Politycy odchodzą, nasze piosenki zostają

30-lecie to jubileusz poważny nawet dla zespołu tak wesołego jak Big Cyc, więc tym razem pomówimy o nim w tonacji całkiem poważnej. Na pytania związane i z teraźniejszością, i z przeszłością Big Cyca – a także z Czarno-Czarnymi, jego drugą platformą – odpowiada Jacek „Dżej-Dżej” Jędrzejak. Zobaczcie, z nim da się i tak!

 

z Jackiem „Dżej-Dżejem” Jędrzejakiem
rozmawia Jan Skaradziński

 

– Jak byś zareagował, gdyby w 1988 roku ktoś przepowiedział, że po trzech dekadach Big Cyc po pierwsze będzie, po drugie będzie miał się dobrze, a po trzecie nie będzie widać jego końca?

– Serdecznie pogratulowałbym mu poczucia humoru nie mając wątpliwości, że mocno ponosi go wyobraźnia. Wtedy, na samym początku, Big Cyc miał być akcją jednorazową. Ale szybko okazało się, że możemy nagrać trzy piosenki. Potem, że całą płytę. A potem ta płyta spodobała się… No i tak to się toczy do dziś.

Zastanawiałeś się dlaczego?

– Big Cyc startował w specyficznym okresie przełomu, kiedy jedna Polska skończyła się, a druga nie zaczęła. Ludzie oczekiwali innego, mniej sztywnego języka tekstów i nie tylko tekstów, a Big Cyc takim przemówił. Ludzie docenili i nadal doceniają, że Big Cyc to zespół szczery, a do tego dość eklektyczny – graliśmy i rock’n’rolla, i punk, i reggae – więc się nie nudzi.

Znam zespoły nie mniej szczere i bardziej eklektyczne, ale nie znam takich, które mają w sobie – jak się okazuje – niewyczerpane pokłady świeżego humoru. Dla mnie to zdecydowanie główna przyczyna długowieczności Big Cyca. I, nawiasem mówiąc, fenomen.

– To, co miało być jajem jednorazowym, okazało się długowieczne. Big Cyc jest dla nas pracą, ale i zabawą. Bo przecież jedno nie wyklucza drugiego. Zauważ, że w Polsce ceni się zwykle piosenki poważne, z namaszczeniem, ze łzą. A przecież chociażby Beatlesi, którzy byli zespołem z najprawdziwszego zdarzenia, nie odżegnywali się od humoru – wystarczy obejrzeć „Yellow Submarine” albo „Help!”. Podobnie Red Hoci.

– Przeskoczmy z prehistorii do współczesności. W jakiej kondycji zastaje Big Cyca rok jubileuszowy?

– Znakomitej. Gramy dużo, bo mamy dla kogo grać. Dobra jest też nasza sytuacja wewnętrzna. Big Cyc funkcjonuje tak, jak powinien. Zwróć uwagę, ile jest zespołów, w których nie zmienił się skład. Oczywiście musieliśmy nauczyć się wzajemnej „instrukcji obsługi”, co nie było łatwe, musieliśmy zyskać umiejętność – kiedy trzeba – ustąpienia pola koledze. Dodam, że niedawno rozmawiałem z pewnym znanym twórcą muzyki filmowej, który powiedział, że zazdrości rock’n’rollowcom tego bezpośredniego kontaktu z publicznością, wyjazdów w trasy, balanżek itp. Miał rację, bo to drugie serce Big Cyca, które pompuje świeżą krew. To butla tlenowa.

NAJCIĘŻEJ BYŁO POD KONIEC LAT 90., PO TYM, KIEDY SKIBA POKAZAŁ TYŁEK JERZEMU BUZKOWI. CIOSY POSYPAŁY SIĘ ZEWSZĄD, ODWOŁANO Z PIĘĆDZIESIĄT KONCERTÓW – W TYM WIĘKSZOŚĆ JUWENALIOWYCH.

Mówiliście, że decydując się na koncerty towarzyszące marszom KOD-u oraz na płytę „Czarne słońce narodu” z Jarosławem Kaczyńskim na okładce i pilotem w postaci piosenki o Antonim Macierewiczu, liczycie się ze spadkiem ilości zaproszeń na imprezy organizowane przez samorządy zdominowane przez PiS. No i jak wygląda sytuacja?

– Różnie. Zdarzało się – zwłaszcza w mniejszych miejscowościach – że przed naszymi koncertami proboszcz robił szumek na ambonie albo prawicowcy na swoich portalach. W takich miejscach burmistrz czasem musi być twardzielem, żeby koncert doszedł do skutku. Bo jeden czy drugi burmistrz musiał do nas dzwonić i przepraszać, iż umówiony koncert musi zostać odwołany. Czyli w jakimś sensie Big Cyc znalazł się w opozycji, w drugim obiegu. Ale dla kogoś, kto wywodzi się z lat 80., z tradycji Pomarańczowej Alternatywy to nie pierwszyzna. Poza tym nie ma tego złego… – zauważyłem, że zwiększa się ilość imprez klubowych, imprez dla ludzi, którzy kupili bilety, a więc znają teksty piosenek i generalnie wiedzą, o co w nich chodzi. Jasne, granie plenerów dla osób przypadkowych, takich z balonikiem, też jest fajne, ale w tym sensie, że staramy się te osoby przeciągnąć na stronę rock’n’rolla. Taką mamy – za przeproszeniem – misję.

– Piosenki publicystyczne, a nawet po prostu polityczne to, obok obyczajowych, cały nurt Big Cyca, może nawet główny. Nigdy nie ukrywaliście, do kogo wam politycznie bliżej, a do kogo wręcz przeciwnie.

– Big Cyc unika piosenek – jak to nazywam – meteorologicznych, czyli o pogodzie, to znaczy o niczym. A piosenki Big Cyca, bacznego obserwatora rzeczywistości, stanowią historię III Rzeczpospolitej w pigułce z galerią przeróżnych postaci – od wszechobecnych, takich jak Lech Wałęsa, Tadeusz Rydzyk albo Antoni Macierewicz, przez właśnie odchodzącego Witolda Waszczykowskiego z San Escobar, po już zapomniane, no bo kto pamięta Renatę Beger, której swego czasu poświęciliśmy „Złoty warkocz”. W tym kontekście można powiedzieć – politycy odchodzą, piosenki zostają. Najsławniejsze płyty Big Cyca obok pierwszej i „Z gitarą wśród zwierząt” – czyli „Wojna plemników” i „Moherowe berety” – są właśnie polityczne.

Nie obawiacie się, że piosenki Big Cyca w ten sposób mają krótszy termin przydatności, szybciej przemijają?

– Taki mamy styl, więc jest to ryzyko naturalne i wkalkulowane. Bo my jesteśmy lokalni, jesteśmy tu i teraz. A piosenki meteorologiczne też przemijają. Poza tym Dylan czy Green Day również śpiewają na aktualne tematy, a nie są passé. Nawiasem mówiąc coraz częściej przekonujemy się – co jest miłe – że nasze piosenki z lat 90. kojarzą się ludziom z ich młodością nie mniej niż kasety z bazarów, podrabiany alkohol, trudności z zakupieniem piwa, pierwsze komputery.

Fot. I. Matuszewska

Czy deklarując się po jednej ze stron sporu politycznego liczyliście się z utratą, a przynajmniej z pretensjami ze strony części waszego „elektoratu’?

– To naturalna reakcja ludzi, łatwa do zauważenia zwłaszcza w dobie komunikacji na portalach społecznościowych, bo kiedyś opinie fanów mogliśmy poznawać głównie przy piwku w garderobie. No ale co – mamy zamawiać sondaże i do aktualnych dopasowywać treści piosenek i ich zapowiedzi? Big Cyc od początku jest za demokracją, która teraz czuje się kiepsko. Od lat 80., kiedy tam demokraci walczyli z obecnością Lidlów, a my tu – żeby były. Big Cyc chce śmieszyć, prowokować, ale i zmuszać do myślenia.

A jak wasza postawa przeciwko „dobrej zmianie” jest komentowana w środowisku rockowym? Czy ono też jest, jak Polska, podzielone?

Usłyszeliśmy dużo ciepłych słów od Muńka, chłopaków z Kobranocki, Wojtka Wojdy z Farben Lehre. Oni, tak jak Maciej Maleńczuk, wypowiadają się o „dobrej zmianie” bez pardonu. Zauważyłem, że młodzi artyści niechętnie identyfikują się z polityką. Zainteresowani są karierami, playlistami i miejscami na listach przebojów. Nie zdają sobie jednak sprawy, że obecny stan rzeczy już za chwilę doprowadzi do wypracowania narzędzi , które spowodują założenie na twórców kultury politycznego kagańca dużo bardziej skutecznego niż ten z czasów komuny. Koniunkturę wyczuły za to zespoły grające tzw. rocka patriotycznego. Całkowitym kuriozum jest trasa-widmo zespołu Contra Mundum, finansowana przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, na którą wywalono 150 tysięcy PLN!

Tak jak poecie sprzyjają burze w życiu osobistym, tak waszej naturze powinna sprzyjać obecna sytuacja, wręcz nachalnie podtykająca tematy. Dobrze myślę?

– Bardzo dobrze. Tak, im cięższe czasy, tym lepiej mają kabarety. A Big Cyc to przecież rock’n’rollowy kabaret.

Teraz jest dobry czas Big Cyca, a kiedy był zły? Którą z części tych trzech dekad wspominasz najgorzej?

– Żadnej nie wspominam źle, ale najciężej było pod koniec lat 90. po tym, kiedy Skiba pokazał tyłek Jerzemu Buzkowi. Ciosy posypały się zewsząd, odwołano z pięćdziesiąt koncertów – w tym większość juwenaliowych. Reakcją, odreagowaniem przez nas było nagranie poważniejszej płyty „Wszyscy święci” z piosenkami Wiesława Dymnego. Wtedy też na dobre rozkręciliśmy Czarno-Czarnych. Ale to spoważnienie, wyciszenie Big Cyca było nam potrzebne. Nie da się śmiać i wygłupiać cały czas. Potem nagraliśmy „Zmień z nami płeć!” i znowu poszło dobrze.

Czym są dla ciebie Czarno-Czarni? Dopełnieniem Big Cyca czy raczej odreagowaniem?

– Big Cyc to wesoły rock’n’roll, Czarno-Czarni to inne pole działalności. Ze względu na nie tylko na piosenki, ale i parę happeningów, które stały się naszym udziałem, Big Cyc nawet jeśli bierze się za coś poważnego, wszyscy i tak patrzą na niego z przymrużeniem oka. Pamiętam, jak do „Mam to w nosie” ze „Wszystkich świętych” zaprosiliśmy Marylę Rodowicz, która zanim przyjechała, wysłała na rozpoznanie syna, i dopiero on po starannym sprawdzeniu powiedział: „Matka, jest OK, możesz”.  Big Cyc nie nagrałby płyty swingowej, a Czarno-Czarni takie nagrywają. W Czarno-Czarnych mogę się sprawdzić jako kompozytor, autor tekstów, producent, muzyk.

ZDARZAŁO SIĘ, ŻE PRZED NASZYMI KONCERTAMI PROBOSZCZ ROBIŁ SZUMEK NA AMBONIE ALBO PRAWICOWCY NA SWOICH PORTALACH. W TAKICH MIEJSCACH BURMISTRZ CZASEM MUSI BYĆ TWARDZIELEM, ŻEBY KONCERT DOSZEDŁ DO SKUTKU.

Wszystko, o czym mówisz, potwierdza właśnie wydana „Francuska miłość”. Czy Czarno-Czarni ostatnimi laty nie poszli jednak w kąt? Poprzednia całkowicie premierowa płyta Czarnych – „Nudny świat” – liczy sobie już osiem lat. A na koncertach Czarno-Czarni głównie towarzyszą Big Cycowi.

Odpowiem przykładem, że ostatnio jedna z wielkich komercyjnych rozgłośni odpowiedziała nam, że dla Czarno-Czarnych nie ma miejsca na antenie, bo to muzyka zbyt ambitna. Zrobiłem wielkie oczy i zasmuciłem się, że w obecnych czasach niewyrobiony słuchacz ustawia poprzeczkę, a dziennikarz muzyczny stara mu się przypodobać. Szkoda. Pewnie dlatego nas mniej w radiu. My jednak nie zamierzamy zaniżać pułapu. Tak, dla młodego słuchacza powrót do brzmień lat 60. przyprawionych surową energią spod znaku vintage może być lekturą zbyt trudną, a absurdalne i dowcipne teksty Jarka Janiszewskiego robią swoje. To nie jest pustosłowie, tylko coś w rodzaju dadaistycznych manifestów. Jednak dla nas Czarno-Czarni cały czas są wspaniałą zabawą.

– Czy wielka poza-Bigcycowa aktywność Skiby pomaga zespołowi czy jednak wręcz przeciwnie? Trzymasz za nią kciuki czy raczej stopujesz kolegę?

– Trzymam kciuki. Skiba pisze felietony (bardzo dobre), prowadzi imprezy, programy telewizyjne. Dzięki „Lalamido”, w którym ja też się udzielałem, a nawet prowadziłem jeden odcinek, nauczyliśmy się pracy z kamerą, co było przydatne przy kręceniu teledysków, bo to na ogół nasze własne produkcje. Wszyscy coś robimy poza Big Cycem – ja mam Czarno-Czarnych oraz książki podróżnicze, Jerry Lis swój program w kaliskim Radiu Centrum. Dzięki temu zachowujemy świeżość na Big Cyca, który oczywiście dla każdego z nas zostaje podstawą.

Na koniec pytanie trochę drętwe, ale potrzebne: jak Big Cyc będzie obchodził 30-lecie?

-Właściwie normalnie – planujemy wiele koncertów, poczynając od finału WOSP we Frankfurcie, przez zaczynającą się w lutym trasę z Farben Lehre Punky Reggae Live, po wyjazdy do Szwecji, Belgii, Anglii, Stanów. Bo chcemy odwiedzić naszą starą publiczność, która rozjechała się po świecie. Wiesz, dawne punki zaczęły pracować w korporacjach, robić pieniądze. Teraz punków jest mniej niż żubrów w Białowieży, powinni być pod szczególną ochroną! A specjalny koncert planujemy na 5 maja w Ostrowie Wielkopolskim, specjalny, bo z udziałem wielu gości. Goście – Olaf Deriglasoff, Enej, Wilki, Kabaret Łowcy.B, Video, Sztywny Pal Azji, Kobranocka – będą też na płycie, którą śmiało można nazwać „Big Cyc bez Big Cyca”, ponieważ znajdą się na niej nasze piosenki wyłącznie w wykonaniu artystów zaproszonych. Mogę ujawnić, że czasem będą to bardzo dziwne wykonania, ale nic nam do nich, zostawiamy zaproszonym całkowicie wolną rękę, co gwarantuje niespodziewany i przez to ciekawy efekt.

Mówiąc za wiadomo kim – będzie się działo!

rozmawiał Jan Skaradziński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *