Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Krzywy prosto z mostu

Andrzej Krzywy, Kuba Frołow, „Na krzywy ryj”, Edipresse 2016

 

Muzyka, który jeszcze nie napisał swojej biografii albo nie udzielił do książki obszernego wywiadu na temat swoich życiowych i artystycznych perypetii, trzeba dzisiaj ze świecą szukać. Znany z De Mono Andrzej Krzywy też nie chce zostać w literackim cieniu kolegów z branży, od których zaroiły się sklepowe półki. Książka „Na krzywy ryj” jest pamiętnikiem wokalisty po przejściach, który nie chce, aby o nim zapomniano.
De Mono już swoje osiągnęło i nikt nie odbierze mu przebojów, nagród i zaszczytów. Ale, aby żyć w nowej medialnej rzeczywistości, która rozpieszcza dziś Kamila Bednarka, Ewelinę Lisowską czy Eneja, trzeba ciągle dbać o rozgłos. Najlepiej za pomocą chwytliwych piosenek, w których zakocha się radiowa publiczność. A jeśli o nowe szlagiery trudno, należy uciec się do innych sposobów. Popularność De Mono w latach 90. zapewniła Krzywemu dużą rozpoznawalność, którą wokalista umiejętnie dyskontował jakoś gość czy gospodarz programów telewizyjnych. W ubiegłym roku po długiej przerwie wrócił na ekrany jako uczestnik nadawanego w Polsacie „Tańca z gwiazdami”. Znalazł też czas na napisanie książki, aby przedłużyć sobie medialny byt.
Choć tak po prawdzie to nie napisał, tylko dał się przepytać Kubie Frołowowi, który de facto nie jest dziennikarzem muzycznym, lecz specem od marketingu. Może więc nie wie, jak napisać książkę, ale jak sprzedać wie na pewno, a w dzisiejszych czasach przydatniejsza jest ta druga zdolność. Frołow rozmawia z Krzywym po koleżeńsku, może nie z zwarciu, ale interlokutorzy zachowujący krótki dystans mogą sobie na więcej pozwolić i grzecznościowa estyma nie krępuje im ruchów. Dzięki temu pytający śmielej drąży w życiorysie odpytywanego, a odpytywany nie uchyla się przed pytaniami, nie ma jak zmienić tematu, chętniej ripostuje i rozmowa płynie wartkim strumieniem.
Krzywy podzielił swoje wspomnienia na sześć części. W pierwszej opowiada o rodzinie i dorastaniu, w drugiej o muzyce, w trzeciej o Daabie, w czwartej o De Mono, wreszcie o podziale De Mono na dwa zespoły, a na koniec uchyla drzwi do swojej sypialni i łazienki. Najciekawsze są wspomnienia z muzycznego frontu – te z czasów De Mono, i te kiedy Andrzej dopiero krok po kroku przesuwał się szczebel za szczeblem coraz wyżej w hierarchii profesjonalnego muzyka. Bo początkowo był hipisem – nosił długie pióra, grywał na ulicy, raz nad morzem, raz na zakopiańskich Krupówkach i wiódł słodki żywot włóczęgi z gitarą. Przez to zaniedbywał naukę, na maturze musiał strzelać, a oblał tylko dlatego, że zawalił egzaminy z geografii – jedynego przedmiotu, do którego się przygotowywał… Przez to nie poszedł na studia, a na komisji WKU negocjował, żeby pozwolono mu wyjechać z Daabem za granicę. Najpierw dostał zgodę, później otrzymał zakaz i pierwszy zagraniczny wyjazd do Amsterdamu przeleciał mu koło nosa. Wtedy wpadł w nastoletnią depresję i jego kariera muzyczna zawisa na włosku.
Takich historii Krzywy opowiada mnóstwo. Jest kopalnią anegdot, w której nikt do tej pory nie fedrował. Można boki zrywać czytając w jaki sposób przedsiębiorczy muzyk za sprzedany żołnierzom pamiątkowy długopis kupił bilet na pociąg, dzięki czemu nie spóźnił się na swój koncert. Albo jak przegrał w kości gitarę na jarmarku i wykupił dzięki elektrycznej zapalniczce… Zasłona poprawności politycznej nie opada w książce nawet wtedy, kiedy Andrzej opowiada anegdotę o Januszu Panasewiczu z Lady Pank: „Dlaczego Panasewicz nigdy nie uderzy dziecka na ulicy? Bo nigdy nie wiadomo, czy to nie jego”. Ale mówi też uczciwie, w jaki sposób przygotować się do zagrania z playbacku, aby ludzie nie dowiedzieli się o szachrajstwie. I nie próbuje się wybielać, że tych patentów nie stosował! Jest też mowa o szorstkiej przyjaźni z Markiem Kościkiewiczem, który założył konkurencyjne De Mono, i o przestrodze żony Krzywego przed tym „fałszywym gościem i cwaniakiem”.
Nie tylko fani De Mono łykną tę książkę, bo wspomnienia Krzywego czyta się świetnie. Jasne, że książka ma kilka słabych punktów – brak dyskografii, brak rzetelnej redakcji (w tekście są błędy: Tadeusz Konador, a nie „Kolador”!), a wielka czcionka z dużą interlinią i „zostawionym powietrzem” w tekście jest sygnałem, że brakowało tematów do rozmów, przez co trzeba było rozciągać treść. To rażące niuanse, ale nie na tyle, żeby się uchylać od czytania.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *