Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Powierzchowna VooVoo-sekcja

„Voo Voo. Dzień dobry wieczór”, Piotr Metz, Agora 2016

 

30-lecie Voo Voo stało się dobrym pretekstem do przestawienia historii zespołu nie pod postacią płyt z serii „crème de la crème” – choć to swoją drogą – lecz rzetelnej biografii do poczytania. Pisarskiego wysiłku podjął się znany dziennikarz muzyczny Piotr Metz i choć zdał egzamin, ocena jest daleka od celującej.
Zacznijmy od tego, że Voo Voo nie jest wdzięcznym tematem do rozmów wśród czytelników nałogowo kupujących „Fakt” albo „Super Express”. Wojciech Waglewski i jego muzycy niespecjalnie interesują brać internetową, śledzącą z wypiekami na policzkach potknięcia celebrytów na Plotkach i Plejadach. Nie są też bohaterami prawicowej bajki o artystach wyklętych, ponieważ lider Voo Voo – w przeciwieństwie do jednego z byłych muzyków tego zespołu – stroni od polityki, zwłaszcza w jej radykalnym wydaniu. To raczej target „Gazety Wyborczej” – obeznanego z kulturą wykształciucha, który wie, że dzwoni, wie w którym kościele, i te dzwony nie brzmią dla niego fałszywie. Taki czytelnik ma wyższe wymagania – to dla niego ta książka i o jego uwagę trwa ten bój.
Już sam tytuł książki daje dużo do myślenia, bo zarówno tytuł „Dzień dobry wieczór” oraz okładka jednoznacznie korespondują z estetyką albumu Voo Voo wydanego w ubiegłym roku, właśnie z okazji urodzin zespołu. Oceniający po okładce mogliby więc odnieść mylne wrażenie, że to okolicznościowa broszura czy śpiewnik z tekstami z ostatniej płyty i jakimś kluczem do ich poprawnego zrozumienia. Objętość książki liczącej około 300 stron już nie pozostawia wątpliwości, że to biografia pełną gębą. Czyli kronika trzydziestoletnich dokonań Voo Voo.
Metz – jak większość współczesnych biografów – poszedł na łatwiznę i żeby zrobić powstał produkt, odpytał muzyków na temat ich przygody z zespołem, nie wdając się w analityczne szczegóły, aby nie zanudzać niedzielnego czytelnika. Metzowi daleko do dociekliwości Rafała Księżyka, na ogół lepiej przygotowanego do rozmów niż jego interlokutorzy; nie jest też typem dziennikarza-fightera, który zaprasza muzyka do ringu, krzyżuje z nim rękawice i idzie na wymianę ciosów. Dlatego wywiady w „Dzień dobry wieczór” są letnie, grzeczne i eleganckie, jak kulturalny jest Pan Redaktor Metz. Nie ma tu pytań dociskających do ściany, więc – choć książkę czyta się wartko i z dużą przyjemnością – czytelnika nie wciśnie w głąb fotela.
Najciekawszym rozmówcą jest Waglewski, z którym Metz rozmawia najdłużej. Szef Voo Voo to ciągle frapujący gawędziarz i nadal ma wiele ciekawego do powiedzenia, mimo litanii wywiadów prasowych, których zdążył udzielić. Z jego opowieści można się dowiedzieć, że zespół Morawski Waglewski Nowicki Hołdys, zapowiadający nadejście Voo Voo, rozpadł się, bo obrażony na dziennikarzy Trójki Hołdys nie wpuszczał ich na koncerty, ci nie nadawali piosenek zespołu w radiu, więc musiał powstać jakiś nowy zespołowy twór. Albo jak pan Wojciech zabiegał o obecność Mateusza Pospieszalskiego w zespole i czym go do siebie przekonał. Albo dlaczego w życiu rockowego gitarzysty tak ważny był… saksofonista jazzowy. Albo dlaczego w Voo Voo nie ma demokracji, chociaż panuje muzyczna wielokulturowość. Na pewno dużo więcej można się dowiedzieć o historii zespołu z rozmowy Waglewskiego z Metzem niż z całego internetu, choć bardzo brakuje merytorycznych omówień albumów i wejścia w głąb kuchni metodologicznej tej szalenie oryginalnej na polskiej scenie formacji. Goła dyskografia (bez wypisu piosenek!) i garść dat to kiepskie pocieszenie dla prawdziwych fanów.
Rozmowy z pozostałymi muzykami zaczynają się dopiero mniej więcej w środku książki, są dużo krótsze, po łebkach i mało ciekawe (za wyjątkiem wdzięcznego gaduły Karima, którego świetnie się czyta!). Jakby Metz przez grzeczność zapytał się ich o opinię. Poza tym wielka szkoda, że dyskutantów dobrano wedle oczywistego klucza „niech mówią ci, co grają w zespole”. Czyż nie ciekawe byłyby wspomnienia Jana Pospieszalskiego, który przez ponad dekadę był częścią Voo Voo? Może nie podniosłyby sprzedaży, ale temperaturę rozmów na pewno.
Reasumując – „Dzień dobry wieczór” to lektura skrojona pod snobującego się na Voo Voo subskrybenta „Wyborczej”, ale fani doczytają do końca z dużym niedosytem.

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *