej atmosferze niż świętowanie 10-lecia. Mamy 1991 rok. Kombi się rozjeżdża i za moment przestanie grać. Czułeś, że nadchodzi koniec?

– Ono się jeszcze nie rozjeżdżało. Tego nie wiedziałem, czy Grzegorz odejdzie teraz, czy za 10 lat. Na koncercie 15-lecia debiutował w zespole nowy bębniarz – mój syn Tomek. Miałem jeszcze plany na najbliższe lata w tym składzie. Rok później Grzegorz i Waldek odeszli z zespołu. Poza koncertem 15-lecia zagraliśmy jeszcze inne koncerty w ciągu tego roku, choć oczywiście ten był najbardziej znaczący i przeszedł do historii jako jeden z ważniejszych w wykonaniu Kombi w starym składzie.

Po odejściu Grzegorza i Waldka odpuściłem sobie granie. Głównie ze względu na chorobę żony, ale wcześniej przesłuchiwałem kilka osób, które m.in. podsyłał mi Marek Dutkiewicz. Orientowałem się, jak grają i śpiewają ludzie w Trójmieście. Ale w Bydgoszczy, Katowicach, Krakowie czy Warszawie – nie! Chodziło mi o pozyskanie zdolnych ludzi, którzy podniosą poprzeczkę muzyczną zespołu. W tym czasie nie było łatwo dotrzeć to takich kandydatów. Dzisiaj wchodzisz na YouTuba i wszyscy, którzy umieją grać lub nie umieją, produkują się w internecie. Masz duży przekrój. I coś wiesz. Wtedy nic nie wiedziałem. Jeśli nie poszedłeś do klubu i kogoś nie posłuchałeś, to nie wiedziałeś, że taki facet istnieje. Ale jak się miałeś dowiedzieć ty, mieszkający w Trójmieście, o kimś grającym na Śląsku? Dziś piszesz maila, a wtedy sygnały komunikacyjne trzeba było nadawać niemal tam-tamami. Albo puszczać sygnały dymne, niczym Indianie [śmiech]. Ja nawet długo nie miałem w domu telefonu stacjonarnego. Korzeń [Wojciech Korzeniewski – przyp. KW] mi go załatwił, ale dopiero pod koniec lat 80. A wcześniej jak musiałem gdzieś zadzwonić, chodziłem do budki telefonicznej albo do moich przyjaciół pracujących w administracji mieszkaniowej. Byli fanami Kombi, więc pozwalali mi od czasu do czasu wybrać rozmowę zamiejscową i zadzwonić ze służbowego telefonu. I wydzwaniałem do Warszawy, do Sylwina [drugiego z menedżerów Kombi – przyp. KW]. To była komedia. Ale takie mieliśmy czasy. To tak na marginesie o poszukiwaniu nowych muzyków do Kombi.

Jakich kandydatów podsyłał ci Dutkiewicz?

– Nie mogę podawać nazwisk, bo jedna z tych osób nadal funkcjonuje na rynku, tylko że z dala od rynku muzyki pop. Dudek podesłał mi między innymi gościa, który występował w musicalu „Metro”. Podsyłał mi ludzi z Warszawy. Mieli niezłe możliwości, ale najlepiej wypadł inny kandydat, nie od Dudka. Nic z tego jednak nie wyszło, bo w związku ze wspomnianą sytuacją rodzinną postanowiłem zawiesić działalność.

Obecnie nie masz tego kłopotu, bo Kombi od kilku lat działa w nowym, mocno osadzonym składzie. Pozostaje koncertować i nagrywać nowe płyty. Podobno czeka cię bardzo pracowity rok?

– No tak, bo w planach jest płyta z remiksami, płyta instrumentalna… A nieoczekiwanie dostaliśmy propozycję koncertu i ewentualnego nagrania płyty z orkiestrą symfoniczną i teraz nad tym pracuję. Zobaczymy co czasowo da się zrobić jeszcze w tym roku.

To się o kilka lat spóźniliście, bo chyba wszystkie liczące się polskie zespoły już taką płytę nagrały…

– Fakt, ale nasz album, jeśli dojdzie do jego nagrania, będzie nieco inny. Co najmniej jedna trzecia programu to będą utwory instrumentalne. Dotychczas zespoły nagrywały tylko piosenki. Nie wiemy jeszcze czy będzie to tylko koncert, czy też płyta. Mamy nadzieję, że także płyta. W programie znajdzie się kilka wartościowych, mniej znanych piosenek, wybranych według pewnego klucza tematycznego. Nie idziemy na łatwiznę i nie obstawiamy tylko samych hitów. Przede wszystkim będą też piosenki z aktualnego „Nowego albumu”.

Orkiestry symfoniczne były są i będą. Więc naturalne jest dla każdego zespołu z dorobkiem, że prędzej czy później może nastąpić wspólne granie z orkiestrą. Nie chodzi nam o jakiś artystowskie ambicje czy figielki. Dodam, że pomysł na Kombi z orkiestrą wyszedł od… orkiestry, a nie od nas i nie ma powodu, aby tego pomysłu nie zrealizować.

rozmawiał Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *