Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Kogo rusza historia didżeja Adamusa

Adam Jaworski, Piotr Witwicki, „Historia złego chłopca”, Edipresse 2016

 

 

Ktoś pomyśli – oho, kolejny celebryta zabrał się za spisywanie kulinarno-modowych wspomnień. I biorąc pod uwagę nadpodaż literatury z gwizdami znanymi z telewizji na okładce, takie przypuszczenia nie dziwią. Ale „Historii złego chłopca” DJ Adamusa nie wolno oceniać tylko po okładce.Okładka jest zresztą intrygująca. Zdobi ją gość podobny do Terminatora – pół człowiek, pół cyborg z wyżartą do żywego mięsa połową facjaty. To nie Schwarzenegger ani Tommy Lee Jones alias Two-Face z popularnego filmu „Batman Forever” tylko Adam Jaworski. Czyli właściwie kto? No właśnie, nie oszukujmy się – mało kto kojarzy z wyglądu DJ Adamusa (sam nie wiedziałem, że tak naprawdę nazywa się Jaworski – czyli jednak dużo można się dowiedzieć z książek!), mało kto potrafi powiedzieć o nim coś więcej, poza tym, że robił muzykę na żywo w programie u Kuby Wojewódzkiego. Chyba Adamus uwzględnił wszystkie te okoliczności i pisząc o sobie postanowił wyjść z cienia sławniejszego celebryty.Czy to jednak wystarczający powód, aby pisać książkę? W dzisiejszych czasach – niestety tak. Musimy się pogodzić z tym obowiązującym trendem. Na szczęście Adam aka Adamus nie przynudza i nie trzyma języka za zębami; używa za to barwnego słownictwa, więc da się przez tę książkę łatwo przebrnąć i – trzeba to bohaterowi oddać – czyta się ciekawie. Również dlatego, że do tej pory nie powstała żadna książka choć trochę opisująca clubbing (poprawcie mnie, jeśli się mylę), a rock, punk, jazz czy reggae doczekały się nawet encyklopedii. Toteż Adamus opowiada o rozkręcaniu sceny klubowej ze swoim udziałem – jak występował w Muzie czy Piekarni i serwował gawiedzi acid jazz, raggę, latino plus funk, czyli muzykę wtedy mało popularną na parkietach. Opowiada, jak grał na imprezie dla króla dopalaczy, i że sam nie od razu był królem dyskotek, a pierwsze biuro otworzył na ulicy Chmielnej w Warszawie w… zaparkowanym na chodniku samochodzie. W tych chudych latach jadał praktycznie dwa razy w tygodniu – w sobotę i niedzielę podczas imprez, na których był mistrzem ceremonii. Wypłynął na robieniu remiksów znanych polskich przebojów – Kombi czy Bandy i Wandy – w które tchnął nowe, bardziej dyskotekowe życie. Następne propozycje posypały się jak z rękawa – tak powstał hit „Turn Me On”, który został użyty w filmie „Sala samobójców”.

Sporo tu wątków muzycznych, dziennikarskich i show-biznesowych, bo przecież Adamus wszedł do towarzyskiej ekstraklasy. Ale chwała mu za to, że skoro wziął się za pisanie, to niczego nie pudruje ani nikomu nie słodzi. O Maleńczuku mówi „zblazowany pozer”, o Leszczyńskim, że „pod koniec nie był w stanie funkcjonować bez używek”, a o Wojewódzkim, że „lubi się otaczać silniejszymi od siebie, a gardzi tymi, którzy są pod nim”. Ciekawie, choć może generalizuje niesprawiedliwie, komentuje dzisiejsze parkietowe zwyczaje – że w klubach pojawił się nowy zwyczaj „bagdance”, czyli dziewczyny tańczące obok swoich toreb na parkiecie w obawie przed ich kradzieżą.

Te opowiastki z gatunku „na tyłach muzycznego frontu” momentami bardzo wciągają, bo zwykły śmiertelnik przecież nie wie, co dzieje się po drugiej stronie telewizora, choć łasy jest na plotki z wielkiego świata i zżera go ciekawość. Adamus rozsuwa kurtynę milczenia i opowiada, dlaczego wielkie wytwórnie zmieniają wokalistki jak rękawiczki, czy rzeczywiście miał romans z Paullą, na czym polega jurorowanie w programie „Twoja twarz brzmi znajomo” i jak dał się naiwnie  wykorzystywać Wojewódzkiemu. Łowcy sensacji będą zachwyceni, a fani muzyki zobaczą w Adamusie oświeconego didżeja, który kuma też muzykę Johna Zorna i Arhythmic Perfection. No, szacun!

Niestety autor na muzyce nie poprzestał. Próżność kazała mu napisać i o gotowaniu, i o podróżach, co stawia tę książkę na półce w bliskim sąsiedztwie poradników kulinarnych i przewodników turystycznych. Adamus nie poskąpił też swoich złotych myśli na temat używek i polityki i choć nie kreuje się na moralny autorytet w obu dziedzinach, niektóre jego bon moty są wysilone, mało oryginalne i nie śmieszne („Ryszard Kalisz od Michała Wiśniewskiego różni się tylko tym, że jeden ma ufarbowane włosy”).

Tak czy inaczej „Historia złego chłopca” jest warta przynajmniej przekartkowania, bo anegdot i nieznanych szerzej faktów z życia didżejów-pionierów mamy tutaj pod dostatkiem. Zastanawia mnie tylko, na czym polegała rola współautora książki Piotra Witwickiego – dziennikarza Polsatu. Skoro nie jest to kolejny wywiad-rzeka (uff, co za ulga!), można się domyślać, że Witwicki usiłował okiełznać flow Adamusa i nadać mu bieg wartkiej polszczyzny. Jeśli tak, wyszło przyzwoicie.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *