Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Na drugim brzegu rzeki

„Riverside – Sen w wysokiej rozdzielczości”, Maurycy Nowakowski, In Rock 2016

 

Już nie tylko gwiazdy lat dawnych mają na swój temat obszerne publikacje książkowe. No, zaczynają mieć. Riverside idzie na pierwszy ogień. To dobry wybór. Bo dobra książka.

Pisanie o wykonawcach ze współczesnych czasów – przyjmijmy, że granicę stanowi ten i tamten wiek – jest trudniejsze od opisywania doli i niedoli weteranów. Raz ze względu na krótszy staż, a co za tym idzie mniej wydarzeń do ujęcia; dwa ze względu na to, że młod(sz)ym przyszło działać w epoce mniej ciekawej. Bo czy socjalizm, czy przełom socjalizmu i kapitalizmu były wprawdzie trudne, nienormalne, niekiedy zwariowane, a bywa, że i niebezpieczne, ale przecież bardziej kolorowe. Tymczasem zrobiło się w Polsce normalnie i zwyczajnie – jak gdzie indziej. To z pewnością jedna z przyczyn, że także muzycznie drzewiej bywało lepiej, bardziej twórczo. I dlatego współczesne kariery są podobne do siebie, różniąc się głównie rodzajem muzyki, szczegółami. Stąd ich opisanie stanowi większe wyzwanie dla autorów.

Ale ten autor pokonał trudności i sprostał wyzwaniu. Opisał karierę Riverside bardzo wnikliwie – przy płytach utwór po utworze (a znalazł się nawet zapis zapowiedzi Piotra Kosińskiego pierwszej radiowej prezentacji grupy), ale nie ugrzązł w szczegółach, potrafił uniknąć recytowania faktów, których mnogość nie zakłóciła potoczystości narracji. Opisał zespół z pozycji sympatyka, wręcz fana, ale nie kogoś, kto przełyka wszystko niezależnie od smaku potraw (podkreśla mniejsze walory płyty „Rapid Eye Movement”). Co nie mniej ważne, autor pisał z pozycji znawcy, rzucając Riverside na tło tego, co działo się w Polsce na styku prog rocka i metalu, a to z kolei umieszczając na progmetalowym tle światowym. Tak autor doszedł do przekonującego wniosku – sukces Riverside wynika stąd, że zespół nie pozwolił zamknąć się ani w tej (progrockowej), ani w tamtej (metalowej) szufladzie. Czyli wybił się na oryginalność. Skojarzenie z losami starszego o pokolenie Heya nie jest oczywiste, ale mnie nasuwa się wręcz natrętnie.

Ciekawe pisanie o Riverside jest tym trudniejsze, iż to tak zwyczajni, normalni ludzie – w sensie mentalności i w sensie trybu życia. Nie wyrzucają telewizorów przez hotelowe okna, nie zażywają, nie prowadzą tzw. rockandrollowego stylu życia. Wzbudzają nie tyle podziw, co uznanie i sympatię z domieszką współczucia (złożyło się bowiem, że każdemu z nich dokuczała choroba – Kozieradzkiemu cukrzyca, Łapajowi epilepsja, Dudzie astma, Grudzińskiemu niedowidzenie oka).

Wprawdzie książka poświęcona jest Riverside, ale równie skrupulatnie omówiony został drugi zespół Mariusza Dudy – Lunatic Soul. Czyli mamy właściwie dwa w jednym.

Przed lutym 2016 wydawać by się mogło, że piętnaście lat Riverside to betka w porównaniu z kilkoma krzyżykami na karkach innych kapel, więc jeszcze za wcześnie na biografię z prawdziwego zdarzenia. Niespodziewana śmierć Piotra Grudzińskiego naturalnie zmieniła optykę i w takim razie książka podsumowuje wyraźny okres w działalności grupy. Można zatem powiedzieć, że Riverside wprawdzie spotkało nieszczęście, ale książka w pewnym sensie ma… szczęście.

„Sen o wysokiej rozdzielczości” – w którym za wyjątkiem interpunkcji podoba mi się właściwie wszystko – skłania do ponownego sięgnięcia po płyty Riverside, które po lekturze będzie słychać pełniej. A przecież taki powinien być główny cel biografii rockowych, prawda?

Jan Skaradziński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *