Moim ojcem był blues, a matką ballada

Niezależnie od orientacji muzycznej nie można nie znać skomponowanych przez nią piosenek. Ale ona sama szczególną wagę przywiązuje do większych form. Jest aktywna od końca lat 50. do dziś i nie zwalnia tempa. Katarzyna Gärtner opowiada nam o swojej niezwykłej drodze muzycznej przez niezwykłe czasy, a podczas tej opowieści co rusz wyskakują nazwiska-legendy, zresztą nie tylko polskie, bo także pewnego Anglika i jego żony Japonki…

 

Katarzyną Gärtner
rozmawiał Jan Skaradziński

 

Ludzie znają cię przede wszystkim jako kompozytorkę, tymczasem sama kiedyś określiłaś się jako pianistka jazzowa.

Zaczynałam jako pianistka, grałam jazz już od dwudziestego czwartego roku życia. Chodziłam do szkoły muzycznej – nawiasem mówiąc z Wojtkiem Karolakiem, Andrzejem Dąbrowskim, Markiem Tomaszewskim i Wackiem Kisielewskim. Graliśmy ragtime’y, dixie, bluesy. Zagrałam recital z Dudusiem Matuszkiewiczem w 1958 roku w Hybrydach. Ale ćwiczyć przed konkursem Chopinowskim mi się nie chciało, bo i po co. A że moja mama na skutek konfliktu z partią straciła mieszkanie w Świdnicy Śląskiej, musiałam zacząć wcześnie zarabiać. Grałam chałtury po estradach żeby się tylko utrzymać, ale nie byłam dobrym akompaniatorem. Solistom ciągle coś poprawiałam w nutach i wszyscy szybko mieli mnie dosyć. W końcu ktoś mnie posłał do radia, do dyrektora Szpilmana. Wtedy do takich osób można było po prostu wejść bez przepustek. Powiedziałam mu, że komponuję piosenki i pokazałam swoje prace. Wszystkie te piosenki znalazły się na antenie, a nawet dał mi najlepszych autorów tekstów i muzyków do nagrań. Od tej pory mówię, że urodziłam się w radiu, moim ojcem był blues, a matką ballada.

Ja jednak twój styl pozwolę sobie nazwać „przetworzonym folkiem”. Zgodzisz się?

Moja pierwsza znana kompozycja – „Tańczące Eurydyki” – to fraza jazzowa, zresztą potem Kurylewicz grał to na Jazz Jamboree. Ale folk – w tym wypadku góralski – jakby na mnie czekał. Dosłownie. W 1971 roku po powrocie ze stypendium dostałam libretto Ernesta Brylla „Na szkle malowane”. Mój tata urodził się w Zakopanem, kiedy sobie popił śpiewał tamtejszą gwarą, więc to nie były obce mi klimaty. Po premierze w teatrze zaprosiłam do nagrania płyty Rodowicz, Frąckowiak, Niemena, Skaldów, Grunwalda, Dwa Plus Jeden oraz Andrzeja Rybińskiego, którego zgarnęłam dosłownie z ulicy. Bo od początku potrafiłam znajdować talenty wokalne dosłownie wszędzie. Potem był „Śpiewnik Śląski – Pozłacany warkocz”, zamówiony przez miasto Katowice. Moja babcia była Ślązaczką, tak samo mama, więc ja w połowie też jestem. Godom i dobrze znam ten folklor. Piosenki z „Pozłacanego warkocza” trafiły pod strzechy. „Na szkle malowane” grają teatry po dziś dzień, nawet za oceanem. Wciąż sprzedają się płyty. Natomiast nie nagrano „Śpiewnika Kaszubskiego”, zrealizowanego – to już lata 90. – w Nadbałtyckim Centrum Kultury i wystawionego w Gdańsku. Ten koncert sama nagrałam na taśmę filmową – niestety się spaliła. Świetnie śpiewali tam Paweł Kukiz i wówczas osiemnastoletni Kuba Badach. Tata go przywiózł do mnie na wieś mówiąc, że „coś trzeba z chłopakiem zrobić, bo ma talent”. Miło mi, że u mnie zadebiutował, bo dziś to jeden z naszych najlepszych wokalistów. Został mi jeszcze do skończenia czwarty folk – „Śpiewnik galicyjsko-żydowski. Może kiedyś…

Tak, masz rację, moje motywy melodyczne często wywodzą się z folku, ale aranżacje już nie – to raczej country, soul, rock, „czarny dance”. Co odróżnia te piosenki od mainstreamu.

Jeszcze przed „Na szkle malowane” powstała prekursorska, śmiało można powiedzieć że legendarna Msza Beatowa „Pan przyjacielem moim” – zresztą najbardziej rockowa rzecz w twoim dorobku.

Do napisania Mszy Beatowej zostałam zainspirowana przez Agnieszkę Osiecką. Z błyskiem w oku opowiedziała mi o mszy czarnych babtystów, na której była w Ameryce. Tamtejszy pastor dał jej kawałek wersetu i piękną radę, żeby napisała wokół tego song „O Lord show my way….”. Napisała strofę: „O Panie, taką mnie ścieżką prowadź / Gdzie śmieją się  śmiechy w ciemności / Gdzie muzyka gra…”. I wtedy nagle pojawił się u mnie ksiądz Leon Kantorski, proboszcz z Podkowy Leśnej, w której wtedy mieszkałam, zresztą niedaleko kościoła. Ksiądz poprosił mnie o napisanie muzyki do mszy w stylu bigbeatowym. Miała być grana w Podkowie co niedziela dla młodzieży. Żałuję tylko, że byłam za słaba, żeby przeforsować Agnieszkę do opracowania libretta. Ksiądz Leon wolał Kazimierza Grześkowiaka – no i to on rzeczywiście napisał teksty. Może jednak nic takiego się nie stało. Msza powstała, a song nie przepadł. Bo kiedy później Agnieszka przyjechała do mnie na wakacje nad jezioro, dopisała zwrotki i tak się narodziła piosenka „Wielka woda” zaśpiewana przez Marylę Rodowicz.

Mam marzenie – zrealizować koncert taki, jaki był pół wieku temu. Czyli Msza Beatowa z chórem, orkiestrą i do tego z „Wielką wodą”. Bo to tak naprawdę był pierwszy gospelowy song w Polsce.

Mówiło się, że ksiądz Kantorski był bardzo odważny. Potwierdzasz?

WSZYSCY DZIŚ NARZEKAJĄ NA KOMUNĘ, ALE JA MAM INNE ZDANIE. W KOMUNIE ARTYSTA BYŁ KIMŚ, MOŻE KOMUNIŚCI MIELI KOMPLEKSY WOBEC ARTYSTÓW

Oczywiście!  Wiele razy był przez swoich przełożonych wzywany na dywanik. Mówił, że to nie ma znaczenia – ważne, że Msza Beatowa się rozeszła po kościołach w całej Polsce. Pod koniec życia prosił mnie, żeby kontynuować jego dzieło. Chciał, żeby Msza poszła w świat. Obiecałam mu wydać nową płytę z Mszą oraz nakręcić film z jej częściami, który teraz właśnie produkuje mój mąż Kazimierz [Mazur, aktor znany z „Nocy i dni” i „Barw szczęścia”].

„Kyrie” Kazik kręcił na Pustyni Błędowskiej. W czasie przerwy w zdjęciach ktoś wykopał z piasku trzymetrowy krzyż i go wywiózł (ciekawe jak, bo tam samochód nie wjedzie). Krzyż był skropiony czerwoną farbą filmową, a ludzie myśleli, że prawdziwą krwią… „To je Polsko”!

Czy do skomponowania mszy potrzebna jest wiara?

Urodziłam się w rodzinie chrześcijańskiej, w domu nadal obowiązuje tradycja świąt. Nauczono mnie również, że trzeba przestrzegać przykazań. Żeby wszyscy tak robili, świat byłby piękny.

Wiem, że ktoś bardzo ciekawy podpisał ci się w Londynie na okładce płyty z Mszą Beatową nagraną przez Czerwono-Czarnych…

Podczas stypendium w Londynie pod koniec lat 60. John Peel wprowadzał mnie do studiów na Abbey Road, gdzie John i Yoko przesiadywali i improwizowali, a  wszystko było nagrywane na stoły, przy których siedzieli realizatorzy. Byłam główną atrakcją wśród stypendystów ze Wschodu, nazywali mnie „Kasią z krainy białych niedźwiedzi”. Było tam mnóstwo stypendystów z różnych dziwnych krajów, byli muzycy oraz krewni i przyjaciele królika. Młodzież siedziała na podłodze w oparach słodkiej marychy, a gary tak waliły w brzuch decybelami, że nie szło wytrzymać. Przeboje, które znamy, powstawały na oczach uczestników tych jam sessions. To była wspaniała szkoła tworzenia piosenek. I nic, że brakowało kawałka melodii albo tekstu – potem się dorobi. Grunt, że był riff i był czad. John dostał ode mnie płytę z Mszą. Na okładce namalowali z Yoko swoje wizerunki i oddali mi ją mówiąc: „Płytę przesłuchamy, a to sobie schowaj. Kiedyś ci się przyda”. Nie wiem, co mieli na myśli. Muzeum? Okładkę powieszę na nowej ścianie nad fortepianem jako „never ending inspiration”. Po prostu jest to fantastyczna pamiątka od fantastycznych ludzi.

Msza Beatowa to pierwsza z twoich większych form. Miała wpływ na następne?

Po mszy napisałam w sumie dwanaście dużych form. Są grane tu i tam w teatrach nie tylko w Polsce. Wolę duże formy. Piosenki w nich pełnią rolę służebną. Lubię ogarnąć dramaturgię muzyczną. Bo takowa jest w dużym dziele konieczna.

A jak przyjmujesz to, że ludzie kojarzą cię jednak nie z formami dużymi, lecz wręcz przeciwnie?

To dobrze i fajnie, że mnie tak kojarzą. Niech mnie kojarzą jak chcą.

Małgośkę” można bez większego ryzyka nazwać polskim przebojem wszech czasów. Sama zgadzasz się z takim wyborem publiczności?

Bardzo się zgadzam. Przecież piszę dla ludzi. Cieszy mnie, że „Małgośka” albo na przykład „Weselne dzieci” zostały ludziom w głowach. Nie każdy chodzi do teatru, chociaż takie „Srebrne dzwony” były zagrane dziewięć razy w cyrku Intersalto w Warszawie, bo gdzie indziej nie znalazło się dla nich miejsca. Wystawił je Krzysztof Jasiński – inni nie chcieli. Jedni się mądrzyli, że jest to dzieło o Armii Czerwonej, a jeszcze inni, że za mało podkreślone są zasługi Armii Czerwonej. „Srutu tutu, pęczek drutu” – nikomu nie dogodzisz. Polityka w sztuce mnie wkurza!

Małgośka” znalazła by się także na czele własnej listy przebojów Katarzyny Gãrtner?

 U mnie na czele jest „Wielka woda”. Jednak. Tu są momenty mistyczne. Po czterdziestu latach ten utwór u ludzi wywołuje euforię na koncertach, niezależnie kto go wykonuje. Kiedyś chciałam „Wielką wodę” przesłać Whitney Houston, ale nie zdążyłam.

Obstawiałem raczej „Pannę pszeniczną”. A zmieści się na podium?

Jest to przecież pieśń maryjna. Wszędzie, gdzie Halinka Frąckowiak ją śpiewa, odbiór jest niesamowity.

Spotkałaś na swej drodze mnóstwo znanych osobowości reprezentujących przeróżne generacje i style. Ciekaw jestem, jak ci się z nimi pracowało? Jak ich zapamiętałaś? Zacznijmy od samego początku, czyli od Mieczysława Fogga. Każdy go zna,  ale prawie nikt osobiście.

Poznałam go na takim obozie, gdzie zaproszono mnie do babskiego zespołu Klipsy.

Byłam wtedy bardzo młoda, miałam szesnaście lat. Z Klipsów mnie wyrzucono, bo grałam nie tak jak chcieli, ale to inna historia. Fogga pamiętam jako bardzo eleganckiego, wytwornego starszego pana.

Anna German?

Anna i Katarzyna, czyli Tańczące Eurydyki

Ania nie była moim „wynalazkiem”, lecz starego Szurmieja [Szymona, byłego dyrektora Teatru Żydowskiego]. We Wrocławiu razem pracowałyśmy – ona śpiewała,  ja grałam. To Szurmiej wymyślił, że są dwa talenty, które trzeba razem wypromować – czyli ją i mnie. I posłał nas do Warszawy. Ministerstwo Kultury bardzo się nami zainteresowało. Powiedzieli: „Słuchajcie dziewczyny, przygotujcie jakiś utwór na Opole”. Ja jak zwykle nie zdążyłam, więc posłali Anię z inną piosenką. Lecz potem powiedzieli nam, że mamy jechać do Rzeszowa do tamtejszej Estrady. Pojechałyśmy i tam zrobiłyśmy „Tańczące Eurydyki”.

Czy popularny serial rosyjski dobrze przedstawia German?

Dobrze. Ania taka była, choć siłą rzeczy zdarzają się odstępstwa od realiów. Ale to jest świetna robota filmowa. Widać, że nie oszczędzali. Oglądałam ten serial z przyjemnością. Tymczasem w filmie „Skazany na bluesa” o Ryśku Riedlu prawdy jest co kot napłakał.

Właśnie, Riedla też znałaś. Więcej, w jakimś sensie go odkryłaś.

Riedel to była życiowa sierota. Trzeba się było nim zajmować. Na przykład po nagraniach odwieźć do domu, bo by się zgubił. Ale dla takiego talentu mogłam być nawet niańką albo szoferem. W 1981 to ja zawiozłam Ryśka do Jarocina. Mało kto wie, że wtedy zostałam przez przypadek – albo nie przez przypadek, bo nie ma przypadków – matką chrzestną TSA z Piekarczykiem. Siedzimy po koncertach z Chełstowskim, Sylwinem, redaktorami z Trójki i mówię im że, zwróciłam uwagę na pewnego chłopaka, który ma złoto w gardle i do tego feeling. A w Nysie na przeglądzie słyszałam trio, grało bardzo dynamicznego rocka. Może by ich tak pożenić? Kto nie wierzy, niech przeczyta jego książkę „Zwierzenia kontestatora”. Zobaczy, jak wygląda prawda od tyłu.

Z Markiem spotkałam się po trzydziestu paru latach. Dzisiaj śpiewa w mojej Mszy Beatowej.

Czesław Niemen?

Wielki, geniusz. Był łagodnym, sympatycznym człowiekiem, mimo że miał swoje dziwactwa. W  „Na szkle malowane” powierzył mi aranżacje z Akwarelami nagrań piosenek, które znalazły się na płycie. Podobnie rzecz miała miejsce w „Srebrnych dzwonach”. Czesław był taki sam jak ja. Nie zdążył z nagraniami na pierwsze wydanie winylu, dopiero radio wydało CD z jego udziałem.

Ale najbardziej kojarzysz się z dwiema paniami, z Marylą Rodowicz i Agnieszką Osiecką – czego symbolem „Małgośka”. Czy wy tylko razem pracowałyście, czy również przyjaźniłyście się?

JEDNI SIĘ MĄDRZYLI, ŻE JEST TO DZIEŁO O ARMII CZERWONEJ, A JESZCZE INNI, ŻE ZA MAŁO PODKREŚLONE SĄ ZASŁUGI ARMII CZERWONEJ. NIKOMU NIE DOGODZISZ. POLITYKA W SZTUCE MNIE WKURZA

O, przyjaźniłam się bardzo i z jedną, i z drugą w równym stopniu. Byłyśmy zżyte. Razem jeździłyśmy na wakacje. Znane jest nasze symboliczne zdjęcie z Kasprowego Wierchu. Ja z lewej, Agnieszka w środku, Maryla z prawej. Jeździłyśmy do Krzyży na Mazurach, a  Maryla  stamtąd  do Drohiczyna, gdzie Daniel [rzecz jasna Olbrychski] miał konie. Jeździłyśmy do Sopotu, gdzie przy stoliku w kawiarni Grand Hotelu powstała „Małgośka”. Cieszę się, że w tym wielkim zbiorze wspaniałości muzycznych powstałych w Polsce przez pół wieku mamy swój udział.

Poważny udział. Byłyście, można powiedzieć, królowymi tamtych czasów. Celebrytkami, ale w przeciwieństwie do współczesnych z prawdziwym artystycznym pokryciem. Młodość, sława, wena i pieniądze… Musisz ten okres cudownie wspominać.

Młodość i wena tak, ale pieniądze… Kupiłam sobie fiata, potem poloneza. Takie to były pieniądze.

No, Maryla jeździła czymś lepszym.

Tak, porsche. Zawsze miała skłonność do porsche. Ja miałam inną słabość – uwielbiałam ziemię i życie na łonie przyrody. Nadal uwielbiam. Żałuję, że nie kupiłam działki w Podkowie Leśnej. Mój ówczesny mąż nie chciał mieszkać w Podkowie, wyrwał mnie do Warszawy, lecz to był błąd.

Wszyscy dziś narzekają na komunę, ale ja mam inne zdanie. W komunie artysta był kimś, może komuniści mieli kompleksy wobec artystów. Dziś nie ma mecenatu państwa, wobec tego artyści promują się sami i tworzą swoje dzieła za własne pieniądze. Dlaczego mam żebrać o środki na realizację twórczości Unii Europejskiej? Nie rozumiem tego.

Katarzyna Gärtner na scenie

Po koncercie „Pozłacanego warkocza” w Zabrzu w 1978 zadzwonił do mnie sam prezes Radiokomitetu, że sekretarz Grudzień zaprasza do siebie. Chce osobiście podziękować mi  za ogromny wkład w kulturę Śląska. Przyjeżdżam i nagle sekretarz pyta mnie: „Pani Katarzyno, czy chciałaby pani mieszkanie w Katowicach”. Na to wypaliłam: „Bardzo dziękuję, ale ja już mam mieszkanie w Warszawie”. Głupia dziołcha ze mnie, prawda? Trzeba było wziąć chatę i potem sprzedać. Albo za „Srebrne dzwony” dostałam dwa talony na samochód. Przecież nie będę jeździć dwoma – pomyślałam – więc wzięłam tylko jeden. Talenty muzyczne w sobie odnajduję, ale zmysłu biznesowo-handlowego za grosz. Bozia nierówno ludzi obdzieliła. Mówili o mnie, że mam jakieś kontakty z wojskiem, a ja nawet do harcerstwa nie należałam. Piosenki pisałam dla wszystkich. Dla wojska też. „Powołanie”, „Rogatywka”, „Bo na ciebie czeka wojsko” to też moje ulubione przeboje. A jakie to my mieliśmy mieć inne wojsko? Nie polskie?

Jaka była przyczyna pożaru, który kilka lat temu ciebie doświadczył?

Zwykła głupota ludzka. Chcieli tanio i szybko zbudować komin, no to się rozleciał, a dom zajął ogniem. Najbardziej dziwi fakt, że sędziwe mury z kamienia – dom jest  z 1852 roku – ocalały, a nowe cegły nie. Całe szczęście, że aniołek zdążył wynieść komputery z ostatnimi nagraniami i mój stary fortepian też. Strażacy znaleźli w nim czyste kartki papieru nutowego  i ołówek – znaczy, że z mojej beztroskiej emerytury nici, a ludzie nam pomogli zbudować nowe studio.

Mówisz o pomocy, ale prasa kolorowa pisała w tym kontekście cierpko o Maryli Rodowicz. Jak wyglądało to naprawdę?

Inaczej niż pisali. Od Maryli przyszedł dosłownie natychmiast transport z rzeczami codziennego użytku. Z nią chodziło o coś innego. Nie zgodziła się na udostępnienie strony, za pośrednictwem której ludzie mogli zgłaszać pomoc. Chodziło tylko o to.

Faktycznie nie masz czasu na emeryturę.

Właśnie zapadła decyzja o wystawieniu „Pozłacanego warkocza” w Teatrze Ziemi Rybnickiej. Nie jest to już śpiewnik z piosenkami, lecz spektakl teatralny z fabułą pisaną muzyką. Historia stuletnich losów śląskiej rodziny poprzez powstania do dzisiaj. Oryginalna dramaturgia mojego męża Kazia. Jednocześnie realizuje on dalsze wideoklipy z „Warkocza”. Kilka jest na YouTube pod hasłem Faza 1. W teatrze nie będzie grupy aktorów stricte teatralnych, lecz kilka połączonych zespołów z wokalistami. Myślę że taka forma trafi lepiej do dzisiejszego odbiorcy, zwłaszcza że jeszcze przed nami „Pozłacany warkocz” w wersji symfonicznej w NOSPR. Przygotowuję też specjalny program pt. „Msza Beatowa w roku stulecia niepodległości” z wybranymi utworami z Mszy „Pan przyjacielem moim”, a także dodatkowymi, nowymi. Msza ma być wydana na winylu, ma być na DVD.

O tak, mam co robić.

rozmawiał Jan Skaradziński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *