Muzyk może się męczyć, słuchacz – nie powinien

Wybitny gitarzysta Marek Napiórkowski postanowił przenieść swój jazz w światowy wymiar i powołał do życia nowy polsko-amerykański kwartet. Album „WAW-NYC” to muzyka globalna. I nieoczywista – jest tu miejsce na balladę, rock and rolla czy punkowy walczyk. I rzecz jasna – na jazz.

 

z Markiem Napiórkowskim
rozmawia Konrad Wojciechowski

Pamiętasz swój pierwszy raz w Nowym Jorku? Kiedy to było?

Nie pamiętam dokładnie, który to był rok – albo 2001 albo 2002.

I jakie wrażenia?

To było wielkie przeżycie, szok! Kiedy pierwszy raz tam pojechałem, oszalałem na punkcie oferty kulturalnej. Mogłem zobaczyć z bliska muzyków grających w słynnych klubach. Oczywiście nie wszystko udało się zobaczyć w tydzień. Nowy Jork to niezwykłe miasto – poza muzyką urzekła mnie architektura, te wieżowce, które nie są ze szkła i z aluminium, tylko z kamienia, zbudowane jeszcze przed wojną, często przez emigrantów. Wielki świat. Podobno o sympatii człowieka do kogoś albo czegoś decydują ułamki sekundy, pierwsze wrażenie. W takim razie mogę powiedzieć, że pierwsza wizyta w Nowym Jorku bardzo przywiązała mnie do tego miasta. To nie jest Ameryka, to coś osobnego. Jest Nowy Jork i Ameryka; miasto bardzo kosmopolityczne, niesamowicie otwarte, mimo wielkich różnic. Ci, którzy czytali wspomnienia Janusza Głowackiego, mogą sobie wyrobić zdanie na ten temat. Tak jak mówię – oszalałem na punkcie tego kulturowego tygla. Ale też utwierdziłem się w przekonaniu, że w tym mieście chciałbym pomieszkiwać, ale nie mieszkać. Po prostu uwielbiam tam bywać.

Zaopatrzyłeś się w jakąś cenną pamiątkę podczas wspomnianego pobytu?

Chyba jedną trzecią dnia spędzałem w sklepach muzycznych, testując sprzęt, bo to nie były jeszcze czasy powszechnego dostępu do instrumentów. Moją ukochaną niebieską gitarę, na której zazwyczaj gram, i na której nagrałem płytę „WAW-NYC”, przywiozłem właśnie z Nowego Jorku.

Dlaczego ta gitara jest wyjątkowa? Pewnie nie chodzi o barwę instrumentu, tylko o kolor jego brzmienia?

Jest bardzo uniwersalna i ma bardzo szlachetny dźwięk. Pamiętam, że jak chodziłem od sklepu do sklepu w poszukiwaniu najlepszej gitary na moją kieszeń, zastanawiałem się nad dwiema, spośród których wybrałem właśnie tę. Facet ze sklepu podszedł do mnie i powiedział: „Weź tę drugą, bo na niej dużo lepiej brzmisz”. I miał rację. Na tej pierwszej grało mi się dużo łatwiej, a mimo to wybrałem inną, właśnie z racji brzmienia, która początkowo sprawiała mi trochę trudności – musiałem poznać jej możliwości. Ale instrumenty są dla nas, muzyków. Brzmienie tkwi w głowie, jest w rękach i nie ma wiele wspólnego z samym instrumentem. Muzyk potrzebuje gitary, która go wyrazi. Gra, a ona reaguje – i jeśli ma duże możliwości artykulacyjne, łatwiej opowiedzieć ciekawą historię.

To trochę jak z jazdą cudzym samochodem? Niby człowiek ma prawo jazdy, zna przepisy, siedział nieraz za kółkiem, a wsiadając do pożyczonego lub nowego auta musi się z nim oswoić.

Zawsze trzeba się przyzwyczaić. Współgramy przecież ze sobą. To jest rodzaj relacji miłosnej, trudnej, bywa że nieodwzajemnionej. Wybrałem właśnie taką gitarę, ale mogłem inną. A może zdecydowałem się na nią wbrew jej woli? Naprawdę czasami mnie nie słucha [śmiech].

NIE ZNAM ŻADNEGO WYBITNEGO MUZYKA, KTÓRY CZUŁBY SZCZEGÓLNE ZADOWOLENIE Z TEGO, CO JUŻ OSIĄGNĄŁ. SZPANOWANIE NA KRÓTKIE NOGI.

A kiedy ty posłuchałeś tego szatańskiego podszeptu, żeby zmontować polsko-amerykański kwartet i nagrać z nim album „WAW-NYC”? Już wtedy zaświtała ci taka myśl w głowie?

Nie, nie myślałem o tym kompletnie. W przypadku tej płyty natchnęła mnie niedawno pewna pokusa sprawdzenia, jak zadziała symetria – dwóch Polaków z Warszawy i dwóch Amerykanów z Nowego Jorku w jednym składzie. Od słów do czynów i tak doszło do spotkania polskiej melancholii oraz słowiańskiej nuty z nowojorskim jazzem. Ale bardzo trudno w kilku słowach wytłumaczyć, na czym polega ów nowojorski jazz. Przecież my, tutaj w Polsce, słuchamy dokładnie tego samego jazzu, co oni tam. Jesteśmy wychowani na wspólnej tradycji. Różnica polega na tym, że ludzie mieszkający w Nowym Jorku i muzycy, którzy w tamtejszej hierarchii zawodowej są wysoko, mają w sobie coś charakterystycznego, mocno osadzonego w miejscowym backgroundzie, co mnie bardzo inspiruje. To jest zarazem bardzo intensywne i bardzo subtelne, dlatego tak trudne do wyjaśnienia. I tak szukając w głowie muzyków do tego przedsięwzięcia pomyślałem o Clarence’ie Pennie i Manuelu Valerze, wiedząc, że oni zagrają moją muzykę, przekładając ją na język kultury, z której się wywodzą. Clarence jest Amerykaninem, Manuel Kubańczykiem od 20 lat mieszkającym w Ameryce i przesiąkniętym nowojorskim feelingiem. Ale z drugiej strony reprezentuje trochę latynoskiej żarliwości i – co ma dla mnie istotne znaczenie – studiował w Hawanie fortepian klasyczny. Czyli posiada tę liryczną nutę podszytą Chopinem, która z kolei wybrzmiewa w moich utworach i naszej polskiej tradycji.

 

W jaki sposób wpadłeś na trop tych muzyków?

Perkusista Clarence grał na mojej płycie „Up!” i to było wspaniałe doznanie – dobrze nam się muzykowało, pojechaliśmy w trasę, zakolegowaliśmy się. Myśląc o nowym składzie, pierwszym ogniwem był właśnie Clarence. Bo perkusja jest sercem tego typu zespołów – dobry perkusista powoduje, że wszyscy grają lepiej. I tu wirtuozeria nie ma nic do rzeczy. Chodzi o kulturę rytmu i o dobry gust. Te wszystkie cechy reprezentuje Clarence. Szukając dalej początkowo myślałem, że przyda się muzyk, który gra i na instrumentach klawiszowych, i na fortepianie. Zwróciłem się do Clarence’a z pytaniem, czy kogoś mógłby polecić, ale jednocześnie rozglądałem się na własną rękę. I Clarence zaproponował Manuela. Jego nagrania bardzo mi się spodobały, a koniec końców nie użyliśmy na płycie keyboardu, uznając że wystarczy fortepian, bo album zabrzmi akustycznie. Robert Kubiszyn, który dopełnił skład, jest moim wiernym kompanem od wielu lat; mamy silne muzyczne porozumienie.

Ciekaw jestem, jak przygotowywaliście się do nagrania „WAW-NYC” – oni tam, wy tutaj…

Płytę zrobiliśmy w nietypowy sposób, jak na tego rodzaju projekt. Z racji odległości tworzymy nieregularny zespół. A zazwyczaj muzycy spotykają się, robią próby, nagrywają płytę i jak już ją wydadzą, dopiero jadą w trasę. My postąpiliśmy inaczej. Nasza muzyka – napisana przeze mnie i Roberta – zabrzmiała po raz pierwszy w tym składzie dopiero na próbie poprzedzającej premierowy koncert. Oczywiście nasi amerykańscy koledzy dostali wcześniej nuty, nagrania demo – mogli się wstępnie zaznajomić z tą materią. Zagraliśmy próbę i pojechaliśmy na pierwszy koncert. Łącznie było osiem koncertów. Nauczyliśmy się tej muzyki, znaleźliśmy różne kierunki dotarcia do ciekawych dźwięków na drodze improwizacji. Coś się sprawdziło bardziej, coś mniej. I z tą wiedzą weszliśmy do studia S-4 na Woronicza, gdzie, pod fachowym okiem Leszka Kamińskiego, nagraliśmy najpierw jeden utwór, a następnego dnia resztę. I teraz znowu spotkamy się na trasie.

Opowiadasz o Nowym Jorku i od razu przychodzą mi na myśl polscy jazzmani – Michał Urbaniak, który tam tworzył i mieszkał. Tomasz Stańko, który teraz ma nowojorski kwartet. Ale też Zbigniew Seifert nagrywający słynną płytę „Passion” z takim tuzem gitary jak John Scofield – właśnie w słynnej amerykańskiej metropolii. Nie myślałeś, żeby też tam nagrywać i pisać nową historię polskiego jazzu?

Mógłbym pojechać i tam nagrać tę płytę. Realizacja albumu w Nowym Jorku to byłaby realizacja typowego scenariusza – jedziesz i bierzesz mistrzów świata (pod warunkiem, że ich znasz), którzy są na miejscu i mają blisko do studia. Wolałem jednak ich tu przywieźć, żeby pograć i pomuzykować, bo to jest największy bonus tego działania – zgrywamy się, szukamy wspólnego sposobu na tę muzykę, a to co zostaje zarejestrowane, jest wynikiem zespołowej pracy, a nie tylko tego, co sobie wymyśliłem w głowie.

Do twojego kwartetu, o którym opowiadasz, trzeba jeszcze doliczyć Chrisa Pottera, który zagrał gościnnie w jednej kompozycji. Dlaczego zależało ci na jego obecności na płycie?

Pomyślałem, że fajnie by było, gdyby w „The Way” zabrzmiał instrument dęty, może saksofon. Najpierw nagraliśmy w tym miejscu solówkę Manuela na fortepianie, ale też jedną wersję tego kawałka z podkładem fortepianowym pod solo. Oczywiście sesja odbyła się na setkę, czyli wszyscy grali na raz, ale w „The Way” jest odstępstwo od tej reguły. Tak bardzo chciałem mieć saksofon, że wymarzyłem sobie udział Chrisa Pottera na płycie, który obecnie jest jednym z najwybitniejszych żyjących saksofonistów. Chris usłyszał nagranie, zgodził się, przyjechał do studia na Brooklynie i nagrał trzy wersje sola. Wszystkie trzy były dobre! [śmiech]. Jeszcze dorzucił kilka partii na klarnecie basowym. Jego obecność na „WAW-NYC” jest nobilitująca dla tej płyty i bardzo się z tego cieszę.

Znaliście się wcześniej?

Właśnie nie. Clarence go znał – Chris to jego bardzo dobry kolega. A skoro znał, to nas zarekomendował. Tak ten świat jest skonstruowany. Dzwoni kolega do kolegi i mówi: „Słuchaj, gram z jednym gościem z Polski, gitarzystą, i to się trzyma kupy. Może chciałbyś zagrać solo?”. Taka forma zaproszenia do współpracy jest dużo skuteczniejsza niż pisanie maili, przedstawianie się i tłumaczenie o co chodzi.

Też wyrabiasz sobie znajomości za Wielką Wodą?

Na pewno tak.

Bo ty już w Polsce praktycznie wszystko osiągnąłeś. Jesteś guru gitary jazzowej. Może następna płyta będzie nosiła tytuł po prostu „New York City”?

Nie myślę o sobie w ten sposób. Jestem wdzięczny, że ludzie mnie doceniają, ciepło się wypowiadają. Natomiast mam ciągłe poczucie niespełnienia – wiem jak sporo muzyki jest jeszcze do wymyślenia, do zagrania, i noszę w sobie imperatyw kreowania czegoś nowego. Nie znam żadnego wybitnego muzyka, który czułby szczególne zadowolenie z tego, co już osiągnął. Historia muzyki weryfikuje zbyt dobre samopoczucie i mniemanie o sobie. Szpanowanie ma krótkie nogi. Puść sobie płytę, a od razu się przekonasz, jak wiele dzieli cię od mistrzów w tym fachu.

Na kogo spoglądasz z artystyczną zazdrością?

Jest wiele niedoścignionych wzorów, choćby kwintet Milesa z Hancockiem, Williamsem, Carterem czy Shorterem z lat 60. To przykład grania otwartego, na pograniczu free. Albo działający w latach 40. i 50. Charlie Parker – twórca bebopu. Jego bebop może się wydawać melodią przeszłości, ale kiedy posłuchać, jak on gra, to człowiekowi szczęka opada. Ta muzyka ma niesamowity feeling. Mimo że, Parker często grał w zawrotnych tempach, to brzmiał jakby grał wolnego bluesa.

INSTRUMENTY SĄ DLA NAS, MUZYKÓW. BRZMIENIE TKWI W GŁOWIE, JEST W RĘKACH I NIE MA WIELE WSPÓLNEGO Z SAMYM INSTRUMENTEM. MUZYK POTRZEBUJE GITARY, KTÓRA GO WYRAZI. ON GRA – ONA REAGUJE.

Mnie też się narzucają pewne analogie pod wpływem muzyki z „WAW-NYC”. Jak słucham gry Valery, słyszę momentami poetykę Keitha Jarreta. Przypadek?

Manuel – tak jak Jarrett – ma właśnie dotyk klasycznego pianisty, który bardzo sobie cenię. Z jednej strony Kuba, rytm, Ameryka, jazz. A z drugiej – jak zagrał w balladzie parę fraz, to jakby klawisze miodem posmarował.

Tobie też wyobraźni nie brakuje – w „Letting Go” stosujesz ciekawy zabieg; grasz rockandrollowy bridge, za pomocą którego przechodzisz od jednego jazzowego nastroju do drugiego.

Ja nie myślę patentami, myślę formą utworu. Buduję kompozycje z kilku różnych części. „Letting Go” nazwałem roboczo punkowym walczykiem [śmiech]. Bo zaczyna się balladą, która przechodzi w melodyjny walczyk na 3/4, później następuje trudniejsza część grana w rytmie na pięć, a dalej rockandrollowy traktor w metrum 4/4. Dobrze, że utwór nie brzmi sztampowo.

W jedynej na płycie kompozycji autorstwa Roberta Kubiszyna słuchać fajne ostinato. Sekcja potrafi pracować bardzo mocno, ale za chwilę czuć subtelność w tej muzyce. To jest coś, co lubisz?

To utwór bardzo trudny wykonawczo. W ogóle cała płyta jest wyrazem koncepcji, której hołduję: my się możemy męczyć, byleby się słuchacz nie męczył. Kompozycje czasem brzmią prosto, piosenkowo, ale to jest wymagająca muzyka. Tak jak utwór Roberta, grany raz na siedem, innym razem na pięć. W pozostałych utworach też się pojawiają nieparzyste rytmy, bardzo wymagające do zagrania, Ale staram się, żeby moja muzyka zachowywała melodie i chwytliwe motywy, które zainteresują ludzi. Komplikowanie na siłę jest dla jazzu złym kierunkiem.

To tak na koniec, przyznaj, który kierunek jest ci bliższy – nowojorski czy warszawski?

Jeżeli przyjmiemy, że Nowy Jork jest stolicą świata sztuki, to pewnie Warszawa jest najbardziej inspirująca z polskich miast. Mieszkam na Powiślu i czuję, że to miasto upodabnia się do Berlina, w którym kiedyś pomieszkiwałem. Warszawa ma fajny feeling i panuje tu coraz większy luz. Kiedy przyjeżdżałem do stolicy po okresie spędzonym we Wrocławiu, nie miałem z Warszawą dobrych skojarzeń; czułem się źle, przytłoczony mało przyjaznym klimatem tego miasta. Teraz czuję się w Warszawie jak w domu.

rozmawiał Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *